Przygoda w górach Birmy*

 

Góry Szan w Birmie ciągną się aż do północno-zachodniej Tajlandii, a ich średnia wysokość sięga 1000 metrów n.p.m. Podczas kolonialnych rządów górskie miasteczko Kalaw było popularnym miejscem wypoczynku dla Brytyjczyków. Dzisiaj to senna miejscowość z niewielkimi świątyniami buddyjskimi, skromnymi zakładami rzemieślniczymi, kilkoma hotelami i knajpkami, skąd można wyruszyć na kilkudniowy trekking w góry, by dotrzeć nad jezioro Inle.

 

Kiedy płaciliśmy za pokój w hotelu Pine Land Inn, podeszła do mnie około 10-letnia dziewczynka, która zaproponowała kilka wariantów górskiego trekkingu. Koszt to 9000 kiatów (około 30 złotych) za osobę za dzień, w tym przewodnik, spanie i jedzenie. Wybraliśmy wariant 2-dniowy. – W takim razie jutro rano dołączycie do wyprawy, którą prowadzi moja mama – powiedziała po angielsku pewnym głosem. – A całą sumę trzeba mi zapłacić już teraz – stwierdziła i dodała, że za niewielką opłatą (3000 kiatów) nasze główne plecaki zostaną przetransportowane bezpośrednio do wybranego hotelu nad jeziorem Inle. – Bardzo obrotna dziewczyna, jak na swój wiek – pomyślałem. – Dobrze potrafi prowadzić domowy biznes.

Następnego dnia rano oddaliśmy dziewczynce nasze plecaki, a ta załatwiła nam jeszcze transport do początku szlaku. Pierwotnie mieliśmy jechać taksówką, ale okazało się, że tańsze będzie wynajęcie dwóch motocyklistów (4000 kiatów od osoby). Podjechało do nas dwóch mężczyzn ubranych w tradycyjne longyi, jeden w kolorowym polarze, a drugi w brązowej kurtce, obaj z kaskami na głowie i klapkami na stopach. Dziewczynka poinstruowała ich, gdzie mają nas zawieść. Po krótkiej jeździe motocykliści podjechali na stację benzynową, by za zapłacone przez nas z góry pieniądze zatankować swoje pojazdy. Podobną sytuację miałem przed laty w Peru, kiedy wzięliśmy taksówkę, by z Cusco dostać się do Tambo Machay, kompleksu inkaskich ruin – wtedy też kierowca taksówki nie miał w baku benzyny nawet na te osiem kilometrów, które miał nas podwieźć. Po zapłaceniu z góry za kurs, podjechał na stację benzynową, by zatankować swój wiekowy wehikuł. Za nasze pieniądze kupił trzy litry benzyny. Za powrotny kurs do Cusco zjadł prawdopodobnie śniadanie!

Jednak w Peru stacje benzynowe wyglądają w miarę normalnie, podobnie jak nieliczne państwowe stacje w Birmie. Ta natomiast, gdzie nasi motocykliści tankowali swoje pojazdy i których wiele widziałem w Birmie wcześniej i później podczas mojego pobytu w tym kraju, stacji benzynowej nawet nie przypominała. Prymitywna drewniana konstrukcja z krótkim zadaszeniem z jakiś plastikowych odpadów, by dawać trochę cienia. Na górnej półce osiem 1,5-litrowych butelek z paliwem, na środkowej – dwanaście szklanych litrowych butelek z benzyną, a na półce dolnej – dwa 5-litrowe plastikowe kanistry. Oprócz tego z boku konstrukcji zawieszone na gwoździu dwa metalowe zwisające lejki. Oto cała stacja benzynowa, którą zarządzała piękna brunetka ubrana tak, jakby właśnie wybierała się na jakiś bal: długa biała spódnica w czerwone grochy i biała marynarka z dużymi czarnymi guzikami, pod którą miała czerwoną koszulkę i brązowe korale. Miała spięte z tyłu czerwoną kokardą czarne włosy, w uszach małe czerwone kolczyki oraz pomalowane usta i oczy. Tylko te sandały na wysokiej podeszwie nie pasowały do reszty ubioru. Motocykliści zapłacili za paliwo, a dziewczyna podeszła do pierwszego, a potem drugiego motoru, by przez lejek napełnić baki z plastikowej butelki. Motocyklista podniósł siedzenie, a panienka prawą ręką je trzymała, by lewą, ozdobioną srebrną bransoletką, wlewać bezbarwny płyn.

Dotowana przez państwo benzyna kosztuje w Birmie w przeliczeniu na złotówki około 18 groszy za litr. Jednak jej podaż jest ograniczona, a popyt znacznie większy, niż komunistyczne państwo może udostępnić. Na państwowych stacjach benzynowych paliwo pojawia się codziennie, ale w ograniczonych ilościach i podobnie jak za PRL-u jest do momentu, aż zostanie w całości wykupione przez kierowców. Trwa to nie dłużej niż 2-3 godziny. Ci, którzy stali w dalszej części kolejki, mogą szukać szczęścia dopiero następnego dnia. Dlatego wytworzył się drugi obieg sprzedaży paliwa – przydrożne „stacje” z benzyną w plastikowych butelkach. Tutaj paliwo jest prawie dwadzieścia razy droższe niż na stacjach oficjalnych i w przeliczeniu kosztuje około 3,2 złotego.

Po zatankowaniu paliwa ruszyliśmy kamienistą drogą przez góry. Po pół godzinie dotarliśmy na wyznaczone miejsce. Tam spotkaliśmy zaskoczoną przewodniczkę Toto, która właśnie kończyła ze swoją grupą jeść śniadanie i zaraz miała ruszać w dalszą drogę. – Ależ ta moja córka jest mądra – powiedziała, kiedy oznajmiliśmy jej, skąd się tu wzięliśmy. – Jestem z niej dumna – dodała trzydziestokilkuletnia Toto, która poprzedniego dnia rozpoczęła 3-dniowy trekking z grupą Europejczyków: parą z Włoch, Hiszpana i jeszcze jednego Włocha. Dołączyliśmy do nich, by dwa dni później dotrzeć nad jezioro Inle.

Nasz trekking wiódł pagórkowatym terenem wśród pół i górskich wiosek. Przed południem zrobiło się bardzo gorąco, a na polach o pomarańczowo-szarym kolorze, także tarasowych, w kurzu pracowali motykami rolnicy, w tym także małe dzieci, chroniąc głowy od słońca pod czapkami z daszkiem. Gdzieniegdzie widać było w oddali dym z palących się ognisk. Tu i ówdzie rosły pojedyncze drzewa i grupy zielonych krzaków. My wędrowaliśmy ubitymi ścieżkami, wiodącymi pomiędzy wioskami. Czasem mijaliśmy pasące się uzbrojone w groźne rogi bawoły z dzwoneczkami na szyi. Po kilku godzinach marszu po pagórkach i wzgórzach doszliśmy do pierwszej wioski, gdzie okrążyły nas miejscowe dzieci. Zaciekawione obcymi, umorusane, w brudnych, ale kolorowych ubraniach, niektóre uśmiechnięte. W prostych klapkach lub boso. Na głowie z czapkami z daszkiem lub czapkach wełnianych. Chłopcy w krótkich spodenkach w kratę i koszulkach lub swetrach bawią się w wojnę zrobionymi przez nich samych drewnianymi karabinami. Kilkuletnie dziewczynki w spódniczkach chodzą z młodszym rodzeństwem na plecach. We wsi wielki nieporządek, jakieś góry kamieni, porozrzucane deski i narzędzia do pracy w polu, worki napełnione płodami rolnymi porozrzucane niedbale, materiały budowlane, drewniane wozy bez zwierzęcego zaprzęgu, leżące na ziemi rowery, pranie suszące się na sznurkach, śmieci. Same domy, najwyżej dwupiętrowe, wyglądają niezwykle nędznie i biednie. Niektóre na ceglanej podmurówce, inne na drewnianych palach, ściany drewniane lub zrobione z wyplatanego surowca roślinnego, drewniane drzwi, dach z blachy. Okna bez szyb, z drewnianymi okiennicami. Podobnie jest w kolejnej wsi, w której czeka na nas lunch. Gospodarze zaprosili nas na piętro, gdzie wchodzimy po drewnianych schodach. W środku dość czysto, siedzimy na dywanach, a jedzenie podano na niziutki stolik. Jemy makaron z sosem, do picia woda mineralna, ale można sobie dodatkowo kupić coca-colę.

Po krótkim odpoczynku w środku upalnego dnia ruszamy z Toto i całą ekipą w dalszą drogę. Najpierw idziemy przez wieś – z okien pozdrawiają nas uśmiechnięci birmańscy rolnicy. Mijamy dwukołowy wóz zaprzężony w dwa woły: biały i czarny. Starszy Birmańczyk w słomkowym kapeluszu, trzymając lejce, siedzi na jakiś workach. Przypominam sobie, że podobne wozy rolników i woły pracujące w polu widziałem w biednych himalajskich wioskach w Nepalu. Dalej są już tylko górskie bezdroża i nieużytki. Szlak wiedzie pod klifowymi skałami. Musimy uważać, by idąc górską ścieżką wśród dzikich zarośli, nie nadepnąć na węża. Mogłoby to być bardzo niebezpieczne, gdyż w Birmie większość gatunków węży jest jadowitych. Nasi znajomi z Włoch mówią, że w pierwszym dniu trekkingu natknęli się na dwa węże, ale na szczęście one ich nie zaatakowały. W rzeczywistości węże atakują tylko wtedy, gdy czują zagrożenie. A tak mogłoby się zdarzyć, gdyby gad był schowany pod suchymi liśćmi na środku ścieżki, a ktoś z nas nieświadomie na niego nadepnął. Niebezpieczną przygodę podczas zwiedzania Baganu, największego archeologicznego kompleksu świątyń w Birmie, znajdującego się na liście światowego dziedzictwa UNESCO przeżyła Elżbieta, Polka z Białegostoku, którą poznałem kilka dni później. Kiedy spacerowała pomiędzy kilkusetletnimi świątyniami, z krzaków po jednej stronie ścieżki na drugą przeleciała mysz, a w mgnieniu oka za myszą skoczył 3-metrowy wąż. Miało to miejsce przy samych nogach Elżbiety. A warto dodać, że w Birmie występują 52 gatunki jadowitych węży i kraj ma najwyższy odsetek śmierci w wyniku ukąszenia tego gada.

Na szczęście nas nic podobnego nie spotyka i wędrujemy dalej. Dochodzimy do kolejnej wioski, w której znajduje się minisklepik. W prymitywnym pomieszczeniu na czterech drewnianych półkach znajdują się głównie napoje: puszki z coca-colą i fantą oraz miejscową star-colą, piwo, whiskey oraz trochę mięsnych puszek. Na ziemi kilka worków z ryżem. Z boku butelkowana woda mineralna. Sprzedawca w niebieskich spodniach dresowych i białej koszulce z krótkim rękawkiem, siedząc na niskim drewnianym stołeczku, pali wielkie cygaro, co jest tu bardzo popularne. Kiedy siedząc na drewnianych ławkach przed sklepem, pijemy napoje, obok zza płotu przypatruje nam się z zaciekawieniem gromadka dzieci. Nie żebrzą o pieniądze, tak jak ma to miejsce w Indiach czy Boliwii. Pozdrawiamy je i po krótkim odpoczynku idziemy dalej. Po drodze mija nas grupa pięciu kobiet identycznie ubranych w zielone klapki, niebieskie spódnice, białe koszule z długim lub krótkim rękawem i z czerwono-czarnym turbanem na głowie. Policzki posmarowane tanaką, która ma chronić twarz przed słońcem. O czoło mają związane sznurki, które przytrzymują opierające się o ich plecy kosze pełne płodów rolnych. W końcu po całym dniu docieramy do klasztoru buddyjskiego. Klasztor jest na podmurówce z cegieł, zbudowany z drewna pomalowanego na kolor bordowy, dach ma z blachy. Z dachu wyrastają dwie wieże. Na placu przed klasztorem witają nas młodzi mnisi. Mają może po 7-10 lat. Wygoleni na łyso, ubrani w czerwone szaty, w klapkach. Jest ich tu kilkudziesięciu. Po kolacji otrzymujemy do spania pomieszczenie w klasztorze, w którym przygotowano dla nas i jeszcze dla jednej grupy Szwajcarów materace i koce do przykrycia. Śpimy na drewnianej podłodze. Kiedy wieczorem przy świetle świec i naszych czołówek rozmawiamy na werandzie i jemy złożoną z wielu dań kolację: była zupa, pieczone ziemniaki, ryż, chipsy, wołowina w sosie i sałatka z warzyw, mnisi w największej sali oglądają jakiś film sensacyjny na wideo. Potem już była tylko cisza nocna.

Rano obudziło mnie przenikliwe zimno. W klasztorze nie ma ogrzewania, a noce w górach nie są zbyt ciepłe. Dostaliśmy śniadanie, a potem poszliśmy podziękować przełożonemu klasztoru za gościnę. Starszy, ogolony na zero mnich ciepło nas przywitał, opowiedział kilka słów o buddyzmie, a następnie podarował nam na szczęście sznureczki z węzełkami, objaśniając ich buddyjskie znaczenie. My odwdzięczyliśmy się drobnymi datkami na rzecz klasztoru. Z klasztoru prowadzi wiejska droga, którą przemierzają miejscowi rolnicy. Po około dwóch godzinach marszu dochodzimy do małego sklepiku. Pod sklepik podjechał właśnie motocyklista, który był tak pijany, że kiedy się zatrzymał, to nie potrafił utrzymać motocykla i przewrócił się razem z nim. Jednak nie przejmując się tym faktem, wstał i pojechał dalej. Sprzedawca w sklepiku skomentował, że to najlepszy kierowca w okolicy. Minęliśmy drogę, która była w budowie. Ciężarowe samochody, które woziły materiały na budowę, swoimi kołami wzniecały tumany kurzu z wysuszonej ziemi. Potem ścieżka wiodła polami, znowu powoli stąpaliśmy z obawy przed wężami. Dalej szliśmy wzdłuż kanału nawadniającego zieloniutkie pola ryżowe, w którego mętnej wodzie chłodziły się bawoły. Nieco dalej był kolejny klasztor buddyjski, stojący na palach. To znak, że jesteśmy coraz bliżej wysokogórskiego jeziora Inle, które zalewa te tereny. Na drugą stronę kanału przechodzi się po prymitywnych drewnianych kładkach ponad wodą. Jedne składają się tylko z dwóch drabin i kilku desek, inne są tak rozbudowane, że mają nawet zadaszenie. Znowu kobiety, pomalowane tanaką, wyglądają z okien i uśmiechają się do nas. Coraz częściej mijamy miejscowych rolników, pozdrawiając ich słowem „mingalaba” (cześć). Oni z uśmiechem odpowiadają nam tak samo.

Dochodzimy do przystani, gdzie wsiadamy do długiej i wąskiej łodzi, która kanałem dowiezie nas do jeziora. Łódka na kilka osób napędzana jest silnikiem spalinowym. Teraz z poziomu rzeki podziwiamy pola uprawne i wiejską zabudowę – domy na palach. Co jakiś czas mijamy inną łódkę, w której rolnicy przewożą płody rolne. Wielokrotnie przepływamy pod prymitywnymi mostami. Podziwiamy buddyjskie świątynie z lasem białych stup. Kluczymy kanałami i w pewnym momencie trafiamy na mieliznę. Nie dało się ruszyć łódką w żadną stronę. Musimy wszyscy wysiąść do płytkiej rzeki, by następnie wypchnąć łódkę. Po krótkim mocowaniu się, płyniemy dalej. W jednej z restauracji przy rzece jemy lunch – zupa z kurczaka, którą popijamy woda mineralną.

W końcu docieramy do jeziora Inle, które jest drugim największym jeziorem w Birmie i położone jest na wysokości 880 metrów n.p.m. Wokół jeziora w oddali rozpościerają się góry. Płyniemy środkiem, skąd można podziwiać rybaków z plemienia Intha w słomkowych kapeluszach chroniących przed słońcem, którzy wiosłują, co ciekawe, nogami. Chodzi o to, aby w czasie zarzucania sieci na ryby, nie mieć zajętych rąk. Wiosłują na stojąco, stojąc jedną nogą na końcu chybotliwej łódki. Ja z pewnością w tej pozycji szybko wpadłbym do wody. Jednak lata praktyki czynią z nich mistrzów w tej sztuce. Przepłynięcie jeziora zajmuje nam około godzinę. Później jest jeszcze wąska rzeka, a po obu stronach – domy na palach i dopływamy do miasteczka Nyaungshwe. Po dotarciu do małego portu, wysiadamy z naszej łodzi, by poszukać hotelu. W recepcji hotelu Little Inn czekają już na nas bagaże, z którymi rozstaliśmy się w Kalew. Żegnamy się z naszą przewodniczką Toto, dziękując za górską przygodę.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w 5 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2012 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24