Wenezuelskie Karaiby*
Karaiby w Wenezueli to nie tylko zatłoczona i brudna wyspa Margarita, na którą zapraszają liczne polskie biura podróży. Proponuję udać się bardziej na zachód, by poznać dziksze i mniej turystyczne rejony wenezuelskiego wybrzeża Morza Karaibskiego.
Słońce w położonej blisko równika Wenezueli przez cały rok jest niemiłosierne od samego rana. Już przed godziną dziewiątą rtęć w termometrze dochodzi do 30 kreski. Mimo tak sprzyjających warunków pogodowych naszym celem nie jest leniuchowanie na plaży, lecz zwiedzanie okolicy. Dlatego wyruszamy starym samochodem toyota land cruiser na całodniową wycieczkę na półwysep Paraguana. Jedziemy z Norweżką, Dunką i parą z Brazylii, którzy mieszkają z nami w hotelu El Gallo, a kierowcą jest Erick, Francuz żyjący na Karaibach od lat.
- Od 14 lat mieszkam w Wenezueli, a wcześniej przez kilkanaście lat błąkałem się po niemal wszystkich karaibskich wysepkach – powiedział Erick, który jak się później okazało, jest nie tylko hotelarzem, kierowcą i przewodnikiem, ale również mechanikiem samochodowym. – W końcu poznałem moją żonę–Wenezuelkę i zostałem w Coro – dodał.
Najpierw dojeżdżamy do znajdującego się u nasady półwyspu Parku Narodowego Medanos, gdzie wędrujemy po piaszczystych wydmach. Z każdym krokiem piasek coraz głębiej wdziera się w nasze buty, jednak nie zrażamy się tym, bo widoki są wspaniałe. Tylko w oddali widać niektóre wyższe budynki i elektryczne instalacje miasta Coro.
Z wydm jedziemy do malutkiej i sennej miejscowości Santa Ana, gdzie przy Plaza Bolivar z obowiązkowym pomnikiem Simona Boliwara, południowoamerykańskiego wyzwoliciela szczególnie mocno czczonego w Wenezueli, znajduje się XVII-wieczny kościół, którego białe ściany wspaniale kontrastują z błękitnym, bezchmurnym niebem. Francuz skombinował gdzieś klucz i dzięki temu weszliśmy na wieżę świątyni, która wcześniej była zamknięta. Z góry rozpościera się widok na cały półwysep, w tym na najwyższy jego szczyt – górę Santa Ana o wysokości 830 m n.p.m. Wokół Placu Boliwara stoją typowe jak na Amerykę Południową kolorowe domy: żółto-czerwone, niebiesko-białe czy pomarańczowe. Jeden z nich – dwupiętrowy, ale odrapany budynek – był nawet na sprzedaż, o czym informowała zielona kartka zawieszona na czarnej kracie w drzwiach. Następnie jedziemy do Rezerwatu Biologicznego Montecano. Podczas jazdy zepsuł się w wiekowym aucie układ kierowniczy, ale na szczęście nic nie jechało z przeciwka, bo w przeciwnym razie mielibyśmy czołowe zderzenie. Francuz prowizorycznie nareperował samochód drutem zerwanym z pobliskiego płotu i podwiózł nas do rezerwatu. Ponad godzinę chodziliśmy po dżungli z wielkimi kaktusami, widzieliśmy zielone i niebieskie iguany, niedużego węża veruca, a także wielką włochatą tarantulę, której ukąszenie, wbrew powszechnej opinii, nie jest dla człowieka zbytnio niebezpieczne. Na koniec zwiedziliśmy budynek, w którym jest mini muzeum z miejscowymi okazami. Czekając na naprawę auta, wpisaliśmy się do księgi gości.
- Musimy czekać na brakującą śrubę do układu kierowniczego – oznajmił beznamiętnie Erick, jak gdyby takie awarie zdarzały mu się na porządku dziennym.
Dopiero po kilku godzinach czekania w niemiłosiernym, wczesnopopołudniowym upale, w końcu zdezelowanym i poobijanym, na oko 40-letnim, krążownikiem szos koloru niebieskiego, którego koła zakręcone były na zaledwie trzy śruby zamiast pięciu, przyjechał młody „mechanik”. Jak się okazało, obaj panowie nie mieli nawet odpowiednich narzędzi, aby przykręcić brakujący element w białej, 25-letniej toyocie. Sprytny Francuz użył w tym celu zwykłej maczety i po kilku minutach samochód był gotowy do drogi.
- To na pewno dobrze jest przymocowane? – pytamy Ericka trochę przerażeni prowizorycznym sposobem naprawy.
- Teraz już nic nam nie grozi – zapewnił Francuz.
Kolejnym etapem wycieczki była laguna Boca del Caño, gdzie z daleka można było obserwować różowe flamingi i czerwone ibisy. Niestety odległość do tych ptaków była tak duża, że aby je lepiej zaobserwować, konieczne było użycie obiektywów w aparatach fotograficznych. Stamtąd pojechaliśmy dalej, by zobaczyć saliny nad Morzem Karaibskim – Salina de Cumaraguas, gdzie uzyskuje się sól z wody morskiej. Co ciekawe, kiedy jest niski poziom wody, to ze względu na kolor podłoża woda w salinach jest koloru fioletowego. Ostatnim punktem wycieczki była rybacka miejscowość Adicora, gdzie poszliśmy na plażę pod palmami, gdzie chętnie odpoczywają zarówno turyści, jak i miejscowi. Plaża jest tak niezwykła, że wielu miłośników opalenizny pozostaje tu na wiele tygodni. A trzeba pamiętać, że sezon na plażowanie w Wenezueli trwa przez okrągły rok. W drodze powrotnej udało nam się zaobserwować zachód słońca nad zatoką Coro.
Następnego dnia postanowiliśmy zwiedzić kolonialną starówkę Coro, która w 1993 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Nie robi ona oszałamiającego wrażenia, ale przynajmniej wyłączona jest z ruchu samochodowego, więc nie wdycha się śmierdzących spalin z jeżdżących po całej Wenezueli wiekowych krążowników szos. Niektóre z kolonialnych budynków są już odremontowane, inne w trakcie odnawiania. Szczególnie interesująco komponują się one w porannym lub wieczornym świetle słonecznym. Przy Plaza Bolivar znajduje się XVI-wieczna katedra, najstarsza zachowana w Wenezueli. W Coro można natknąć się na wiele tablic upamiętniających historyczne wydarzenia. Jedna z takich tablic głosi, że w tym miejscu 4 sierpnia 1806 roku generał Sebastian Franciszek de Miranda założył swoją kwaterę główną i proklamował wyzwolenie ludu. Przygnębiające wrażenie robią natomiast kraty we wszystkich oknach i drzwiach domów w Coro.
Chichiriviche to kolejne miasteczko nad Morzem Karaibskim, typowo turystyczne, położone w Parku Narodowym Morrocoy. Zatrzymujemy się w hotelu Villa Gregoria, prowadzonym przez Hiszpana.
- Może chcecie wymienić dolary? – uprzejmie zagadnął Aurelio, właściciel naszego hotelu.
- Tak, chętnie wymienimy po dobrym kursie – odparłem.
W Wenezueli, odkąd w 2005 roku prezydent Hugo Chavez zakazał działalności kantorów i sztucznie utrzymuje kurs boliwara na bardzo wysokim poziomie, każdy wymienia nielegalnie pieniądze cudzoziemcom, bo wymiana w państwowym banku jest całkowicie nieopłacalna. Akurat z tym w Wenezueli nie ma żadnego problemu.
Wieczorem idziemy się przejść na nabrzeże i w momencie otacza nas spora grupka naganiaczy i właścicieli łódek, żądnych łatwego zysku.
- Gdzie chcecie płynąć? – spytał ubrany w niebieską koszulkę i krótkie żółte spodnie właściciel jednej ze zdezelowanych, ale kolorowych łódek z silnikiem Yamacha.
- Plaża Sombrero jest najpiękniejsza – powiedział inny naganiacz w czarnej czapce z daszkiem. – Chętnie zabiorę was tam za niską cenę – dodał.
- Ja wezmę jeszcze mniej – przekrzyczał go trzeci, wąsaty Latynos w wielkim słomianym sombrerze – już chcecie płynąć?
- Ale my płyniemy dopiero jutro – odpowiedzieliśmy po hiszpańsku, kiedy wreszcie dopuszczono nas do głosu.
Zdegustowani, ale nie obrażeni czy zdenerwowani panowie rozstąpili się i pozwolili nam opuścić nabrzeże.
Kolejnego dnia wynajęliśmy łódkę u miejscowego rybaka, jak się okazało z dwoma polskimi misjonarzami – Pallotynami. Ksiądz Robert Płachta pracuje w Guarenas w Wenezueli, a ksiądz Dariusz Król w Bogocie w Kolumbii. Najpierw popłynęliśmy zobaczyć hodowlę ostryg, następnie zatopiony wrak statku i potem dotarliśmy do miejsca o nazwie Cueva del Indio. Jest to jaskinia na półwyspie z jednymi z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych petroglifów w Wenezueli. Z łódki wchodzi się na drewniany pomost, który prowadzi w głąb tego tajemniczego miejsca. Dolne części skał podmywane są dość głęboko przez fale Zatoki Cuare. Nie wiadomo, kiedy powstały ani kto stworzył wyryte w skałach rysunki. Przedstawiają one zarówno postacie ludzkie (na przykład wojowników), jak i zwierzęta, takie jak sowy, żaby, motyle czy ślimaki, a także kwiatki czy słońce i księżyc. Prymitywne petroglify symbolizują duszę, seksualność i inne motywy. Potem popłynęliśmy na wyspę Cayo Sol, gdzie zostaliśmy cały dzień na cudownej piaszczystej plaży pod palmami. Niemal na samej plaży wybudowano mały kościółek, którego białe ściany ozdobione są wielkimi krzyżami i przyjemnie kontrastują z niebieskimi drzwiami oraz otaczającymi budynek palmami kokosowymi.
Aby dostać się do kolejnego parku narodowego – obejmującego pas wybrzeża Parku Narodowego Henri Pittier, konieczne jest przejechanie gór. Z dużego miasta Maracay do malutkiego Puerto Colombia wąska droga prowadzi bardzo krętymi serpentynami. Najpierw nasz autobus osiągnął przełęcz znajdującą się na wysokości 1830 metrów n.p.m., by przez następne niemal dwie godziny zjeżdżać w dół aż na poziom morza. Puerto Colombia to malutkie miasteczko składające się z kilku hoteli i niskich budynków. Na nabrzeżu stoją stare, wysłużone armaty skierowane w morze, które podczas naszego pobytu było bardzo wzburzone. Dosłownie przy ulicy widzieliśmy kolibra, który niezmiernie szybko machał swoimi malutkimi skrzydełkami. Jednak główną atrakcją Puerto Colombia jest niesamowita plaża, której zdjęcie znalazło się nawet w angielskojęzycznym przewodniku Lonely Planet po Wenezueli. Urok tej położonej w zatoce i otoczonej górami szerokiej, piaszczystej Playa Grande z palmami trudno opisać, dlatego należałoby ją raczej zobaczyć na własne oczy. Z pewnością nikt się nie zawiedzie.
* Niniejszy artykuł w skróconej wersji został opublikowany w numerze 7/8 miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2008 r.





