W Delcie Rzeki Perłowej*

Wykorzystując w drodze do Nowej Zelandii 6-dniowy stopover w Hongkongu, byłem zdecydowany odwiedzić również prawdziwe Chiny, rządzone jeszcze przez komunistów, ale z gospodarką dawno przekierowaną na wolnorynkowe tory, gdzie wzrost gospodarczy sięga niebotycznych jak na Europę poziomów – 11% rocznie. W 11-milionowym Shenzhen, gdzie ustanowiono specjalną strefę ekonomiczną, wskaźniki są jeszcze bardziej imponujące: między 1980 a 2001 rokiem średni wzrost PKB tego miasta wyniósł 29,5%, a przeciętny roczny wzrost produkcji przemysłowej – aż 45,5%! Na rejon Delty Rzeki Perłowej, stanowiącej 0,4% powierzchni Chin, przypada około 30% całego handlu zagranicznego tego kraju i takiż procent zagranicznych inwestycji.

384-metrowy drapacz chmur

Z mojego hotelu Mirador Mansion w Kowloon w Hongkongu, prowadzonym przez Chińczyka, który kilkanaście lat temu wyemigrował z Pekinu, udałem się na stację kolejową o egzotycznej nazwie Tsim Sha Tsui. Tam wsiadłem do supernowoczesnego pociągu KCR, przypominającego metro, którym pojechałem do Lo Wu w Shenzhen. Wśród pasażerów niewielu było turystów, a głównie biznesmeni z Hongkongu oraz mieszkańcy Chin pracujący w byłej kolonii angielskiej. Wagony wyposażone były w monitory plazmowe, na których prezentowano chińskie reklamy. Z kolei zza szyb można było podziwiać całkiem inny Hongkong, niż ten w centrum biznesowym: spokojne osiedla mieszkalne, niska zabudowa, dużo zieleni. Podróż trwała około 50 minut. Peron bezpośrednio prowadzi pasażerów na przejście graniczne i do odprawy paszportowej. W obawie przed ptasią grypą specjalne czujniki automatycznie mierzą temperatura ciała każdemu, kto przekracza granicę.

Kontrola przebiega sprawnie – tłum ludzi, który wyszedł z pociągu, szybko przechodzi na drugą stronę granicy. A stamtąd bezpośrednio do olbrzymiego centrum handlowego. Na 5 poziomach połączonych nowoczesnymi windami i ruchomymi schodami mieści się kilka tysięcy sklepów i stoisk. Można tam kupić dosłownie wszystko: od elektroniki poprzez ubrania, buty, zegarki i biżuterię do chińskich pamiątek. Na jednym z poziomów sprzedaje się wyłącznie telefony komórkowe. Przed wejściem do sklepów, konieczna jest wymiana walut. Amerykańskie dolary można wymienić na chińskie juany w państwowym Chińskim Banku Budowlanym. Niestety trzeba stać w długiej kolejce. Kiedy podszedłem do okienka, urzędnicza zapylała, jaka kwotę chce wymienić, po czym podsunęła mi jakiś całostronicowy druk bankowy w języku kantońskim, który właśnie wypełniła chińskimi robaczkami!

– Czy nie ma pani wersji angielskiej? – spytałem po angielsku.

Kobieta zaczęła gdzieś szperać, po czym odparła:

-         Niestety nie mam druku po angielsku, tylko po kantońsku. Podpisuje pan?

-         A jeśli nie podpiszę? – pytam.

-         To nie wymienię panu pieniędzy.

-         A co tu jest napisane?

-         Deklaracja wymiany walut – powiedziała obojętnie.

Nie miałem wyjścia. Musiałem podpisać. Pani w okienku wymieniła mi kwotę, jaką chciałem, podbiła kilka pieczątek i podała mi kopię podpisanego przeze mnie druku bankowego. Ruszyłem na zakupy. Postanowiłem nabyć kilka pamiątek z Chin: drewniane pałeczki, kolorowe wachlarze z namalowanymi chińskimi motywami i kilka bawełnianych bluzeczek oraz trochę innych drobiazgów. Przy okazji zrobiłem kilkanaście zdjęć młodym Chinkom, które były ekspedientkami w tych sklepach. Następnie znalazłem stoiska z elektroniką. Szczególnie zainteresowały mnie malutkie 8 GB flash dyski firmy Sony z wejściem USB, których setki „walały się” po małych stoiskach. Sprzedawca podłączył je do komputera i w parametrach można było rzeczywiście zobaczyć, że mają 7,99 GB pamięci. Po krótkich negocjacjach ustaliłem ze sprzedawcą cenę na (w przeliczeniu) 60 zł za sztukę. Kupiłem również 4 GB kartę pamięci do mojego aparatu cyfrowego. Niestety już w kawiarence internetowej w Hongkongu okazało się, że są to podróbki. Na flash dyskach można zapisać pliki, ale po odłączeniu ich od komputera i po ponownym podłączeniu, zapisanych uprzednio plików nie da się już otworzyć. Z kolei na rzekomej 4 GB karcie pamięci można zapisać zdjęcia o wadze zaledwie 32 MB! Później dowiedziałem się, że są to podróbki produkowane w Shenzhen specjalnie dla turystów, które mają wbudowany specjalny program oszukujący system, który wykazuje o wiele większą pamięć niż w jest rzeczywistości!

Po dokonaniu tych zakupów zjadłem lunch w chińskim barze szybkiej obsługi i poszedłem zwiedzić miasto. Pierwszym szokiem była ogromna wolna przestrzeń – olbrzymie place i budynki, których elewacje zostały zasłonięte wielkimi reklamami. Poruszałem się chodnikami biegnącymi wzdłuż szerokich cztero-, sześciopasmowych ulic, po których śmigały głównie japońskie i koreańskie samochody osobowe. Zastanawiając się nad stereotypami na temat Państwa Środka, nigdzie nie zauważyłem, aby ktoś jeździł na rowerze! Shenzhen to nieustanny olbrzymi plac budowy. Wszędzie stały niesamowicie wysokie dźwigi budowlane. W końcu natknąłem się na wieżowiec Shun Hing Square – najwyższy stalowy budynek w Chinach, czwarty najwyższy w tym kraju i ósmy na świecie. Jego budowa, która trwała jedynie trzy lata, została ukończona w 1996 roku. Ten drapacz chmur ma 384 metry wysokości i 273,3 tys. m2 powierzchni biurowej. Superszybką, klimatyzowaną windą wjechałem na poziom widokowy Meridian View Centre, znajdujący się na ostatnim 69. piętrze. Poprzez przeszklone wnętrze można podziwiać inne wieżowce i nowoczesne rozwiązania komunikacyjne w szybko rozwijającym się Shenzhen. Na horyzoncie, za rzeką, widać było pola ryżowe. W całym mieście znajduje się 15 drapaczy chmur mających powyżej 200 metrów wysokości i kolejnych 6 takich wieżowców jest w trakcie budowy. W Shenzhen oddano do użytku w 2004 roku wybudowane w ekspresowym tempie dwie linie metra, a kolejne trzy są w budowie. Należy nadmienić, że jeszcze niecałe 30 lat temu na terenie dzisiejszego Shenzhen istniało kilka małych wiosek rybackich!

Następnie postanowiłem dostać się do Splendid China. Wróciłem w okolice centrum handlowego przy granicy, ponieważ tam znajdował się główny dworzec autobusowy. Zacząłem wypytywać przechodniów i pasażerów, którym autobusem powinienem jechać. Niestety nikt nie znał angielskiego. Kiedy zagadnąłem dwóch milicjantów, to na dźwięk obcego języka zaczęli się śmiać, wymachiwać rękami i uciekać! W końcu udało mi się porozumieć z jakąś studentką, która znała podstawowe wyrazy w języku Shakespeara. Okazało się, że ona jedzie w tym samym kierunku co ja. Wsiedliśmy więc do autobusu o numerze 101. Bilet sprzedała mi konduktorka w zielonym służbowym mundurze. Podróż trwała około godziny. Po drodze autobus mijał dziesiątki kilkudziesięciopiętrowych, olbrzymich, nowoczesnych biurowców. Po dotarciu na miejsce podziękowałem studentce za pomoc i ruszyłem do Splendid China i China Folk Culture Villages. Są to dwa wielkie parki, wybudowane obok siebie, gdzie można spacerować cały dzień. W Splendid China znajdują się miniatury wszystkich najważniejszych chińskich zabytków, w tym m.in. mur chiński, pałac cesarski w Pekinie, klasztor Shaolin, świątynia w Lhasie, jurty na stepach Mongolii Wewnętrznej, formacje skalne Guilin i inne. Natomiast China Folk Culture Villages to park, w którym przedstawione są chińskie tradycje, historia i kultura. Znajdują się tam tradycyjne domy z różnych rejonów kraju i okresów historycznych, budynki kultu religijnego. Można również zobaczyć przedstawienia muzyczno-taneczne różnych plemion żyjących na obszarze Chin czy też ich tradycyjne zajęcia i wyroby ludowe. Na zwiedzenie całego kompleksu obu parków miałem zaledwie dwie godziny. Kiedy zmęczony po całym dniu pełnym przygód wróciłem do Hongkongu, na dworze było już ciemno. Aby zregenerować siły szybko położyłem się spać, bo kolejnego dnia planowałem odwiedzić drugie olbrzymie, a na dodatek bardzo stare, chińskie miasto Guangzhou, czyli dawny Kanton, liczący ponad dwa tysiące dwieście lat.

Wstrzymać odjazd chińskiego pociągu

Rano przejechałem pociągiem KCR ze stacji East Tsim Sha Tsui na stację Hung Hom. Stamtąd przeszedłem na stację kolejową Concourse. Chciałem kupić bilet w dwie strony, ale sprzedawca doradził mi, abym kupił tylko w jedną, gdyż nie byłem jeszcze zdecydowany co do godziny powrotu. Dodał, że powrotnych pociągów jest dość dużo, a z miejscami nie ma problemów. Posłuchałem go, co niemal nie doprowadziło później do katastrofy, ale o tym za chwilę. Wydawało mi się, że wcześniej przeczytałem w przewodniku, iż ostatni pociąg do Hongkongu odjeżdża z Kantonu o 18.20, ale z wypowiedzi sprzedawcy biletów wynikało, że pociągi kursują również później. Podróż w nowoczesnym i komfortowym wagonie pociągu intercity trwała godzinę i 40 minut. W tym czasie pociąg pokonał około 150 km. Po przejściu granicy znalazłem się w olbrzymim i niezmiernie zatłoczonym dworcu kolejowym. Podczas zejścia schodami jeden z Chińczyków zaoferował mi mapę Kantonu.

-         Ile kosztuje? – spytałem po angielsku, oglądając złożoną na cztery kolorową kartkę papieru.

-         20 juanów – odpowiedział Chińczyk.

-         Za drogo – rzekłem i oddałem mu mapę.

-         Radzę kupić, bo w mieście niegdzie się takiej mapy nie znajdzie – postraszył. I miał rację.

Mimo to nie kupiłem mapy, czego później trochę żałowałem, bo mając w przewodniku bardzo ogólny plan Guangzhou, na którym zaznaczono tylko najważniejsze arterie komunikacyjne, poruszałem się po nieznanym mieście niemalże na wyczucie. Znalazłem stację metra, którym przejechałem na drugi koniec metropolii. Wyszedłem na powierzchnię. Wokół był niesamowity ruch samochodowy, czuć było duże zanieczyszczenie powietrza spalinami, a obok ujrzałem 3-poziomowe skrzyżowanie kilkupasmowych autostrad. Było około godziny 10.30 i słońce już dość mocno prażyło. Skierowałem się do McDonalda, gdzie zjadłem lunch. Jest to jedna z niewielu restauracji w Chinach, w której głównym daniem nie jest ryż (którego nie jem) i można zamówić kawę. W tradycyjnych chińskich barach kawa jest napojem nieznanym; króluje głównie herbata. Po posiłku spacerowałem bulwarami wzdłuż Rzeki Perłowej. Zaczepił mnie Chińczyk z aparatem cyfrowym ubrany w czarne spodnie i białą marynarkę. Dał mi gestami do zrozumienia, że zamierza zrobić mi zdjęcie na tle rzeki. Zgodziłem się. Po wykonaniu fotografii wydrukował ją w drukarce dosłownie na chodniku, za co zażądał 5 juanów. Zapłaciłem, po czym spytałem się go, czy teraz on nie zechciałby mi pozować. Z szerokim uśmiechem na twarzy ustawił się do zdjęcia.

Ruszyłem dalej. Dookoła i w oddali stały drapacze chmur. Po przejściu bulwarami nad Rzeką Perłową postanowiłem, mimo braku szczegółowego planu miasta, skręcić w labirynt wąskich uliczek. Nad jedną z nich równolegle wybudowano drugą drogę dla samochodów, ciągnącą się przez dobre kilka kilometrów. Niestety znaki drogowe były tylko w języku kantońskim, co byłoby nierozwiązywalnym problemem dla europejskiego kierowcy. Dzisiejsze Guangzou jest nowoczesnym miastem, ale zwyczaje panujące tu są średniowieczne. Przechodząc przez ulicę, trzeba uważać na kierowców, którzy nie zatrzymują się przed przejściem dla pieszych. Co więcej, trzeba przed nimi uciekać, uważając, aby nie zostać rozjechanym na zebrze! Zwiedziłem kilka miejscowych targów z egzotycznymi towarami – żywe skorpiony w plastikowych miskach, dziwne, kolorowe owoce, warzywa i przyprawy w wielkich workach i skrzyniach, nieznane grzyby (olbrzymie huby), wiszące na hakach osmolone kurczaki jeszcze z głowami, żółwie w klatkach czy osobliwe owoce morza. Na ulicach  co krok mężczyźni namiętnie grali w jakąś grę planszową. W jednej z restauracji rozmawiałem z Chińczykiem, który pracuje w Australii. W sumie przeszedłem kilkanaście kilometrów i trochę bolały mnie już nogi. Postanowiłem, że w dalszą drogę udam się taksówką. Złapanie jakiejkolwiek z nich okazało się bardzo trudne do wykonania. Taksówkarze uciekali przede mną. Trzech odjechało z piskiem opon! Zatrzymał się dopiero czwarty, niemówiący po angielsku. Zawiózł mnie na wyspę Shamian na Rzece Perłowej, przejeżdżając przez cale miasto. Znajduje się tam wiele budynków z czasów kolonialnych i park, w którym można odpocząć. Następnie poszedłem zwiedzić mauzoleum Sun Yat-sena, rewolucjonisty i założyciela Kuomintangu, czyli Chińskiej Partii Narodowej i pierwszego prezydenta Republiki Chińskiej. W tym celu znowu musiałem pieszo przemierzyć kilka kilometrów. Mauzoleum robi niesamowite wrażenie. Zostało ono zaprojektowane przez znanego chińskiego architekta Lu Yanzhi’ego i wybudowane w latach 1929-31 za pieniądze lokalnych mieszkańców oraz Chińczyków mieszkających za granicą. Pełni funkcję olbrzymiej hali widowiskowo-kongresowej i stanowi perfekcyjną kombinację stylów chińskiego i zachodniego. Budynek, w kształcie oktagonu, zbudowany ze stalowej konstrukcji wzmocnionej cementem, ma 52 metry wysokości i zajmuje 12 tys. m2 powierzchni. Przed głównym wejściem do hali znajduje się wielki pomnik Sun Yat-sena, a wokół rosną stare zabytkowe drzewa. Wszedłem do środka. Wewnątrz hala przypomina katowicki Spodek.

Wtedy spojrzałem na zegarek. Była godzina 17.30 i zaświtało mi w głowie, że być może ten pociąg o godzinie 18.20 rzeczywiście jest ostatnim. Postanowiłem wracać. Ponieważ nie maiłem mapy, nie wiedziałem, gdzie w pobliżu znajduje się stacja metra. Przyspieszyłem kroku. Niedaleko wyjścia z mauzoleum całkowicie przez przypadek natknąłem się na tablicę informującą, wskazującą stacje metra. Wbiegłem do podziemi i wbiłem się w tłum ludzi. Na stacji znajdował się specjalny automat do kupowania biletów. Niestety wszystkie informacje i instrukcja obsługi były tylko w języku kantońskim. Nic z tego nie rozumiałem i kilka prób kupna biletu okazało się nieudanych. Pytałem stojących obok Chińczyków, ale rozkładali ręce, z czego wywnioskowałem, że nie rozumieją, czego od nich oczekuję. Wtedy podszedł do mnie jakiś student i zagarnął po angielsku, oferując swoją pomoc. Poprosiłem go, aby wystukał odpowiednie klawisze, abym mógł kupić odpowiedni bilet. Tak też zrobił, po czym wyskoczył plastikowy żeton. Zabrałem go i wrzuciłem do maszyny, przechodząc przez bramkę do metra. Po kilku chwilach już jechałem. Zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens się spieszyć, bo przecież i tak nie mam żadnych szans na dotarcie na czas i miałem tylko nadzieję, że pociąg o 18.20 nie jest ostatnim. Osiem stacji dalej szybko wysiadłem z metra i pobiegłem na dworzec, z którego odjeżdżał mój pociąg. Było już około godziny 18.10. Niestety najpierw musiałem przejść odprawę graniczną. Na szczęście granica była opustoszała, bo wszyscy już siedzieli w swoich wagonach. Podałem paszport do odprawy, a urzędniczka oddała mi go wraz z dwustronicowym oświadczeniem zdrowotnym do wypełnienia różnymi danymi, które trzeba było spisywać z dokumentów. „No to już koniec. Na pewno nie zdążę” – pomyślałem, ale zabrałem się do wypełniania deklaracji. Kiedy ponownie oddałem celniczce mój paszport i oświadczenie, wiedziała, że jestem spóźniony – pociąg odjeżdżał za minutę i nie robiła żadnych problemów. Nic nie sprawdzając, oddała mi od razu paszport i pobiegłem dalej. Jeszcze musiałem kupić bilet, co trwało również kilkanaście sekund. Sprzedawczyni potwierdziła, że to ostatni pociąg, który odchodzi do Hongkongu tego dnia. Pobiegłem w dół szerokimi schodami na peron. Tam stała konduktorka, która mnie ponaglała i wskazała mój wagon, który stał na końcu składu. Wiedziałem już, że zdążyłem i szedłem powoli wzdłuż pociągu. Kiedy byłem w połowie drogi do mojego wagonu, zorientowałem się, że nie mam przy sobie paszportówki, w której miałem schowane 1000 dolarów! Spanikowany biegiem wróciłem po schodach do góry, krzycząc, że zgubiłem paszportówkę. Wolałem ją odnaleźć i spać w Guangzhou. Bileterka powiedziała, że jej nie ma. Pobiegłem dalej na granicę. Celniczka też jej nie miała. Wtedy z oddali inny pogranicznik podszedł do stolika, na którym wypełniałem moje oświadczenie zdrowotne, podniósł wysoko paszportówkę i spytał, czy to ta. „Tak, to ta!” – odpowiedziałem głośno. Celnik podszedł do mnie (ja nie mogłem się ruszać, bo byłem po drugiej stronie granicy) i podał mi ją. Na szczęcie nie znał jej zawartości, bo pewnie by ją zatrzymał. Tymczasem już minął czas odjazdu pociągu, ale celnicy mi mówią, że mam biec na peron, bo pociąg jeszcze tam na mnie czeka! Wszyscy zaczęli mnie poganiać, a konduktorka już nie kazała mi nawet szukać mojego wagonu tylko wsiadać do najbliższego. W ten oto sposób Chińczycy opóźnili dla mnie odjazd pociągu o ponad 2 minuty! Mimo że na bilecie wyraźnie pisze po kantońsku i angielsku: „Pasażerowie są proszeni o przybycie na stację 45 minut przed odjazdem pociągu, aby wypełnić formalności wyjazdowe. Bramka wyjściowa będzie zamknięta na 10 minut przed odjazdem pociągu”.

Informacje praktyczne:

1.      Na początku marca pogoda w południowych Chinach była zmienna. Temperatura między 10 a 25 stopni, raczej pochmurno, trochę deszczu, duża wilgotność powietrza, choć zdarzały się upalne dni.

2.      Publiczne toalety wszędzie są bezpłatne, czyste i jest ich dużo.

3.      Transport:

-         pociąg KCR Hongkong – Shenzhen – 36 HKD w jedną stronę

-         autobus nr 101 z Lo Wu do Splendid China w Shenzhen – 4 juany

-         pociąg Hongkong – Kanton – 190 HKD w jedną stronę

-         metro w Kantonie – 4 juany za 8 stacji i 5 juanów za 11 stacji

-         taksówka około pół godziny jazdy w Kantonie – 25 juanów

4.      Bilety wstępów:

-         poziom widokowy wieżowca Shun Hing Square w Shenzhen – 60 juanów

-         Splendid China i China Folk Culture Villages w Shenzhen – 120 juanów

-         mauzoleum Sun Yat-sena w Kantonie – 10 juanów

5.      Jedzenie i napoje:

-         śniadanie w chińskim barze szybkiej obsługi w Shenzhen – 19 juanów

-         1,5-litrowa woda mineralna – 5 juanów

-         piwo 0,6 l – 5 juanów

-         kawa w McDonaldzie – 4 juany

-        ciasteczka w lokalnej piekarni 1 kg – 10 juanów

* Artykuł ten został opublikowany w nr 3 „Opcji na Prawo” z 2007 r.

Komentowanie jest zamknięte.

web stats stat24