Tam, gdzie czuć piekło*
W południowo-zachodniej części Boliwii znajduje się bardzo niegościnna i chyba dlatego mało znana pustynia. Leży ona w południowej części andyjskiego płaskowyżu Altiplano. Właśnie tam, do miasteczka Uyuni, dotarłem w zeszłym roku, by przeżyć kilka niesamowitych dni i nocy.
11-tysięczne Uyuni leży na środku pustyni a składa się z kilku prostopadle biegnących do siebie ulic. Oprócz najstarszej boliwijskiej lokomotywy ustawionej na środku głównej ulicy i kilku agencji turystycznych proponujących identyczne kilkudniowe wycieczki za prawie taką samą cenę w miasteczku nie ma nic. Przyjechałem tam wieczorem i już rano załadowany z kilkoma osobami na terenową TOYOTĘ ruszyłem w nieznane. Kierowca był równocześnie przewodnikiem, kucharzem, kelnerem, mechanikiem samochodowym i lekarzem. Na szczęście nie musieliśmy sprawdzać jego umiejętności w ostatniej profesji. Na dachu samochodu oprócz naszych bagaży było jedzenie, kanistry z wodą pitną, kanistry z benzyną i butle gazowe. To wszystko było konieczne, ponieważ przez kilkaset kilometrów mieliśmy przedzierać się przez teren (bez dróg asfaltowych), gdzie prawie nie było cywilizacji.
Pierwszy przystanek mieliśmy na największym salarze na świecie – Salar de Uyuni. Jego średnica wynosi ponad 100 km. Salary są to płaskie powierzchnie pokryte solą, które w porze deszczowej zamieniają się w płytkie mocno zasolone jeziora. Na środku salaru zbudowano hotel z soli. Oprócz szyb w oknach i pokrycia dachowego wszystko w środku i na zewnątrz jest zrobione z soli: ściany, stoły, krzesła, łóżka. Z soli zbudowano nawet mały basen, który tylko od wewnątrz jest wyłożony płytkami. Widzieliśmy jak robotnicy w prymitywnych warunkach produkowali sól. Za pomocą zwykłych kilofów i łopat formowano kopce soli (których było wiele dookoła) lub bezpośrednio wrzucano sól na ciężarówkę. Była to ciężka praca, ponieważ w tym okresie roku powierzchnia salaru jest twarda jak beton. Niedaleko hotelu jest wyspa Isla de Pescado, czyli Wyspa Rybna. Nazwę swoją zawdzięcza kształtowi. Na wyspie rośnie mnóstwo kaktusów. Niektóre osiągają wysokość kilkudziesięciu metrów.
Po opuszczeniu salaru jechaliśmy dalej. Kolejną atrakcją były niesamowite formy skalne. Miedzy innymi tzw. drzewo z kamienia. Znajdowaliśmy się na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Dookoła na horyzoncie rozpościerały się szczyty gór i wulkanów (niektóre były pokryte lodowcami). W takim księżycowym krajobrazie jedliśmy posiłek, którego główną częścią było mięso lamy, przygotowany przez kierowcę-kucharza. Między skałami zauważyliśmy dziwne zwierzątko – wyglądało jak skrzyżowanie królika z wiewiórką a na dodatek skakało jak kangur!
- To zwierzątko nazywa się piscacha [czyt. piskaća]. - wyjaśnił nasz kierowca-przewodnik. Wieczorem dotarliśmy do zagubionej pustynnej wioski San Juan. Większość domów zbudowana była z guana czyli z odchodów zwierząt domowych. Odchody te po prostu miesza się ze słomą i kamieniami a następnie formuje na kształt cegieł i wysusza na słońcu. Potem buduje się z tego normalne mury.
Na Altiplano żyją wszystkie odmiany lam: lama zwykła, guanako, vikunia i alpaka. Lam używa się jako zwierzęta juczne. Alpaki hoduje się na wełnę, z której wyrabia się ciepłe ubrania: swetry, czapki, rękawiczki, skarpety, szaliki. Guanako jest dziką lamą, która ma ciekawy zwyczaj plucia. Słowem „guanako” potocznie określa się przez to wozy z armatkami wodnymi, które służą do rozpędzania manifestacji lub demonstracji. Najszlachetniejszą odmianą lamy jest vikunia, która wygląda na bardzo delikatne zwierzę i podobna jest do polskiej sarny.
Następnego dnia pustynny krajobraz niewiele się zmienił. Zaczęły pojawiać się jedynie przepiękne laguny. Najbardziej malowniczą była Laguna Colorada, która dzięki związkom cheminczym znajdującym się w wodzie zmienia swój kolor z niebieskiego na czerwony i odwrotnie. Na jej środku natomiast obserwowaliśmy flamingi Jamesa, które mają przepiękne różowo-białe upierzenie. Właśnie koło Laguny Colorady przy stacji meteorologicznej znajdowała się nasza baza. Jak się okazało do tej małej osady bieżąca woda (oczywiście tylko zimna) dochodzi tylko kilka godzin w ciągu dnia a prąd jest włączany o zmroku jedynie na około 1,5 godziny. Przy kolacji powiedziano nam, żeby się ciepło ubrać do śpiwora, bo noc będzie zimna a w baraku nie ma ogrzewania. Byliśmy trochę zdziwieni, ponieważ temperatura w dzień przekraczała do 30 stopni Celsjusza.
Pobudka była o godzinie 5 rano. Termometr w pokoju wskazał plus 3,8 stopnia! Na dworze było grubo poniżej minus 10. Woda płynąca z kranów z umywalek, które były na zewnątrz budynków momentalnie zamieniała się w lód! Zapakowaliśmy się do naszej TOYOTY, której szyby pokrywał szron. Kierowca zamiast włączyć ogrzewanie (prawdopodobnie go nie było) otworzył boczną szybę a lód z przedniej szyby zeskrobywał kasetą magnetofonową! Jednak po zeskrobaniu lód, jak na złość, pojawiał się z powrotem. Nasz kierowca nic nie widząc przez przednią szybę (w dodatku jeszcze było całkowicie ciemno) gnał po kamienistej pustyni. Po kilkudziesięciu minutach jazdy, której każda minuta mogła się zakończyć katastrofą, dotarliśmy do gejzerów Sol de Mańana (Słońce Poranka) na wysokości 4800 m n.p.m. Kiedy wyszliśmy z auta zewsząd buchała na nas gorąca para. Nasz kierowca-mechanik otworzył maskę TOYOTY i parą próbował ogrzać samochód. Gotująca się dookoła woda w ziemi bulgotała a na dodatek para strasznie śmierdziała siarką.
- Tu jest jak w piekle! – krzyknął mój przyjaciel. Z powodu siarkowych wyziewów nie można było tam zbyt długo wytrzymać więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Po krótkiej jeździe dotarliśmy do gorących źródeł Chalviri. Tam mogliśmy zamoczyć i rozgrzać nasze zmarznięte nogi w płytkich, ale gorących jeziorkach. Dopiero wtedy zrobiło się trochę cieplej.
Około południa dotarliśmy do kolejnej laguny. Laguna Verde (zielona) pod wpływem wiatru zmienia kolor z zielonego na niebieski i na odwrót. Nad stawem wznosi się majestatyczny wulkan Licancabur (5916m), który malowniczo odbija się w wodzie. Dziwił nas biały kolor wybrzeża laguny. Okazało się, że jest to wapno. Tu był koniec naszej wyprawy po boliwijskiej pustyni. Niektórzy wracali przez pustynię kolejne 2 dni do Uyuni. My natomiast chcieliśmy przedostać się do Chile, którego granica znajdowała się kilkanaście kilometrów dalej.
* Ten tekst ukazał się w nr 169 „Trybunie Śląskiej” z 21 lipca 2000 r.





