Cusco – Machu Picchu*

Do Cusco przylecieliśmy z Limy cywilnym samolotem wojskowych linii TANS. W Peru jest wiele prywatnych pasażerskich linii, które latają wewnątrz kraju. Dzięki dużej konkurencji ceny biletów lotniczych są bardzo niskie. My zapłaciliśmy 44 dolary od osoby. Z samolotu Cusco wygląda jak skupisko gęsto wybudowanych obok siebie domów, które pokryte są charakterystycznymi pomarańczowymi dachami. Na lotnisku odczuwa się różnicę wysokości między Limą leżącą nad Oceanem Spokojnym a Cusco, które znajduje się na wysokości 3326 m n.p.m. Zmiana wysokości powoduje ból głowy oraz problemy z wchodzeniem po schodach (szczególnie z plecakiem). Po pokonaniu kilku stopni ma się zadyszkę i trzeba odpoczywać kilka minut. Po 3-4 dniach organizm przyzwyczaja się do dużej wysokości i nie ma się później większych problemów. Doskonałym remedium na chorobę wysokościową jest mate de coca, czyli wywar z liści koki. Specyfik ten można zamówić w każdej restauracji czy barze. Duża wysokość nad poziomem morza powoduje, że w powietrzu jest o wiele mniej tlenu, dlatego problematyczne staje się chociażby zapalenie jednej zapałki. Po wyjściu z lotniska udaliśmy się do hotelu, których jest wiele w Cusco. Wybraliśmy jeden z tańszych koło Plaza de Armas (Plac Broni). W centrum każdego peruwiańskiego miasta znajduje się główny plac, który nazywa się Plaza de Armas, od którego odchodzą uliczki we wszystkich kierunkach. Zawsze z jednej strony placu stoi duża katedra lub kościół. Na środku placu zwykle jest park, często z fontanną lub pomnikiem jednego z peruwiańskich bohaterów narodowych. Cusco jest odwiedzane przez dużą ilość turystów i z tego względu hotele są stosunkowo drogie. Za nasz trzyosobowy pokój płaciliśmy 35 soli (około 40zł) za noc. Następnego dnia chcieliśmy jechać na Machu Picchu, dlatego musieliśmy kupić bilet na pociąg do miejscowości Aguas Calientes. Okazało się, że w pociągu były trzy klasy wagonów: pierwsza klasa, klasa tzw. pulman i klasa najtańsza dla Indian. My, oczywiście, jak na prawdziwych globtroterów przystało, kupiliśmy bilety do wagonu dla miejscowych. Pociąg odjeżdżał wcześnie rano. Miejsca w wagonie zajmowali głównie turyści z Europy Zachodniej, USA i Izraela. Pociąg ruszył i powoli zaczął się „wspinać”, by wyjechać z doliny, w której leży Cusco. Tory ułożone są tam w ten sposób, że pociąg podjeżdża do góry, jadąc zygzakami na zmianę do przodu i do tyłu. Kilka kilometrów dalej była pierwsza stacja. Okazało się, że dopiero tam wsiadają miejscowi Indianie. Wszyscy nagle zaczęli się pchać z paczkami, torbami, tobołami a nawet zwierzętami, by zająć jeszcze wolne miejsca. Rozpoczął się straszny hałas i rwetes, czuć było ciała długo niemytych Indian. Większość z Indian jechała na targ kilkadziesiąt kilometrów za Aguas Calientes. Pod koniec jazdy były zajęte również przejścia między siedzeniami. Ludzie stali nawet na zewnętrznych schodach wagonów. Trudną pracę miał kontroler biletów, który musiał się przeciskać między Indianami siedzącymi w przejściu, często chodząc po ich bagażach. Miejscowych jednak tłok nie przerażał. W wagonie kwitł drobny handel. Można było kupić wszystko. Przedsiębiorczy Peruwiańczycy sprzedawali kanapki, batoniki, ciasteczka, napoje, takie jak mate de coca, coca-cola, pepsi, fanta oraz oczywiście peruwiański specjał czyli inkę colę. Indianki prosiły turystów o kupowanie ubrań z wełny z alpaki (odmiana lamy). Proponowały między innymi rękawiczki, czapki, swetry, skarpety. Natomiast jedna Indianka zadziwiła wszystkich pomysłowością. Sprzedawała zupę jarzynową ugotowaną z kurczaka. W wielkim wiadrze miała zupę, którą nalewała do jednego talerza. Kilka osób jadło zupę z jednego talerza i jedną łyżką(!), nie martwiąc się podstawowymi zasadami higieny. Jarzynową zjadł także Indianin, który siedział koło mojego kolegi. Po posileniu się usnął na jego ramieniu. Za oknem rozpościerały się cudowne widoki. Droga prowadziła przez dolinę, wzdłuż rzeki Urubamba. Na skałach można było podziwiać olbrzymie agawy. Po drodze, na stacji o nazwie „88km” wysiadła spora część turystów. Tu bowiem zaczyna się słynny szlak inków Inca Trial, który prowadzi do Machu Picchu. Przejście zajmuje 3-4 dni. My nie mięliśmy tyle czasu i dlatego na Machu Picchu poświęciliśmy jedynie jeden dzień. Po około 4 godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na stacji Aguas Calientes, która znajduje się na 110 kilometrze torów kolejowych licząc od Cusco. Wysiedliśmy z pociągu i kupiliśmy bilet na autobus do Machu Picchu. Sześciokilometrowa droga wije się w górę na sam szczyt, do wysokości około 2400 m n.p.m. Wysiedliśmy z autobusu i skierowaliśmy się w stronę kasy biletowej. Wstęp do ruin kosztuje 10 dolarów, ale ponieważ jesteśmy studentami obejmuje nas zniżka 5 dolarów od osoby. Po uiszczeniu tej „drobnej” opłaty weszliśmy do ruin. Przy wejściu znajduje się tablica upamiętniająca badacza Henryka Binghama, który odkrył Machu Picchu w 1911 roku. Naukowcy uważają, że Inkowie mieszkali tutaj między połową XV a połową XVI wieku. Niesamowite wrażenie sprawiają ruiny, które leżą na szczycie góry. Stąd rozpościera się wspaniała panorama na inne szczyty i dolinę rzeki Urubamba. Machu Picchu składa się z części rolniczej, z tarasów, na których Inkowie uprawiali głównie kokę oraz z części miejskiej. Część miejska przedzielona jest w połowie wielkim placem. w ruinach działają jeszcze fragmenty kanałów wodnych, które nawadniały ziemię na tarasach kilkaset lat temu. Na jednym z tarasów spotkaliśmy trzy dzikie lamy, które w ogóle nie obawiały się człowieka. Można było je pogłaskać, zrobić sobie z nimi zdjęcie czy po prostu popatrzeć jak te południowoamerykańskie zwierzęta zachowują się w stanie naturalnym. Ciekawym miejscem w części miejskiej jest oryginalny plac tortur. Kara polegała na tym, że Indianin był przywiązywany do dużego płaskiego kamienia i wystawiany na działanie promieni słonecznych. W ten sposób, w męczarniach, wysychał, aż zrobiła się z niego mumia. Niektórzy badacze twierdzą, że na Machu Picchu obecne są tajemnicze moce i z tego powody można doznać mistycznych przeżyć. Turyści nie zwracali jednak uwagi na demoniczne siły i z wielkim zainteresowaniem zwiedzali pozostałości inkaskiego miasta. Nie wszystko można było zobaczyć, gdyż niektóre budowle były rekonstruowane przez peruwiańskich archeologów. Po spędzeniu kilku godzin w tym dawnym inkaskim mieście i zrobieniu mnóstwa zdjęć, musieliśmy wracać, by zdążyć na pociąg do Cusco. Kiedy zjeżdżaliśmy autobusem zygzakowatą drogą w dół góry, na przełaj biegł mały chłopiec indiański. Na każdym zakręcie wołał w stronę autobusu: „aaaaadiiiiiioooooooosss”. Na ostatnim zakręcie kierowca otworzył mu drzwi i chłopak zaczął zbierać pieniądze od turystów. Była to jedna z wielu oryginalnych form zarabiania pieniędzy. Na pociąg do Cusco zdążyliśmy. Jednak pociąg przyjechał spóźniony około godzinę. Kiedy zajęliśmy miejsca w wagonie czekaliśmy na odjazd kolejną godzinę. Podczas powrotu nie było tłoku. Słuchaliśmy muzyki w wykonaniu trzech Indian. Grali oni na gitarach, marakasach (grzechotkach) i na samponiach. Po ich „koncercie” można było oczywiście kupić egzotyczne indiańskie instrumenty muzyczne. Dzięki muzyce szybciej minęła nam droga powrotna. Z okna wagonu podziwialiśmy z góry Cusco nocą. Pięknie oświetlony był przede wszystkim Plaza de Armas. Natomiast z Placu Broni widać było w mroku cudownie oświetloną kilkunastometrową figurę Jezusa, która stoi na jednym ze wzgórz. Ciekawostką jest to, że w tym rejonie świata rogalik księżyca jest odwrócony do góry nogami, co jest niemożliwe do zobaczenia w Europie. W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w jednej z licznych w Cusco restauracji, gdzie zamierzaliśmy zjeść miejscowy przysmak – świnkę morską. Zwierzątko to zostało nam podane w całej okazałości na wielkim talerzu. Upieczona świnka była nafaszerowana ziołami i miała jeszcze pazurki, oczy a nawet zęby, w których trzymała plasterek marchewki. Siedzącym obok nas Holendrom tak się spodobało nasze danie, że postanowili zamówić to samo. Do picia zamówiliśmy także ciekawy napój mleko bananowe, które jest bardzo popularne w Peru. Po spożyciu tej niezwykłej potrawy dotarliśmy do hotelu późnym wieczorem, gdzie wyczerpani po całodziennej wyprawie i wielu niesamowitych przeżyciach i przygodach szybko poszliśmy spać.

* Ten trochę zmieniony tekst ukazał się w nr 23 „Trybunie Śląskiej” z 28 stycznia 2000 r.

Komentowanie jest zamknięte.

web stats stat24