Tu fontanny tryskają winem*

Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy rumuńsko-mołdawskiej to znaczniej mniej zatłoczone drogi niż w Rumunii, nie wspominając o Polsce. Właściwie to eufemizm. Drogi międzymiastowe (szczególnie na południu kraju) są niemal całkowicie puste. Jadąc pomiędzy Kagułem a Komratem (stolicą autonomicznej Gagauzji, najbiedniejszego regionu Mołdawii) można się poczuć, jakby się wróciło co najmniej do początków lat 80. w PRL-u.

puste drogi na południu Mołdawii Fot. T. CukiernikZamiast paskudnych ekranów dźwiękochłonnych, z jakimi niestety mamy do czynienia w unijnej Polsce, w Mołdawii wzdłuż szerokich dróg, często bez znaków poziomych oddzielających kierunki jazdy, rosną drzewa. Wygląda to przepięknie i pozytywnie wpływa na samopoczucie kierowcy. Za pojedynczym szpalerem drzew po obu stronach jezdni aż po horyzont w lipcu można podziwiać wielokolorowe pola: zielone winnice i pola kukurydzy, żółte słoneczniki, złote siano, czarne zaorane pola. Na dodatek niemal w całym kraju ukształtowanie terenu jest pagórkowate, co powoduje, że kilkaset metrów samochód jedzie pod górę, by następnie przez podobną odległość staczać się w dół i ponownie wjeżdżać na kolejny pagórek.

Czegoś brakuje

Nie ma monotonii (także dzięki przydrożnym sprzedawcom arbuzów i melonów), a kolejne wsie lub małe miasteczka pojawiają się nie wcześniej niż co kilka-kilkanaście kilometrów. Przy wyjeździe z nich tradycyjnie machają rękami autostopowicze. Kiedy podwiozłem jedną kobietę na odcinku 12 kilometrów z Cimişlia do Mihailovca, wyciągnęła 5 lei, by mi zapłacić. Taki zwyczaj. Odmówiłem. Jedynie nie całkiem równy asfalt powoduje, że kierowca bardziej niż na sielskie pobocze musi większą uwagę zwracać na jezdnię. – Czegoś mi tu brakuje – zacząłem się zastanawiać, jadąc od rumuńskiej granicy w głąb Mołdawii. – Tylko czego? – dodałem sobie w myślach. Po chwili już wiedziałem! Nie ma tu szpecących krajobraz unijnych tablic propagandowych! Kontrast w tym zakresie jest szczególnie olbrzymi w porównaniu z sąsiednią Rumunią. Na Słowacji i na Węgrzech można spotkać sporo przydrożnych tablic informujących o wykorzystaniu funduszy Unii Europejskiej, ale ilość tych plansz, zaśmiecających krajobraz w prounijnej Rumunii (jeśli w Rumunii odbyłoby się referendum, to aż 77 proc. głosujących opowiedziałoby się za pozostaniem w UE), jest być może nawet większa niż w Polsce. Na każdym dosłownie kroku – w miastach, miasteczkach i we wsiach, przy drogach i na pustkowiach, przy różnych „inwestycjach”, wszędzie.

Informacja turystyczna w Hunedoarze Fot. T. CukiernikO czym one informowały? Na przykład w Hunedoarze za ponad 0,5 mln lei wybudowano ze współfinansowaniem unijnym budynek informacji turystycznej z panelami słonecznymi. W środku kobieta z zepsutymi zębami zionęła tytoniem – miała oczywiście biurko z komputerem i skromne dwa rodzaje ulotek o mieście. Nic więcej. Nie była w stanie zaoferować ani ulotek po okolicy, ani nawet wiedzy o pobliskich górach Retezat, które zaczynają się zaledwie 20 kilometrów od Hunedoary! Z kolei do ruin twierdzy trackiej Sarmizegetusa Regia prowadzi nowiutka 15-kilometrowa droga asfaltowa, wybudowana z funduszy unijnych za ponad 41 mln lei, o czym informuje (kilkanaście!) mijanych tablic. Droga została oddana do użytku zaledwie kilkanaście tygodni wcześniej. Prowadzi przez pustkowia (góry) wyłącznie do tego rezerwatu archeologicznego na świeżym powietrzu. Ciekawe w jaki sposób przyczyniła się do dobrobytu Rumunów, poza wykonawcami tej inwestycji drogowej?

Widać co państwowe

Mołdawia, której mieszkańcy są bardzo podzieleni w sprawie ewentualnego członkostwa ich kraju w Unii Europejskiej (lub integracji z tworzoną przez Rosję Euroazjatycką Unią Celną), jest od unijnych tablic propagandowych (jeszcze) całkowicie wolna! Zamiast ekranów dźwiękochłonnych i unijnych plansz są piękne krajobrazy (gdzieniegdzie tylko błyszczy się w słońcu sowiecki czołg na postumencie). Nieco gorzej jest w miastach, gdzie na ulicach nie udaje się utrzymać porządku (tak jak na przykład na Białorusi). Z brudnymi ulicami kontrastują natomiast czyste, często niezwykle oryginalne wystrojem kawiarnie i klimatyczne restauracje (szczególnie w dużych miastach, jak Kiszyniów, Tyraspol czy Bielce). Choć właściwie lokale gastronomiczne można podzielić na trzy rodzaje: poza wymienionymi wyżej klimatycznymi knajpkami są powszechnie obecne także bary-speluny oraz postkomunistyczne restauracje-molochy (np. w Rezinie czy Kagułu) już niezbyt dobrze utrzymane, jeśli chodzi o czystość. Podobnie w postkomunistycznych hotelach karaluchy są codziennością (w stolicy!), a prywatne pensjonaty oferują pod tym względem najwyższy światowy poziom (czy to w Komracie czy w Rezinie). Granica pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym jest w Mołdawii aż nadto dobrze widoczna.

Jednak z obsługą bywa różnie, a postawy ludzi są skrajne. Po półgodzinnym czekaniu na sałatkę w jednej z bardzo obleganych restauracji w Sorokach kelnerka odburknęła, że „zaraz będzie” i odeszła w pośpiechu. Nie mając nic lepszego do roboty, podszedłem do barmana, aby mi wytłumaczył dojście do tureckiej twierdzy. Ten tak się zaaferował, że wyszliśmy razem przed lokal i tam wszystko mi z chęcią i zaangażowaniem objaśnił. Spytał, skąd jestem. Kiedy odpowiedziałem, że z Polski, ucieszył się jeszcze bardziej i powiedział, że był w Krakowie, gdzie pracował i że bardzo lubi Polskę i Polaków. Podziękowałem za wskazanie drogi i siadłem do stolika. Niestety po dalszych 30 minutach czekania sałatka nadal nie dotarła. Poszedłem do kelnerki, by zapłacić za same napoje. Kiedy skasowała pieniądze, podszedł do mnie barman i wręczył mi… butelkę mołdawskiego wina! Zaskoczony podarunkiem, nie chciałem go przyjąć, ale barman bardzo upierał się, więc nie miałem wyjścia. Podziękowałem i życzyłem powodzenia.

Fonatanna z winem w Milestii Mici Fot. T. CukiernikA mołdawskie wina są naprawdę godne polecenia. Miałem okazję zwiedzić piwnice winnic Milestii Mici, które znajdują się kilkanaście kilometrów na południe od Kiszyniowa. Niezwykłe jest to, że do podziemnego labiryntu wydrążonego w zboczu doliny wjeżdża się samochodami! Piwnice mają długość ponad 200 kilometrów, z czego w użytkowaniu jest ponad 50 kilometrów korytarzy i jest to pod tym względem druga największa na świecie winnica (największa podobno znajduje się w Argentynie). W niektórych miejscach korytarze są tak szerokie, że bez problemu zmieściłyby się obok siebie trzy auta osobowe. Poza ponad 1,5 mln butelek wina piwnice kryją także wielkie sale biesiadne, które w oryginalny sposób są zamaskowane, na przykład drzwi są w kształcie połówek ogromnych beczek. W Milestii Mici swoje nisze z winami wynajmują bogaci ludzie z całego świata (120 euro za rok), jednak głównie z krajów byłego ZSRR oraz Chin. Z kolei na zewnątrz, przed wjazdem do piwnic zbudowano dwie fontanny: z czerwonym oraz białym winem (w rzeczywistości jest to jednak barwiona woda). Butelka najdroższego wina w sklepie firmowym pochodziła z 1975 roku i kosztowała 24 750 lei, czyli ponad 4,7 tys. złotych, podczas gdy najtańsze można nabyć już za niecałe 6 złotych.

Tu rządzi Sheriff

Spacerując ulicami gorącego 670-tysięcznego Kiszyniowa (tu już ruch znacznie większy niż na prowincji, choć i tak niewielki w porównaniu z polskimi miastami średniej wielkości), ugasić pragnienie można pysznymi lemoniadami z lodem albo zimnym kwasem chlebowym (9 lei, czyli 1,7 zł za 0,4 l), który sprzedawany jest na każdym rogu. Choć stolica jest miastem raczej bezpiecznym, to z rzadka można być zaczepionym przez żebraka. Z kolei przed budynkiem rządowym natknąłem się na namioty i przyczepy kempingowe protestujących. Na niektórych były napisy mówiące o korupcji, oligarchach, wymiarze niesprawiedliwości i żądające dymisji rządu. Podszedłem bliżej do jednej z przyczep kempingowych. Okazało się, że zajmują ją niepełnosprawni emeryci, którzy w ten sposób walczą o podwyżkę świadczeń. – Dostajemy 1600 lei (ok. 300 zł) renty miesięcznie, a chcielibyśmy 3000 lei (ok. 570 zł) – powiedziała jedna z protestujących kobiet, dodając, że za mniej niż 3000 lei nie da się normalnie żyć. Dlatego w parkach kilka razy natknąłem się na starsze kobiety, które dorabiały do emerytury… ważeniem przechodniów na wadze łazienkowej. Kwitnie także zakazany w Polsce handel uliczny: ludzie młodzi i starzy sprzedają kwiaty, buty, breloczki, biżuterię, miód, owoce, łuskane orzechy włoskie czy nawet żywe koty. Inni za pracą najzwyczajniej wyemigrowali. Szacuje się, że aż 25 procent populacji (głównie ludzie młodzi). To tak jakby z Polski wyjechało niemal 10 mln osób.

Stacja benzynowa Sheriff w Rybnicy Fot. T. CukiernikW Mołdawii trudno o dobre zarobki, bo przemysł niemal nie istnieje. Radzieccy planiści zdecydowali, że przemysł ciężki zostanie ulokowany po wschodniej stronie Dniestru, a pozostała część kraju będzie rolnicza. Tak zostało do dziś. „Przecież tu nic nie ma”, jak powiedział jeden z bohaterów reportażu „Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina” Judyty Sierakowskiej. Nieuznawane przez żaden kraj Naddniestrze odłączyło się od Mołdawii w 1990 roku i do teraz stacjonują tam wojska rosyjskie, choć tamtejszy przemysł teraz też jest na krawędzi (np. huta w Rybnicy), a niemal cały handel i usługi zostały zdominowane przez powiązaną z władzą firmę Sheriff (m.in. hipermarkety, stacje benzynowe, salony samochodowe, budowlanka, sieć komórkowa, telewizja, sieci piekarń, produkcja alkoholi, klub sportowy i stadion piłkarski). Ludziom żyje się podobnie źle – również emigrują, bo zarobki są podobne, a ceny nawet wyższe niż w pozostałej części Mołdawii. Tani jest tylko rosyjski gaz. Dlatego kluczowy jest import wszystkiego. Na ulicach (zarówno Mołdawii, jak i Naddniestrza) można natknąć się na reklamy polskich firm i produktów. Wszędzie widoczne są farby Śnieżka, sprzęt Zelmer, oleje samochodowe Lotos czy filtry samochodowe Filtron. W hipermarketach sprzedawane są polskie produkty spożywcze: serki, jogurty, mleko Mlekovity i Pątnicy czy masła orzechowe, a w toaletach w całej Mołdawii królują sedesy firmy Cersanit. Jak widać, można handlować ze Wschodem, nawet jak przeszkadza Bruksela, a drogi w kraju importera nie spełniają unijnych standardów.

* Artykuł został opublikowany w nr 35-36 dwutygodnika „Najwyższy CZAS!”.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24