Magicznie zakurzone Mandalaj*

 

Mandalaj, podobnie jak jezioro Titicaca, rzeka Limpopo czy miasto Malakka, było dla mnie zawsze miejscem niemal mitycznym. Sama nazwa jest magiczna, tajemnicza i wywołuje niemal dreszcze podniecenia. Man-da-laj – brzmi, jakby miejscowość ta pochodziła z bajki dla dzieci czy baśni z tysiąca i jednej nocy.

 

Cały dzień było wyjątkowo gorąco, teraz niebo zachmurzyło się i w to marcowe popołudnie zrobiło się trochę zimniej. Zimniej nie znaczy zimno. Z pewnością nadal jest ponad 30 stopni Celsjusza, ale już nie około 40 jak dzień wcześniej. Idziemy wzdłuż zakurzonych ulic, wszędzie unoszący się w powietrzu kurz i hałas i ta nieprzyjemna woń spalin starych samochodów pomieszana z odchodami zwierząt i moczem ludzi. Kurz i hałas. Hałas i kurz. Wdychamy spaliny. Uciekamy przed pojazdami, które starają się nas wymijać. Motocykle obładowane towarami lub z trzema-czterema osobami na siodełku. Rowerowe riksze, których rowerzyści stopy mają przyodziane zaledwie w klapki: czerwone, brązowe, żółte, fioletowe, szare. Większość rikszarzy ubrana w tradycyjne longyi, czyli kawałek materiału zamiast spodni zawinięty wokół dolnej części ciała i zawiązany na duży supeł: w niebieską kratę, jednolicie granatowe, fioletowe czy brązowe. Wyżej koszula koloru niebieskiego, jednostajnie biała czy w czerwoną kratę lub w paski albo T-shirt z kolorowym nadrukiem. Na głowie kapelusz, czapka z daszkiem. Motocykliści mają zwykle kask. Co interesujące, wiele z tych kasków przyozdobionych jest… znakiem swastyki. I to nie tak jak w Indiach, gdzie swastyki można spotkać w hinduistycznych świątyniach, gdyż są one symbolem szczęścia. Czy choćby jak płaskorzeźby wokół okna w katedrze Sweti Cchoweli w Mcchecie w Gruzji, które bardziej przypominają skomplikowany labirynt niż złowrogi symbol. W Birmie jest to swastyka hitlerowska: czarna na białym tle z czerwonym obramowaniem. Czyżby Birmańczycy byli nazistami? Mało prawdopodobne. A może tak niewiele wiedzą o historii? Nie udało mi się rozwikłać zagadki, dlaczego tamtejsi motocykliści tak chętnie paradują z kaskami ozdobionymi hitlerowskimi swastykami.

Tak, ten kurz jest wszędzie. Dzień wcześniej, kiedy szukaliśmy w Mandalaj knajpki na jakiś drobny posiłek, budowano ulicę. Konkretnie kobiety nosiły w miskach drobne kamyki, które następnie wyrzucały pod przyszłą drogę. Tam to dopiero się kurzyło! Tym bardziej, że od dłuższego czasu ziemia nie poczuła deszczu. Piękne, drobne Birmanki, młode i stare, niektóre z miną poważną, inne uśmiechnięte, noszą miski wypełnione po brzegi ciężkimi kamieniami. W klapkach, długich spódnicach w kropki, w grochy, w plamki czy w jednolitym kolorze i koszulach z krótkim lub długim rękawem jak mężczyźni, a na głowie trójkątne kapelusze słomkowe ze sznureczkiem pod brodą. Zawsze tak sobie wyobrażałem Wietnamki z tym trójkątnym słomkowym kapeluszem na głowie stojące pochylone gdzieś w oddali na polu ryżowym, ale jak widać, w Birmie jest podobnie, i to na ulicy w milionowym Mandalaj. Pomagają im dzieci. Mężczyźni odziani w longyi ładują im tylko małymi łopatkami te kamienie do misek-koszyków. Czułem wtedy kurz w nosie i między zębami. Kurz osadza się na ubraniu i na odkrytych częściach ciała. Wszędzie kurz. Ten z ulicy i ten unoszący się spod rzucanych na przyszłą drogę kamieni. Duży żółty walec ubijał te kamienie. W innym miejscu Mandalaj, niedaleko wielkiego drewnianego zabytku – buddyjskiej świątyni, inne kobiety na głowie nosiły cegły na budowę. Czy to były kobiety, czy jeszcze dzieci? Dziewczyny miały może 16-17 lat. Na głowę nakładały kilkuwarstwowo chustkę, na nią jakiś grubszy zwitek materiału i wyżej już cegły, takie same jak mamy w Polsce. Osiem lub nawet dziesięć cegieł na głowie. Piramida, którą dziewczyna musiała przytrzymywać ręką z pomalowanymi na czerwono paznokciami, by nie spadła na ziemię.

A my dalej wdychamy ten kurz i wsłuchujemy się w hałas, idąc główną ulicą Mandalaj prowadzącą poza miasto. Na chodniku rowerowi rikszarze, w większości starsi mężczyźni, siedzą na siodełkach swoich pojazdów i obserwując ludzi, czekają na klienta. Nie są nachalni jak w Indiach czy Kambodży. Są spokojni, uśmiechnięci. Wokół walające się góry nigdy nie sprzątanych śmieci: papiery, puszki, skrawki materiału, jakiś plastik. Chodnikowe jadłodajnie przygotowują obok jedzenie. Można skosztować placków pieczonych na oleju na chodnikowym ognisku. Jakieś paczki pod sklepem, obok w cieniu leżą wygłodniałe, bezdomne psy. Kiedy idziemy, oprócz motocykli i riksz wyprzedzają nas samochody, niektóre tak stare, jak ten żółty ciężarowy brytyjski leyland pamiętający chyba czasy II wojny światowej. Jeżdżą w pochmurny dzień bez włączonych świateł. Przypomniało mi się, że kiedy niedługo po wprowadzeniu w Polsce obowiązku włączania świateł mijania w dzień byłem w Wenezueli, powiedziałem to napotkanemu w Santa Elena de Uairen Wenezuelczykowi. Na początku mi nie wierzył, w to, co mu mówię, potem uznał, że to niemożliwe, a na koniec doszedł do wniosku, że robię z niego wariata! – Ale po co? – spytał, otwierając coraz szerzej oczy i robiąc dziwny grymas na twarzy. Nie wiedziałem, co mam mu na to odpowiedzieć, bo była noc, dookoła świeciły nieliczne tylko latarnie uliczne, a co drugi samochód nie tylko nie miał zaświeconych reflektorów, ale w ogóle miał wybite światła. Nie udało mi się udowodnić Wenezuelczykowi, że w dzień samochody muszą w Polsce świecić światła. Żadnemu Birmańczykowi też nie byłbym w stanie tego wytłumaczyć, choć może by zrozumiał, gdybym powiedział, że dzięki temu wzrasta zużycie paliwa, a ponieważ ponad połowa ceny paliwa stanowią podatki, to dzięki światłom dodatkowe wpływy zyskuje fiskus. Birmańczyk może by i zrozumiał, ale Wenezuelczyk chyba nie, biorąc pod uwagę cenę oleju napędowego, którego litr trzy lata temu kosztował w tym południowoamerykańskim kraju w przeliczeniu 2,5 grosza. Z kolei benzyna na wenezuelskich stacjach benzynowych jest ponad sto razy tańsza niż w Polsce!

Omijają nas stare osobówki, pick-upy i półciężarówki wyładowane po brzegi ludźmi lub towarem, a często i jednym, i drugim. Na dachu półciężarówki jest wszystko: kartonowe pudła, kosze z egzotycznymi owocami i warzywami, ogromne worki przewiązane sznurkiem, by nie spadły z dachu, a także luzem bambus czy trzcina cukrowa. Niezbyt wielkie odrapane półciężarówki wyładowane są ludźmi i towarem do granic wytrzymałości. W środku na pace po obu stronach ludzie siedzą na drewnianych ławkach, ściśnięci jak śledzie w beczce, a w środku dodatkowy rząd drewnianych stołków. To nie wszystko. Pozostali podróżują na stojąco na otwartej tylnej klapie – czterech mężczyzn oraz pięciu kolejnych na dachu i jeszcze dwóch chłopaków na dachu szoferki. Widać, że tutejsi mieszkańcy o unijnych normach bezpieczeństwa nie słyszeli ani słowa. To dobrze dla nich, bo w przeciwnym razie nikogo nie byłoby stać ani na transport towaru, ani na przejazd. Tak, ci ludzie może i są mniej bezpieczni na ulicy, bo w razie wypadku będą znacznie bardziej poszkodowani niż w podobnym wypadku w Europie, ale z drugiej strony z pewnością są bardziej wolni. W końcu to ich osobisty wybór, że decydują się na taką podróż. Nikt ich do tego nie zmusza, ale też nikt nie zakazuje. Kiedy robię zdjęcie tym ludziom, przyjaźnie machają mi ręką i w szerokim uśmiechu pokazują braki w swoim uzębieniu.

Jeszcze ciekawsze sceny w transporcie mają miejsce podczas całonocnych przejazdów na długich trasach. Kiedy pędzimy w nocy niemal pustą autostradą z Rangunu do Mandalaj, nie mogąc zasnąć przez prymitywne seriale i głupkowate kabarety rodzimej produkcji puszczane w środku, nasz stary japoński autokar jest zaledwie w połowie wypełniony pasażerami. Zastanawia mnie tylko fakt, dlaczego z tylnej części pojazdu wymontowano jakieś pięć rzędów siedzeń. Wkrótce znajduję odpowiedź. Autobus zatrzymuje się na środku autostrady, zjeżdżając tylko w połowie na pobocze, a w połowie zajmując prawy pas jezdni. Nagle z ciemności wyłaniają się mężczyźni z motocyklami, które zaczynają ładować do autobusu. Pierwszy motocykl, drugi, trzeci… szósty. Pomagają im chłopaki z obsługi autokaru. Mija kilkadziesiąt minut. Myślę, że już nic tam więcej się nie zmieści, ale na motocykle wciskane są jeszcze jakieś kartonowe paczki. Po ponad godzinnym załadunku ruszamy naszym pasażersko-towarowym pojazdem. Innym razem kiedy jedziemy starym autobusem marki mitsubishi z Nyaungshwe nad jeziorem Inle do Bago, tył pojazdu załadowany jest pod sam sufit pomarańczowymi… workami z kapustą. Obsługa ma pecha. Po kilkunastominutowym przystanku na drobny posiłek kierowca nie może zapalić autobusu. Chłopaki muszą wyciągnąć cały ładunek kapusty, by dostać się do silnika! Co też niezwłocznie czynią bez zbędnego narzekania. Po godzinie autobus jest naprawiony, a obsługa autobusu po łokcie brudna od smaru.

Tymczasem w Mandalaj mija nas wiekowa półciężarówka marki nissan z otwartą paką i załadowana gigantycznymi workami wypełnionymi czymś. Nie wiadomo czym, ale jakieś warzywo chyba w środku jest. Związane sznurkiem worki są dwa razy wyższe niż pojazd, na który je załadowano, sporo wystają po obu stronach poza auto, a na samej górze siedzi na nich drobny brunet. Z przodu auta zawiązana wiązanka jakiś roślin. Na szczęście. Spotykamy też mnichów i kobiety na motocyklach, niektóre na twarzy w ochronnych maskach z materiału. Inne z umalowanymi tanaką policzkami. W tym kolorowym jazgocie ulicy na przedmieściach Mandalaj spoglądają na nas oczy pięknej Birmanki. Z wielkiej reklamy wody mineralnej. Na plakacie obok młoda para rekomenduje zakup ubrań sportowych. Mijamy warsztaty samochodowe, a na chodniku facet dysponuje specjalną drewnianą podpórką na rowery, które na miejscu naprawia. Łata dętki, zakłada łańcuch, prostuje kierownicę, a może też na życzenie pomalować cały rower. Są też sklepy spożywcze. Przed każdym siedzi na schodach na plastikowym krześle ogrodowym młoda kobieta (bez kasy fiskalnej!), zwykle uśmiechnięta, a w środku bardzo ubogi asortyment: woda mineralna, amerykańska coca-cola i o połowę tańsza miejscowa star-cola o różnych smakach, miejscowe chipsy, jajka, jakieś cukierki i lizaki, ciastka, mydło, papier toaletowy.

Mamy dość tego kurzu i decydujemy się na transport półciężarówką. Ta pierwsza czekająca na pasażerów ma jechać w naszym kierunku. Wsiadamy do końca paki, na drewniane siedzenia. I czekamy na kolejnych podróżnych. Mijają minuty, a ci schodzą się powoli: kobiety, mężczyźni, dzieci. W końcu wchodzi pięć mniszek. Ogolone na łyso, ubrane są w różowe szaty z przerzuconymi przez ramię pomarańczowymi szalami, w klapkach, niektóre w okularach, z siatkami pełnymi owoców i innych zakupów. Patrzymy na nie z zaciekawieniem, a one na nas. Jesteśmy dla nich taką samą atrakcją turystyczną, jak one dla nas. Ruszamy, ale tylko kilkadziesiąt metrów, by nadal czekać. Przychodzą kolejne osoby i tłok w środku jest coraz większy. Dostawiany jest środkowy rząd drewnianych stołków. Obserwujemy, co się dzieje w środku i na ulicy i wdychamy spaliny omijających nas wiekowych pojazdów. Z pewnością nie są one napędzane benzyną bezołowiową. Niestety nasza półciężarówka nie zapełniła się do końca, więc czekamy na kolejnych pasażerów. Minęło już dobre pół godziny, a my nadal stoimy. Wyprzedzają nas inne półciężarówki, które zapełniły się szybciej. Czyżby jechały w innym kierunku? Ścisk jest tak wielki, że drętwieją nam wszystkie kończyny. Nadal dużo brakuje, by zapełnić pojazd według tutejszych standardów. Mimo tego, że zapłaciliśmy już za bilet 1000 kiatów, decydujemy się na opuszczenie tego nieprzyjemnego miejsca. Przesiadamy się do innej półciężarówki, której kierowca zapewniał, że zaraz odjeżdża. Kolejne 200 kiatów. Wyciągam gruby plik niewiele wartych moich 1000-kiatowych banknotów. Za 100 dolarów dostałem ich aż 88. Większych banknotów nie ma w obiegu, gdyż zbyt często były fałszowane. Jednak ten pojazd szybko zapełnia się pasażerami i o dziwo wkrótce rusza po wertepach przedmieść zatłoczonego Mandalaj, drugiego co do wielkości miasta Myanmaru, rządzonego przez wojskową juntę. Jedziemy przez magicznie zakurzone Mandalaj, a naszym celem jest jeden z największych zabytków tego kraju: most tekowy U Bein nad jeziorem Taungthaman wybudowany w 1849 roku. Za ciężarówką unoszą się tabuny ulicznego pyłu…

 

* Niniejszy artykuł został opublikowany w 3 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2012 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24