Jezioro Titicaca*
Jezioro Titicaca leży na płaskowyżu Altiplano na wysokości 3809 metrów n.p.m. Czasami wysokość ulega zmianie. Na przykład 12 lat temu wody jeziora sięgały 6 metrów wyżej. Jest to najwyżej położone żeglowne jezioro świata. Titicaca ma 195 km długości i 100 km szerokości. Największa głębokość jeziora wynosi 304 metry. Do jeziora wpływa 25 rzek a wypływa tylko jedna – Desaguedero. Nazwa „Titicaca” pochodzi z języka keczua: „titi” – znaczy puma a „caca” – oznacza miejscowy gatunek zająca. Indianie Keczua tak nazwali jezioro, ponieważ kształtem przypomina te dwa zwierzęta. Titicaca leży w połowie w Peru i Boliwii. Oba państwa spierają się o to, w którym z nich znajduje się większa część jeziora. Najważniejszym miastem nad Titicaca po stronie peruwiańskiej jest Puno. Jest to stosunkowo mała, spokojna osada górali indiańskich. W mieście tym mieszają się ludy Indian Keczua, których siedziby znajdują się na północ od Puno i Indian Ajmara, którzy od wieków żyją na południe od miasta. Ja dojechałem do Puno koleją z Cusco. Następnego dnia wybrałem się na wycieczkę po jeziorze.
Wczesnym słonecznym rankiem z malowniczo położonego portu
wypłynęliśmy starą motorówką. Oddalając się od brzegu pozostawialiśmy z tyłu pięknie położone, rozbudowujące się na wzgórzach wokół jeziora Puno. Wokół nas rozpościerał się piękny krajobraz Titicaca, które miejscami porastała gęsta trzcina. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na pływające wyspy Indian Uros. Są to nieduże wysepki w całości zbudowane z żółtej trzciny o nazwie „totora” i przytwierdzone długimi palami do dna jeziora. Kiedy Indianie Uros chcą się przenieść w inny rejon jeziora to wyciągają pale i podłączają silnik do wyspy i w ten sposób przemieszczają się w inne miejsce. Na wyspach domy zbudowane są również z trzciny. Chodzenie po nich przypomina stąpanie po grząskim bagnie, ponieważ z każdym krokiem noga zanurza się w podłożu na kilka centymetrów. Na trzcinowych wyspach panuje duża wilgoć. Zamokniętą trzcinę trzeba wymieniać. Interesujący jest fakt, że dzieci, by chronić je przed skutkami wilgoci (takimi jak reumatyzm), smaruje się tłuszczem kormorana. Co ciekawe Indianie Uros czerpią energię z baterii słonecznych. Charakterystyczne jest również to, że już Inkom cała społeczność tych wysp nie płaciła podatków i tak pozostało do dzisiaj. Opuściliśmy wyspy Uros i popłynęliśmy naszą łódką na środek jeziora Titicaca na wyspę Taquile. Wyspa ta na kształt góry wyrastającej prosto z wody. Mieszka na niej około 350 rodzin Indian Keczua. Krajobraz tej wyspy i jeziora bardzo przypomina wybrzeże Dalmatyńskie w Chorwacji. Roślinność na wyspie jest podobnie wysuszona przez słońce a jezioro Titicaca takimi samymi kolorami jak Morze Adriatyckie błyszczy się w jaskrawych promieniach słońca. Inną charakterystyczną ciekawostką na tej wyspie jest to, że wszyscy mężczyźni szyją ubrania na drutach. Kobiety zajmują się jedynie robieniem dla nich wełny z alpaki (odmiana lamy). Mężczyźni, aby ożenić się muszą uszyć specjalną chustę, w której przyszła żona będzie nosiła ich dziecko. Po przygotowaniu takiej chusty przyszły małżonek idzie do ojca panny młodej pokazać ją. Na podstawie tego ojciec panny młodej ocenia czy chłopak nadaje się na męża jego córki czy też nie. Ubrania szyte na wyspie są bardzo kolorowe i ładne, ale jednocześnie stosunkowo drogie w porównaniu z wyrobami sprzedawanymi w innych częściach Peru. Na podstawie specjalnie uszytej z alpaki czapki można poznać czy mężczyzna jest kawalerem czy już po ślubie. Decyduje o tym kolor czapki i sposób jej noszenia. Dużym zaskoczeniem było dla mnie zobaczenie w miejscowym muzeum śladu pobytu w Polsce miejscowych górali. Wisiał tam Dyplom Uczestnictwa w XXV Międzynarodowym Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem w 1993 roku w Międzynarodowym Konkursie Kapel, Instrumentalistów i Zespołów Ludowych. Był to jeden z licznych śladów w Peru, który świadczył o kontaktach polsko – peruwiańskich.
Z Puno pojechałem autobusem wzdłuż jeziora Titicaca do innej miejscowości nad jego brzegiem – do Copacabany w Boliwii. W miasteczku tym znajduje się jedno z najważniejszych w całej Amerykce Łacińskiej sanktuarium – katedra Matki Boskiej Świecznikowej z XVII-XIX wieku, która jest celem licznych pielgrzymek. Wieczorem wspiąłem się na górę Cerro Calvaria, z której roztacza się cudowny widok na miasto i jezioro. Dzięki temu udało mi się również „zaliczyć” wspaniały, ale krótko trwający zachód słońca nad Titicaca. Z Copacabany popłynąłem na dwie wyspy na jeziorze Titicaca: Isla del Sol (Wyspa Słońca) i Isla de la Luna (Wyspa Księżyca). Krajobraz obu wysp i jeziora w tym rejonie również jest również podobny do tego, który występuje w Chorwacji. Jezioro zdaje się nie mieć końca – zupełnie jak morze. Legenda głosi, że na Isla del Sol urodził się pierwszy Inca – Manco Capac. Na Isla de la Luna znajdują się ruiny świątyni poświęconej Dziewicom Słońca. Ja natomiast postanowiłem zrobić sobie zdjęcie z Indianką i lamą.
Jednak, jak się okazało, miejscowi górale żyją z turystyki i Indianka zażądała za zdjęcie dwa boliwiany. Postanowiłem się targować, jak wszędzie, gdzie cokolwiek kupowałem w Peru czy Boliwii. Zdesperowana góralka zgodziła się na jednego boliwiana (około 70 gr.).Trzeba jednak przyznać, że jest to teren, gdzie ludzie są bardzo biedni. Domy buduje się z adobe czyli suszonej na słońcu cegły z gliny z dodatkiem trawy. Na jednej z ulic Copacabany widziałem jak starszy mężczyzna na chodniku wyrabiał i sprzedawał buty ze starych zużytych opon samochodowych. Nie przestrzega się tu podstawowych zasad higieny. Surowe mięso wisi na straganach przez cały dzień, podczas gdy temperatura powietrza wynosi ponad 30 stopni Celsjusza!
Z Copacabany postanowiłem ruszyć w kierunku stolicy Boliwii – La Paz. Wczesnym rankiem należało przyjść do autobusu, który pierwszą młodość przeżywał około 20 lat temu. Wszystkie bagaże zostały załadowane tradycyjnie na dach. Po drodze do La Paz znajduje się przesmyk Tiquina na jeziorze Titicaca. Przeprawa na drugą stronę jest zorganizowana dość oryginalnie. Autobus z bagażami płynie na tratwie, która jest niewiele od niego większa. Natomiast pasażerowie autobusu płyną osobno motorówką. Po przepłynięciu przesmyku pojechałem dalej w kierunku stolicy Boliwii La Paz i w ten sposób pożegnałem się z tajemniczym a jednocześnie cudownym jeziorem Titicaca, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wrócę.
* Artykuł ten ukazał się w Internetowym Magazynie Kulturalnym KONESER.PL w 2001 r.





