Wenezuelskie safari*

Wenezuela to nie tylko czarterowe loty na turystyczną wyspę Margaritę, liczący 979 metrów najwyższy wodospad na świecie Salto Angel i stolica Caracas, jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie. Będąc w tym rejonie Ameryki Południowej warto wyruszyć na… safari do Los Llanos czy podejrzeć codzienne życie llaneros, czyli wenezuelskich kowbojów.

300-tysięczne miasto Barinas, leżące pomiędzy andyjską Kordylierą Merida a wenezuelską sawanną Los Llanos (podróżnik Arkady Fiedler pisał: „llanosy”) w dolinie rzeki Orinoko, nie zachwyca przybyszów swoim urokiem. Zatłoczone, brudne ulice, pełne wyeksploatowanych amerykańskich krążowników szos i starych, poobijanych autobusów wypuszczających ze swoich rur wydechowych kłęby szarego dymu, nie różnią się wiele od podobnych ulic w innych wenezuelskich czy peruwiańskich miastach. Także obskurne i zaniedbane pokoje hotelowe, szczególnie te w rejonie głównego dworca autobusowego, nie zachęcają do odpoczynku. Taki jest po prostu latynoski standard większej części państw Ameryki Łacińskiej (na tym tle pozytywnie wyróżnia się Chile).

W centrum Barinas można się za to zrelaksować, siedząc na ławce pod palmami w parku na Placu Boliwara. Jak w większości południowoamerykańskich miast także w Barinas przy placu centralnym stoi niezbyt monumentalna katedra, która była jednak zamknięta, a wokół kolonialne budynki, nadające temu miejscu specyficzny charakter. Niestety wiele z tych kolonialnych murów zabrudzone było czerwonym sprayem – wszechobecnymi napisami ku czci komunistycznego dyktatora, komendanta Hugo Chaveza. Jak w każdym mieście Wenezueli nie zabrakło oczywiście pomnika niezwykle głęboko tu czczonego wyzwoliciela Simona Boliwara. Każdemu turyście poleciłbym natomiast pyszne soki, świeżo wyciskane z tutejszych owoców, które można kupić na każdym rogu ulicy. Nazwy guayaba (który to owoc ma podobno właściwości uodparniające) czy guanabana brzmią chyba wystarczająco egzotycznie, by spróbować ich smaku, tym bardziej, że licząc według czarnorynkowego kursu koszt takiego napoju wychodził śmiesznie niski (około 1 zł).

Jednak atrakcje założonego w XVI wieku przez hiszpańskich konkwistadorów Barinas nie były głównym celem naszej wyprawy. Miasto jest bowiem wrotami do niezwykle bogatego królestwa roślin i zwierząt żyjących na llanosach. Śladem Wojciecha Cejrowskiego (polecam książkę „WC na końcu Orinoko”) właśnie tam postanowiliśmy dotrzeć, by móc podziwiać niezwykłości tej dzikiej przyrody i poznać leniwe życie llaneros, którzy wolą popijać w miejscowych spelunkach piwo polar ice, w butelce o pojemności zaledwie 222 ml, gwarząc z kolegami, niż zajmować się wypasem chudego bydła. Tym bardziej, że niemiłosiernie operujące słońce powoduje, że wszechobecna jest atmosfera zmęczenia, a po zjedzeniu wielkiego kawałka gotowanej wołowiny z pieczonymi bananami ma się ochotę wyłącznie na poobiednią drzemkę.

Po pierwszych problemach spowodowanych latynoską mentalnością miejscowych w końcu udałokapibara nam się dotrzeć do ośrodka wypoczynkowego El Gaban, który ulokowany został niedaleko małej miejscowości Dolores. Po zakwaterowaniu się, zostawieniu rzeczy w klimatyzowanym pokoju oraz zjedzeniu śniadania postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Wokół ośrodka pasły się krowy, a obok znajdowało się mini zoo z kapibarami, arami, małpami, jelonkami i indykami. Nie usatysfakcjonowało nas to kompletnie, więc zdecydowaliśmy się ruszyć do 5-tysięcznego miasteczka Mantecal. Na drodze przed ośrodkiem zatrzymaliśmy autobus, który zawiózł nas do jeszcze mniejszego Bruzual. W wiekowym autobusie panował ogólny „syf” i grała głośna, charakterystyczna muzyka llaneros o nazwie joropo. Oprócz wielu młodych kobiet z dziećmi i kilku mężczyzn jechał z nami też obnośny handlarz, który sprzedawał zamrożone lody owocowe, chętnie kupowane przez spragnionych chłodu pasażerów. Po obu stronach drogi mijaliśmy trawiaste pastwiska sięgające horyzontu z wypasającym się tam bydłem. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez posterunki gwardii narodowej, ale wystarczyło, że nasz kierowca przyhamował nieznacznie autobus na progu zwalniającym, pomachał funkcjonariuszom i żaden z nich nie zatrzymywał już naszego pojazdu. W Bruzual w przedpołudniowym skwarze kilkanaście minut czekaliśmy na przesiadkę. Wkrótce drugim kolorowym autobusem dojechaliśmy do Mantecal, które znajduje się w sercu llanosów. Powałęsaliśmy się po ulicach tego sennego miasteczka, oglądając miejscowe wyroby sprzedawane na targu: kowbojskie kapelusze, skórzane pasy, egzotyczne owoce i inne towary. Później poszliśmy do restauracji na obiad, gdzie zjedliśmy, a jakże inaczej!, miejscową wołowinę, pieczone banany, sałatki, piwo i sok wyciskany z guayaby, co w przeliczeniu kosztowało zaledwie 8 zł.

Kolejnego dnia dotarliśmy do bramy Hato El Frio. Wenezuelskie hato o olbrzymie posiadłości ziemskie miejscowych farmerów, którzy na tych terenach przede wszystkim hodują bydło. Jednak oprócz tego w specjalnie przygotowanych ośrodkach przyjmują turystów, by zaprezentować im bogatą faunę i florę llanosów. Hato El Frio, którego właścicielem jest hiszpańska rodzina, dysponuje 65 tysiącami hektarów ziemi i hoduje 22 tysiące sztuk bydła (Hato Piñero jest jeszcze większe – ma 75 tysięcy hektarów). Wysiedliśmy z autobusu i uczynny strażnik zadzwonił krótkofalówką do gospodarzy. Po kilku minutach oczekiwania przyjechano po nas starą toyotą. Po ustaleniu kwestii formalnych podjechaliśmy do hotelu (w Polsce by się to nazywało agroturystyką).

Dostaliśmy przyjemny pokój i na początek lunch – zupa warzywna, wyśmienita wołowina z pieczonym bananem i sałatką oraz świeży melon na deser. Po południu, kiedy słońce zeszło nieco niżej i zrobiło się troszkę mniej upalnie, Migiel, nasz przewodnik, oprowadził nas po znajdującej się w hato założonej w 1974 roku stacji biologicznej – prywatnym ośrodku naukowo-doświadczalnym, gdzie hoduje się między innymi kajmany, żółwie i jaguary. Zaprowadził nas do ogrodzonej części farmy, gdzie żyją olbrzymie, ponadtrzymetrowe kajmany baba, na sam widok których można się było nieźle przestraszyć. Migiel, który wszędzie poruszał się boso, zaczął uderzać gada w otwartą paszczę sporym kawałkiem surowej wołowiny. Zniecierpliwiony kajman zaczął kłapać wielkimi szczękami. W końcu przewodnik oddał mu mięso, które niebezpieczny dla człowieka gad natychmiast zaczął nerwowo przeżuwać. Wszędzie wokół biegały spore, bo półtorametrowe iguany i nadlatywały ptaki w oczekiwaniu na resztki krowiego mięsa.

Wkrótce wyruszyliśmy specjalnie do tego przystosowaną toyotą na safari po hato. Kilkanaście kilometrów jechaliśmy usypaną groblą z niewielką prędkością. Przed kołami samochodu szybko uciekały iguany, a z kolei leniwe kapibary, wyglądające jak olbrzymie świnki morskie, które osiągają 60 kg wagi i są największymi na świecie gryzoniami, nie miały zamiaru usuwać się z drogi. Pomagało dopiero długie trąbienie i gazowanie silnikiem. Wokół lagun i mokradeł podziwialiśmy mnóstwo małych i dużych kajmanów, wszelkiego rodzaju ptactwo wydające skrzeczące dźwięki (na llanosach żyje aż 360 gatunków ptaków), pasące się krowy i latające duże ważki. Niestety nie udało nam się dojrzeć żyjących tu także gigantycznych mrówkojadów, oposów, tapirów, ocelotów i pancerników. Szczególne wrażenie robiły biegające na wolności kajmany baba. Kiedy samochód zbliżał się do nich, 3-metrowe gady gwałtownym ruchem uciekały do wody (największe kajmany orinoko mogą osiągać nawet 8 metrów długości). Potem na powierzchni jeziora było widać jedynie wystające ponad powierzchnie wody nosy i oczy gadów. Niezapomniany był także cudowny zachód słońca nad bezchmurnymi llanosami. Na tej szerokości geograficznej (zaledwie kilka stopni na północ od równika) słońce potrzebuje dosłownie kilku chwil, by schować się za horyzontem.

Nazajutrz wstaliśmy o godzinie 5 rano, by z czterema Czechami wyruszyć na poranne safari. Podziwialiśmy wschód słońca nad małym jeziorem i odgłosy Mantecaldobiegające z tropikalnego lasu, znajdującego się po drugiej stronie tego zbiornika wodnego. Po tej atrakcji wróciliśmy na ranczo, by zobaczyć wyjce. Małpy te jednak schowały się wysoko w koronach drzew i było widać jedynie brązowy kolor ich sierści. Następnie Miguel wraz z gospodarzem wyciągnęli nam z klatki złowioną wcześniej 4,5-metrową anakondę (ten dusiciel może osiągnąć ponad 10 metrów długości) i próbowali ją rozciągnąć. 70-kilogramowe zwierzę stawiało niesamowity opór i dwaj dorośli mężczyźni ledwo mogli sobie z gadem poradzić, ale w końcu się udało. Miguel trzymał anakondę za pysk i usiadł na niej tak, by nie mogła się zwinąć. Po tym krótkim pokazie zwierzę zostało z powrotem przeniesione do klatki. Ostatnią atrakcją Hato El Frio było łowienie piranii. Jeszcze przed południem pojechaliśmy nad rzekę Macanillal, w której z brzegu na żyłkę łowiliśmy te legendarnie niebezpieczne ryby. Wystarczył moment nieuwagi wędkarza, a nabity na haczyk kawałek wołowiny znikał w brzuchu sprytnej piranii, która nie dawała się złapać. Mimo to w ciągu kilku minut nasze wiadro było w połowie napełnione nieustannie głodnymi piraniami z malutkimi, niesamowicie ostrymi zębami.

Hato to nie tylko prywatne gospodarstwa rolne, ale również tereny chronione, gdzie właściciele zabraniają polowań czy niszczenia tego delikatnego ekosystemu. Niestety kiedy żegnaliśmy się z gospodarzami, narzekali oni na politykę prowadzoną przez prezydenta Hugo Chaveza, który zamierza odebrać farmerom ziemię, by przejęło ją państwo w imię rzekomo lepszej produktywności. Odpowiednie procedury już zostały wszczęte wobec niektórych właścicieli ziemskich. W 2004 roku rząd Wenezueli zmusił do sprzedania 30 tysięcy hektarów Hato Paraima, a później także część Hato Cedral. Jeśli władzom Wenezueli uda się znacjonalizować prywatne farmy, to można liczyć na powtórzenie się tragicznej sytuacji z Zimbabwe, gdzie tamtejszy dyktator Robert Mugabe wywłaszczył białych farmerów, by ich grunty rozparcelować na rzecz bezrolnych Murzynów. Wkrótce skutki tej polityki okazały się opłakane – wielki głód i ziemia leżąca odłogiem. Miejmy nadzieję, że właścicielom hato uda się ostatecznie wygrać potyczkę z nieobliczalnym prezydentem.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w dodatku „Podróże” do 174 numeru gazety „Dziennik” z 26-27 lipca 2008 r.

Komentowanie jest zamknięte.

web stats stat24