Lima – miasto ojca Szeligi*
Do Limy przylecieliśmy wieczorem. W tamtych szerokościach geograficznych noc i dzień trwają cały rok mniej więcej jednakową ilość godzin. Około godziny 18.00 robi się ciemno a około godziny 6.00 rano słońce wstaje. Na lotnisku na szczęście czekał na nas Paweł, którego poznaliśmy wcześniej przez Internet (jego ojciec jest Peruwiańczykiem a matka Polką i pracuje w Ministerstwie Turystyki Peru). Ku naszemu zaskoczeniu zaprowadził nas do swojego Poloneza, którym porusza się po Limie na co dzień.
DRZWI ZAMYKANE NA KŁÓDKĘ
Od razu dało się zauważyć odmienność stolicy Peru od innych miast europejskich. Ulice w ośmiomilionowej Limie są szerokie, trzypasmowe. Jednak pojazdy, które po nich jeżdżą nie mają nic wspólnego z samochodami jeżdżącymi w Europie. Przede wszystkim ich spaliny bardzo zanieczyszczają powietrze, ponieważ większość z nich była wyprodukowana powyżej 20 lat temu, głównie w USA, Japonii i Korei Południowej. Te samochodowe trupy mają rozbite światła, są podziurawione, zardzewiałe, bez zderzaków, z łysymi oponami, czasem bez szyb. Autobusy kopcą tak, że gdyby miały jeździć w Polsce to ponad 90% z nich zostałyby z pewnością wycofane z ruchu drogowego. Tymczasem w Peru nikt się tym nie przejmuje. Peruwiańczyków nie obchodzi to, że pojazd jest w opłakanym stanie technicznym. Liczy się tylko to, że jeździ. Mieszkańcy Peru nie mają pieniędzy, by je wyremontować a tym bardziej by kupić nowe. Nawet policyjnym samochodom nie zawsze domykają się rozbite maski czy bagażniki. W ruchu drogowym panuje straszliwy chaos. Kierowcy wymuszają pierwszeństwo, wyprzedzają w miejscach niedozwolonych, nie zatrzymują się przed pasami dla pieszych, strasznie przy tym trąbiąc. Pierwszeństwo na skrzyżowaniu ma ten samochód, który pierwszy dojechał do jego połowy(!). Nikt nie zapina pasów bezpieczeństwa. Większość aut nawet ich nie ma w wyposażeniu, ponieważ kiedy zostały wyprodukowanie to wtedy jeszcze pasów nie wymyślono!
Przeciskając się po zakorkowanej takimi samochodami Limie, z dzielnicy Callao, gdzie znajduje się lotnisko (a także najważniejszy w Peru port oceaniczny), dojechaliśmy szczęśliwie do naszego Hotelu Europa w samym centrum miasta. Hotel, trzeba przyznać, z Europą niewiele miał wspólnego. Był to budynek w stylu kolonialnym z dużymi, wysokimi pokojami. Ciepła woda płynęła pod prysznicem jedynie przez kilka godzin dziennie. Drzwi pokojów zamykało się na kłódkę. Jednak jak na warunki peruwiańskie hotel nie był najgorszy. Łóżka prawdopodobnie nie “zawierały” w “dodatkowym wyposażeniu” żadnego robactwa. Mimo przykrego zapachu z ulicy, jaki przedostawał się przez rozbite okno szybko ułożyliśmy się do snu. Tym bardziej, że za nami mieliśmy, oprócz nieprzespanej nocy, ponad 14 godzin lotu w samolocie.
STACJA KOLEI MALINOWSKIEGO
Mimo wielkiego zmęczenia wstaliśmy o 5.00 rano. Nie wiedzieliśmy dlaczego nie możemy spać, ale wszystko szybko się wyjaśniło. W Polsce teraz jest godzina 12.00 w południe! Ta więc do około godziny 7.00 przeleżeliśmy w łóżkach planując jak spędzimy pierwszy cały dzień na kontynencie południowoamerykańskim. Pomógł nam w tym przewodnik Lonely Planet. Najpierw poszliśmy na Plaza de Armas czyli Plac Broni. Taki plac znajduje się w samym centrum każdego peruwiańskiego miasta i miasteczka a nawet wioski. Natomiast z jednej strony Placu Broni zawsze dumnie stoi wielki kościół lub katedra. Tak samo jest w Limie. Na środku Plaza de Armas znajduje się fontanna a dookoła niej alejki z ławkami. Naokoło placu jest jednokierunkowa droga a zaraz za nią wspaniałe budowle. Wspomniana katedra została wybudowana w 1555 roku, ale była wiele razy rekonstruowana po trzęsieniach ziemi, które często nawiedzają tą część świata. Ciekawostką jest to, że w latach 1912-21 świątynia była odbudowywana przez Polaka Ryszarda Jaxę Małachowskiego. W katedrze, obok pochowanych biskupów Limy, znajduje się także grobowiec Franciszka Pizarra (to właśnie on założył Limę w 1535 roku): osobno głowa i osobno reszta ciała. Ten konkwistador – analfabeta mimo tego, że zabił wielu Indian i praktycznie zniszczył kulturę inkaską, jest nadał uważany za bohatera narodowego Peru. Między innymi na Plaza de Armas znajduje się duży pomnik Pizarra w pełnej zbroi, na koniu. Koło pomnika jest siedziba prezydenta Peru – Alberta Fujimoriego. Na Placu Broni w Limie podziwiać można również wspaniałe kolonialne budynki odznaczające się charakterystycznymi wystającymi drewnianymi balkonami oraz żółtym kolorem murów, w których mają siedzibę biskupi oraz ratusz, gdzie rezyduje burmistrz stolicy Peru. Niedaleko Plaza de Armas znajduje się także jedyny w Limie dworzec kolejowy, skąd odjeżdża słynna kolej Malinowskiego – najwyżej położona kolej na świecie, która na przełęczy Ticlio wspina się do wysokości 4818 m n.p.m. Nam nie był jednak dany przejazd tym pociągiem, ponieważ kolejarze peruwiańscy właśnie wtedy rozpoczęli strajk z powodu prywatyzacji kolei. Po kilku minutach negocjacji ze strajkującymi udało nam się jedynie zrobić zdjęcie na stacji przy popiersiu Malinowskiego.
PARK MIŁOŚCI
Klimat i pogoda na tym fragmencie wybrzeża Peru są bardzo specyficzne. Podczas naszego pobytu była zima czyli pora sucha. W Limie rzeczywiście nie spadła ani kropla deszczu, ale ulice rano zawsze wyglądały na mokre. Działo się tak za sprawą bardzo wilgotnego klimatu. Wilgotność powietrza często przekraczała 85%. Z tego powodu pranie schło 3 dni. Lima jest wiecznie zachmurzonym miastem. Nam tylko raz przez pół dnia pokazało się słońce. Co do temperatury to w dzień było około 20 stopni Celsjusza a w nocy około 15. Jak na zimę całkiem nieźle.
Zaczęliśmy zwiedzać Limę od samego centrum. Natomiast jak się okazało naprzeciwko naszego hotelu znajdował się interesujący kościół św. Franciszka, pod którym przed wiekami wybudowano katakumby. W katakumbach pochowano około 70tys ludzi. Sam kościół wybudowany został w stylu barokowym z niewielkim wpływem kultury arabskiej.
Kolejnego dnia pobytu w Limie chcieliśmy zobaczyć przede wszystkim Ocean Spokojny. Dzięki uprzejmości Pawła, który zawiózł nas tam swoim Polonezem, nie musieliśmy płacić za taksówkę. Mieliśmy mało pieniędzy, a mimo to jeździliśmy taksówkami, gdyż są one bardzo tanie. Zazwyczaj płaciliśmy około 7 zł za pół godziny jazdy (oczywiście po uprzednim, obowiązkowym wytargowaniu ceny). Poruszanie się autobusami byłoby dla nas niezwykle uciążliwe, gdyż w Limie nie ma w ogóle przystanków autobusowych. W każdym pojeździe obok ciągle trąbiącego kierowcy, w drzwiach znajduje się druga osoba, która stojąc w drzwiach krzyczy peruwiańskim slangiem języka hiszpańskiego, dokąd dany autobus jedzie. W ten sposób nawołuje ona ludzi z chodnika by wsiadali. To wszystko dzieje się w takim chaosie i tak szybko, że nie było szans by się dogadać. Szczególnie nachalnie kierowcy autobusów trąbią na obcokrajowców. Nasz przyjaciel Paweł przywiózł nas najpierw na plażę, która w Limie jest kamienista. W oddali widzieliśmy kilku Peruwiańczyków, którzy na wysokich falach uprawiali surfing – rzeczywiście fale i pogoda była idealna do jeżdżenia na desce. Nad plażą natomiast wznosiły się ogromne klify. Stamtąd na lotniach startowali miłośnicy sportów powietrznych. Następnie Paweł zawiózł nas w inne miejsce – tym razem widokowe. Z klifowego wybrzeża w ciepły, jedyny podczas naszego pobytu w stolicy Peru, słoneczny dzień podziwialiśmy piękno i siłę Oceanu Spokojnego. Na wysokim klifowym wybrzeżu znajduje się też park miłości. Wśród palm postawiono olbrzymi pomnik przedstawiający kochającą się parę.
KULT FALLUSA
Wieczorem Paweł pokazał nam jeszcze jedno ciekawe miejsce. W dzielnicy Barranco koncentruje się większość nocnego życia mieszkańców Limy. My wybraliśmy jedną z licznych dyskotek, w której gra się salsę. Tego typu dyskoteki nazywają się salsateki. W Peru panuje taki zwyczaj, że dziewczyny czekają przed dyskotekami na to, aż jakiś chłopak kupi im bilety i zaprosi je do środka. W oryginalnie wystrojonych salsatekach panuje niepowtarzalna atmosfera południowoamerykańskiej zabawy.
Kolejnego dnia postanowiliśmy jechać do Museo de Oro czyli Muzeum Złota, które znajduje się w dzielnicy Monterrico. Jest to drugie co do wielości muzeum złota na świecie. Największe znajduje się w Bogocie. Muzeum jest prywatne. Jednak oprócz mnóstwa wyrobów ze złota, srebra i kamieni szlachetnych jest tam wiele innych ciekawych przedmiotów. W kilku salach wyodrębnione jest bogate w eksponaty Muzeum Broni, gdzie przedstawiona jest historia Peru: mundury słynnych generałów południowoamerykańskich z Pinochetem na czele, plany bitew, szable, medale, oryginalne dokumenty, zdjęcia. W innych salach znajdują się olbrzymie płachty przepięknie wyszywanych płócien. Co ciekawe w muzeum tym istnieje także wielka kolekcja przedmiotów, które przedstawiają sceny erotyczne. Inkaskie i preinkaskie figurki, rzeźby, obrazy, przedmioty codziennego użytku zrobione z najprzeróżniejszego materiału wyobrażają kopulujące pary, stosunki homoseksualne, oralne, analne, masturbację a nawet sodomię i seks grupowy. Wiele figurek przedstawia kobiety z powiększonymi do nienaturalnych kształtów narządami płciowymi lub piersiami. Jeszcze więcej jest tam dużych, średnich, małych rzeźb figur i rysunków pokazujących wyolbrzymione męskie członki. Znajduje się tam również dużo przedmiotów, na których narysowane lub wyrzeźbione są penisy. Eksponaty przedstawiające męskie narządy rozrodcze liczbowo przewyższały wszystkie pozostałe. Z tego wynika, że kultury inkaskie i preinkaskie czciły fallusa. Musiał być to kult bardzo żywy, skoro w muzeum wystawia się tak różnorodne formy i kształty męskich członków.
Przed powrotnym lotem do Polski udało nam się między innymi spotkać ze słynnym księdzem – ojcem Edmundem Szeligą. W tym celu pojechaliśmy taksówką do najbogatszej dzielnicy Limy – Miraflores, gdzie zakonnik stworzył Instytut Medycyny Andyjskiej. Podczas naszej rozmowy ojciec Szeliga, dziś prawie dziewięćdziesięcioletni staruszek (wygląda na nie więcej niż 70 lat), powiedział nam, że przyjechał do Peru w 1930 roku na misję i został na stałe. W Limie jego medykamenty to głównie zioła z Dżungli Amazońskiej. Wiedzę na ten temat ojciec Szeliga zdobył od szamanów, gdy żył w sercu peruwiańskiej dżungli. Do dziś ma tam swoją „bazę”, gdzie chętnie odpoczywa i zbiera potrzebne rośliny. Zakonnik leczy między innymi takie choroby jak nowotwory czy AIDS. Lekarstwem na raka jest Vilcacora – drzewo, rosnące w Dżungli Amazońskiej. Według zaleceń ojca Szeligi kupiliśmy w Instytucie, kilka torebek ziół oczyszczających organizm, które zawieźliśmy do Polski.
* Artykuł ten ukazał się w nr 2/38 „Gazety Studenckiej” z 25 września 2000 r.





