W kraju Lenina i Mickiewicza*

 

Ducha wybitnego poety Adama Mickiewicza i komunistycznego ludobójcy Włodzimierza Lenina widzimy na każdym kroku. To ulice, place, popiersia, pomniki i muzea z nimi związane. Czy może się udać kompilacja tak odległych od siebie postaci? Na Białorusi zgodnie współistnieją, nie wchodząc sobie w paradę.

 

Ostatniego dnia podczas tygodniowego pobytu na Białorusi postanowiłem, że odwiedzę miejsce o wielkim znaczeniu historycznym nie tylko dla kraju nad Niemnem i Prypecią. Mianowicie tutaj w głębokich lasach białoruskiej części Puszczy Białowieskiej, zaledwie kilka kilometrów od granicy z Polską, miało miejsce bardzo ważne wydarzenie dla całego świata. W sowieckim wtedy jeszcze pałacyku we wsi Wiskuli, wybudowanym dla prominentnych radzieckich szych w połowie XX wieku, (i tu chichot historii) doszło do podpisania aktu likwidacji Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. W grudniu 1991 roku zebrali się tutaj najwyżsi komunistyczni przedstawiciele radzieckich republik oraz prezydent Borys Jelcyn. Jak głosi legenda, którą opowiedziała mi bardzo miła właścicielka biura podróży w Białej Podlaskiej, gdzie załatwiałem białoruską wizę, w celu podpisania odpowiedniego aktu szefowie sowieckich republik najzwyczajniej w świecie upili Jelcyna, by ten bez jakiś specjalnych oporów podpisał podsunięty mu dokument. A jak wiadomo, prezydent Rosji za kołnierz nie wylewał, więc podstęp udał się bardzo łatwo.

Tak zainteresowała mnie ta legenda, że jadąc z wyłączonymi światłami mijania wybudowaną bez unijnych dotacji, niezatłoczoną i niedrogą (dla obcokrajowych kierowców około 3 euro za niecałe 400 kilometrów z Brześcia do Mińska, dla Białorusinów około połowa tej sumy) autostradą z Baranowicz, zdecydowałem, że odwiedzę to ciekawe miejsce. Ale najpierw należało zatankować paliwo. Na przyautostradowej stacji benzynowej można płacić nie tylko białoruskimi rublami, ale również dolarami i euro. Ciekawe jest natomiast to, że zanim z dystrybutora zacznie spływać do baku 95-oktanowa ołowiowa benzyna, trzeba zapłacić w kasie sumę, za jaką chce się zatankować samochód. Białoruś jest w tym dobrym położeniu, że dostępna jest lepsza dla samochodów i środowiska benzyna ołowiowa, gdyż substancje zastępujące w benzynie bezołowiowej ołów, są bardziej szkodliwe od wyeliminowanego ołowiu zarówno dla ludzi, jak i środowiska. Zaś najbardziej każdego zagranicznego kierowcę cieszy fakt, że litr takiego paliwa kosztuje zaledwie około 3 zł (w maju 2010 roku). Nic tylko lać i jechać po równej białoruskiej autostradzie! A informacje o częstym zatrzymywaniu przez białoruską milicję samochodów z obcą rejestracją w celu wymuszenia łapówek można włożyć między bajki. Nie zostałem zatrzymany ani razu.

Jednak już wkrótce musiałem opuścić tę drogę, by na wysokości Berezy ruszyć w kierunku Prużan. Nawierzchnia drogi trochę się pogorszyła. Jechałem powoli przez małe wioski, zabudowane drewnianymi domostwami, omijając furmanki i coraz większe dziury w asfalcie. Im dalej od autostrady, tym droga była gorsza (w listopadzie 2011 roku w celu udostępnienia tych terenów dla inwestycji otwarto nową drogę łączącą Brześć z Grodnem biegnącą przez Puszczę Białowieską). W kolejnych wioskach mogłem zza szyby samochodu podziwiać sowieckie pomniki sprzętu wojskowego z drugiej wojny światowej: zielony samolot z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach i ogonie czy radzieckie działo ozdobione pięknym bukietem świeżych kwiatów. Dalsza fragmentami gruntowa droga wiodła przez coraz gęstszy las. Od autostrady przejechałem już kilkadziesiąt kilometrów i Puszcza Białowieska gęstniała. W pewnym momencie na środku drogi ujrzałem czerwono-biały, podwójny szlaban z drewnianą budką strażniczą. Obok stał duży drewniany napis „Biełowieżskaja Puszcza” wraz z herbem tego przyrodniczego skarbu w środku Europy.

Powoli dojechałem do szlabanu i zatrzymałem samochód. Ponieważ nikt do mnie nie wychodził, otworzyłem drzwi pojazdu i podszedłem do budki. Wokół nie było żywej duszy. Nie wiedziałem, czy mnie wylegitymują, czy zabiorą auto, czy może od razu aresztują albo zastrzelą. Wszedłem po drewnianych schodkach do środka i nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego ze swojego krzesła wstała strażniczka i zaczęła wypytywać się mnie po białorusku.

– Gdzie wy chcecie jechać? – spytała groźnie, widząc moją polską rejestrację.

– Chciałem jechać do Wiskuli – odpowiedziałem.

– Ale po co? – zapytała.

– Chciałem zobaczyć pałacyk w Wiskuli – powiedziałem, ale po minie strażniczki już wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

– Ale tam nic nie ma do oglądania. Tam jest tylko rezydencja prezydenta Aleksandra Łukaszenki – stwierdziła. – Proszę zawracać – dodała podniesionym głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Nie mogłem oponować. Ostry wzrok strażniczki nie dał mi szansy, by się tłumaczyć, by prosić, aby specjalnie dla mnie podniosła szlaban i by mnie jednak puściła, tak jak kiedyś w Peru. Będąc w tym południowoamerykańskim kraju, chcieliśmy przejechać się najwyżej położoną wtedy na świecie Centralną Koleją Transandyjską, zwaną koleją Ernesta Malinowskiego, wybudowaną w XIX wieku przez tego genialnego polskiego inżyniera (teraz najwyżej położona jest wybudowana niedawno kolej w Tybecie). Jednak jak się okazało, akurat miał miejsce kilkudniowy strajk kolejarzy i kolej nie funkcjonowała. W związku z tym chcieliśmy zobaczyć chociaż stację w Limie, skąd rusza pociąg kolei Malinowskiego. Na miejscu okazało się, że jest ona zamknięta wielką żelazną bramą i nikt nie jest wpuszczany. Nie chcieliśmy odpuścić tego miejsca. Uprosiliśmy jednego ze strajkujących kolejarzy, by nas wpuścił do środka, argumentując, że jesteśmy z Polski, ojczyzny Malinowskiego i być może jedyny raz w życiu odwiedzamy Peru. Wtedy udało się – wpuszczono nas na stację, gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia pod płaskorzeźbą polskiego budowniczego. Tym razem, na znacznie nam bliższej i mniej egzotycznej Białorusi, nie było dyskusji. Wsiadłem w samochód, zawróciłem przy szlabanie i kilkadziesiąt kilometrów musiałem wrócić przez lasy i wsie z powrotem do autostrady.

Na szczęście nie wszyscy napotkani przeze mnie podczas tego tygodnia Białorusini byli tak dla mnie nieuprzejmi. Wręcz przeciwnie. Kiedy w karczmie „Rzym” na rynku w Nowogródku jadłem na obiad, podany przez piękną młodą kelnerkę w minispódniczce kotlet schabowy z ziemniakami i sałatką, popijając piwem „Żiguljewskoje”, przy stoliku obok siedziało dwóch facetów, którzy wyglądali, jakby wczoraj uciekli z więzienia i pili jakiegoś miejscowego jabola. Jeden, z niewielkim zarostem, ubrany był w podkoszulkę moro, a na nią niebieską kurtkę dresową i do tego dresowe spodnie. Drugi w dżinsach z szerokim brązowym pasem i w letniej brązowej kurtce. Obaj z tatuażami na rękach. Pierwszy z nich grzecznie podszedł do mojego stolika i wskazując na moją lustrzankę leżącą na stole, poprosił, żeby zrobić im obu zdjęcie, co niezwłocznie uczyniłem. Obaj panowie ładnie się uśmiechnęli. Pstryk. – Ja będziesz w Polsce, to pokaż wszystkim to zdjęcie – powiedział pan w niebieskim dresiku. – I powiedz im, że tak wyglądają prawdziwi Białorusini – zaznaczył. Odpowiedziałem, że dokładnie tak uczynię. Zresztą podobną sytuację miałem podczas centralnych obchodów 65 rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem w Mińsku. To gigantyczna impreza, odbywająca się co roku 9 maja. W dniu tym niemal cały Mińsk jest zablokowany, a ludzie tłumami walą, by zobaczyć przemarsze wojsk, przemowy prezydenta Łukaszenki (transmitowane również w telewizji) i innych oficjeli, przelatujące z białoruską flagą śmigłowce bojowe i samoloty ciągnące za sobą kolorowe wstęgi dymu. Właśnie kiedy szerokimi ulicami stolicy szedłem na tę uroczystość z wiszącym na szyi aparatem fotograficznym, zagadnęło mnie dwóch młodych chłopaków w czarnych kurtkach. Wokół wstrzymany ruch, wielkie billboardy reklamujące rocznicę i olbrzymie telebimy transmitujące imprezę, a oni pytają się mnie, czy mogę im zrobić zdjęcie. Oczywiście zgodziłem się, a ci zamachali rękami i z szerokim uśmiechem na twarzach uchwyciłem ich w kadrze. Na pożegnanie pomachali mi przyjaźnie rękami.

Kiedy przemierza się samochodem drogi i bezdroża Białorusi, rzadko napotkać można billboardy reklamowe, które w Polsce tak bardzo psują krajobraz przy każdej niemal drodze i ulicy. Dla odmiany na podróżnych i miejscowych przyjaźnie spoglądają z dużych patriotycznych plakatów propagandowych, gdzieniegdzie już wyblakłych na słońcu, uśmiechnięte twarze Białorusinów. Ciekawa, a zarazem śmieszna jest seria billboardów „My Bjełarusy”. Na jednym plakacie trzech uśmiechniętych kołchoźników w strojach roboczych w polu na tle pracującego kombajnu zbożowego zachwalają między sobą zbiory pszenicy. Na drugim – uśmiechnięta młoda rodzina z trójką dzieci. Na trzecim – grający na rynku w Nieświeżu ludowy zespół muzyczny. Z kolei na plakacie zasponsorowanym pewnie przez białoruskie ministerstwo zdrowia widać dwie uśmiechnięte lekarki i jednego młodego lekarza z narciarzami w tle i napisem: „Za zdorowuju Bjełarus!”. Ten uśmiech na twarzach z plakatów nie jest tylko chwytem propagandowym. Po muzeum Adama Mickiewicza w Zaosiu koło Nowogródka, gdzie urodził się wieszcz, oprowadzał mnie starszy, ale bardzo miły przewodnik, opowiadając historie rodziny Mickiewiczów łamaną polszczyzną, a także wiele świetnych dowcipów.

Jednak i tak nikt nie pobije w uprzejmości jednej Gruzinki, kiedy próbowałem dostać się do ambasady Azerbejdżanu w Tbilisi. Kierowca autobusu w stolicy Gruzji polecił mi się przesiąść na inny autobus. Oczywiście biletu nie musiałem kupować – tak było za każdym razem, kiedy kierowca dowiadywał się, że pochodzę z Polski, czyli kraju ukochanego przez Gruzinów Lecha Kaczyńskiego, który jest dla nich bohaterem narodowym, gdyż w najtrudniejszych chwilach bronił ich przed wspólnym wrogiem – imperialną Rosją, która napadła na malutką Gruzję i bezprawnie zagarnęła dwie gruzińskie prowincje. Ze mną wysiadła Gruzinka – pasażerka autobusu, która podsłuchiwała moją rozmowę z kierowcą. Następnie razem ze mną czekała na przystanku na drugi autobus, abym przypadkiem nie wsiadł do niewłaściwego numeru. Ponieważ jednak dwa kolejne autobusy nie zatrzymały się na przystanku, gdyż były zbyt wypełnione, kobieta zatrzymała taksówkę, która podwiozła nas pod samą ambasadę. Gruzinka nie zgodziła się, żebym zapłacił za taksówkę. Spytała tylko, czy to tutaj chciałem przyjechać. Kiedy potwierdziłem, pożegnała mnie z uśmiechem na twarzy i odjechała z taksówkarzem.

Ale Gruzja ma jeszcze coś wspólnego z Białorusią – dziewczyny. Do obu krajów warto jechać choćby z uwagi na ten aspekt estetyczny. Czy to w mińskim parku z popiersiem twórcy radzieckiej policji politycznej Czeki i ludobójcy Feliksa Dzierżyńskiego, czy w stołecznym metrze, czy na placu Lenina w małym Nowogródku, czy na ładnie odremontowanym deptaku w Brześciu, czy też na targu w Mirze – białoruskie dziewczyny są śliczne, tak jak ich koleżanki z Tbilisi czy Erywania. Jest to miły dodatek dla podróżnika po Białorusi wynagradzający fizyczne niewygody postkomunistycznych hoteli i brak komfortu psychicznego, kiedy w każdej najmniejszej nawet mieścinie z cokołu patrzy na przyjezdnego komunistyczny dyktator mający na rękach krew milionów niewinnych ludzi. Oprócz pięknych dziewcząt, dobrych autostrad, taniej benzyny Białoruś zaskakuje także czystością ulic w miastach. W Brześciu od samego rana, kiedy słońce jeszcze nie do końca wstało, a na dworze był lekki chłodek, szły w ruch polewaczki i traktory czyszczące ulice, a z nimi sprzątaczki i sprzątacze w odblaskowych kamizelkach z taczkami i wielkimi miotłami. Ulica Lenina, ulica Mickiewicza, ulica Marksa, ulica Sowietskaja, aleja Maszerowa i ulica Gogola – one wszystkie musiały być elegancko wyczyszczone. To samo w Mińsku, a nawet w malutkim Klecku.

Nie licząc bezsensownie straconego z powodów biurokratycznych czasu na polsko-białoruskim przejściu granicznym, Białoruś jest interesującym i łatwym krajem do zwiedzania, szczególnie dla Polaków, ponieważ bez problemu można się porozumieć z miejscowymi. Zresztą – wbrew pozorom – mamy sporo wspólnego. Bociany nad Niemnem, żyjące wśród kołchozowych pól, są takie same, jak w Biebrzańskim Parku Narodowym. Adam Mickiewicz jest poetą niemal tak ważnym dla Białorusinów, jak dla Polaków – można spotkać jego pomniki w wielu miastach, a muzea z nim związane są utrzymane w bardzo dobrym stanie. Postkomunistyczne blokowiska na przedmieściach Mińska są identyczne jak na warszawskim Ursynowie. Białoruskie dziewczyny są tak piękne jak polskie. Puszcza Białowieska ciągnie się po obu stronach granicy, a żubry mogą się przemieszczać bez paszportów. Z powodu wysokiej akcyzy narzuconej przez Unię Europejską, w Polsce pali się masowo przemycane z Białorusi papierosy (to fakt), a na po białoruskich drogach jeżdżą kradzione w Polsce samochody (to stereotyp). W Mińsku wystawia się pomniki Dzierżyńskiego, czyli Polaka, który zabił najwięcej Ruskich. Jako Polacy mieliśmy tylko szczęście o tyle, że do tej pory wielbionemu na Białorusi Włodzimierzowi Iljiczowi nie udało się podbić naszego kraju w 1920 roku. Zachęcam do odwiedzenia kraju Mickiewicza, Lenina i pięknych kobiet w krótkich spódnicach!

* Niniejszy artykuł został opublikowany w 4 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2012 r.

Jedna odpowiedź to “W kraju Lenina i Mickiewicza”

  1. Wanda pisze:

    Szanowny Panie Tomaszu!
    Właśnie siedzę nad pewną opowieścią dotyczącą Białorusi i zależało mi na przypomnieniu treści zapisanych na białoruskich bilbordach, w ten sposób znalazłam Pana stronę. Świetny artykuł! Zgadzam się z każdą Pana obserwacją – uroczy, czysty i przyjazny Polakom kraj! Na każdym kroku elementy polskości i przychylność Białorusinów. Byliśmy tam z mężem w zeszłym roku. W tym roku jadą nasze córki – studentki. Lekcja historii i patriotyzmu. Lekcja szacunku dla kobiet, rodziców i ludzi starszych. Pomijam elementy nacjonalizmu czy czy postkomunizmu – koloryt tego rozwijającego się kraju. Jedna z Białorusinek powiedziała mi coś takiego:
    - Dlaczego mamy zrzucać pomniki Lenina? Był taki człowiek, dla każdego niech będzie przestrogą. Jest elementem naszej historii. Niech stoi, nie wolno niszczyć efektów cudzej pracy. Kiedyś i tak sam się rozleci.
    A białoruskie dziewczyny?! – nic na ten temat nie powiem. Przez czystą, kobiecą zawiść. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że sama jestem w połowie ,,z tamtych stron”.
    Serdecznie pozdrawiam i również zachęcam do odwiedzania urokliwej Białorusi.
    Wanda

Zostaw odpowiedź

web stats stat24