Trekking pod Annapurnę*

W dniach 18.04 – 10.05.2009 r. z Arturem Wyrzykowskim odbyliśmy wyprawę do Indii i Nepalu, której głównym celem był tygodniowy trekking do bazy pod Annapurną, ośmiotysięcznikiem w Himalajach.

18.04.2009

Wylot z Warszawy przez Helsinki do Nowego Delhi liniami Finnair.

19.04.2009

Przylot do Nowego Delhi we wczesnych godzinach rannych. Taksówka z lotniska do centrum Delhi – około 25 km za 300 INR. Przejazdy motorikszami (10-20 INR) w poszukiwaniu hotelu i biletu na pociąg do Gorakhpur. Zatrzymaliśmy się w hotelu Soya (800 INR za pokój 2-osobowy z łazienką bez klimatyzacji). Śniadanie zjedliśmy na dachu sąsiedniego hotelu (tosty + dżem + kawa – 80 INR). Okazało się, że przez najbliższy tydzień nie ma już biletów na pociąg. W rezultacie w agencji turystycznej Incredible Tourism Development Centre wykupiliśmy 4-dniową wycieczkę samochodem z kierowcą. Wraz z 3 całonocnymi biletami kolejowymi kosztowało nas to 240 USD za osobę (udało się stargować jedynie 25 USD). Zrezygnowaliśmy z hotelu i w tym samym dniu wyruszyliśmy z naszym kierowcą Sunberem Odwalem samochodem marki tata indicab.

W Dżajpurze (262 km), stolicy Radżastanu, który nazywany jest różowym miastem, zostaliśmy zakwaterowani w hotelu Residence Inn (pokój z łazienką, klimatyzacją, wiatrakiem i TV kosztował 2200 INR, my mieliśmy to w cenie wycieczki). Przyczepił się do nas przewodnik Dinesh Kumar Soni, który prawdopodobnie współpracuje z naszą agencją turystyczną. Zwiedziliśmy świątynię Kriszny, gdzie po dachu chodziły małpy oraz fabrykę dywanów.

Ruch uliczny w Indiach to kompletny chaos, ale w tym chaosie są jakieś reguły, każdy pcha się na pierwszego, każdy trąbi. Na motocyklach jeździ nawet 5 osób, oczywiście wszyscy bez kasków! Kobiety ubrane zawsze w kolorowe sari siadają bokiem. W 3-kołowych motorikszach może się zmieścić nawet 10 osób. Po ulicach poruszają się tysiące riksz rowerowych. Bezpańskie krowy jedzą odpadki na chodnikach, Do celów pociągowych wykorzystuje się wielbłądy, które ciągną 2-kołowe wozy, słonie czy woły. Samochody mijają się na grubość lakieru, a wokół jeżdżą stare smrodzące autobusy marki tata. Ludzie śpią na ulicy, na niemiłosiernie zaśmieconych chodnikach i na rikszach.

20.04.2009

Po śniadaniu (omlet + tosty + dżem + kefir lassi za 180 INR) zwiedzanie Dżajpuru i okolic z naszym przewodnikiem. Najpierw pojechaliśmy do fortu Amber (11 km). Wstęp kosztował 150 INR. Solidne mury obronne, ogrody, ciekawy pokój kryształowy, możliwość przejażdżki na słoniach. Obok fortu świątynia hinduska. Kupiłem kapelusz, którego cenę stargowałem z 700 INR do 100 INR. W drodze powrotnej do Dżajpuru podziwialiśmy z oddali pałac na wodzie Dżal Mahal z 1799 r., który nie był dostępny dla turystów. Kierowca zawiózł nas potem do zakładu, gdzie szlifuje się i obrabia kamienie szlachetne. Ciągle nas woził do takich przybytków, bo gdybyśmy coś kupili, to miałby z tego prowizję. Później zwiedzaliśmy miejski kompleks pałacowy w Dżajpurze: obserwatorium Dżantar Masztar (bilet 100 INR), pałac maharadży, muzeum (bilet 300 INR), spalone słońcem dziedzińce. W drodze powrotnej do hotelu podziwialiśmy oryginalną fasadę Hawa Mahal oraz ciekawe bramy miejskie. Na koniec dnia zwiedziliśmy hinduską świątynię boga Sziwy. Przewodnik wycyganił od nas po 450 INR napiwku za te dwa dni.

21.04.2009

O godz. 7.30 wyjazd z Dżajpuru w kierunku Agry (około 240 km). Po drodze odwiedziliśmy Park Narodowy Bharatpur Keoladeo Ghana. Bilet wstępu 200 INR (dla porównania dla Hindusów cena wynosiła 25 INR, a dla hinduskich studentów – 5 INR) + przewodnik 100 INR/h + rikszarz 75 INR/h. Przez 2,5 godziny w strasznym upale (około 45 stopni) podziwialiśmy dzikie zwierzęta: ptaki, sowy, pawie, lisy, antylopy, bawoły, żółwie, termity. Z parku pojechaliśmy do Fatehpur Sikri, opuszczonego, ale bardzo dobrze zachowanego miasta z XVI w., które znajduje się na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. Motoriksza do wejścia – 25 INR, wstęp za darmo. Podziwiamy Wielki Meczet (bez butów), ogrody, zespół architektoniczny. Samozwańczy, 15-letni przewodnik dostał od nas 20 INR.

W Agrze zakwaterowani zostaliśmy w hotelu Kanha Continental (2250 INR, w cenie wycieczki).

22.04.2009

Rano zwiedzamy jeden z największych zabytków Indii – mauzoleum Tadż Mahal (bilet 750 INR + schowek na elektronikę 20 INR) wraz z dwoma meczetami. Byliśmy namawiani na skorzystanie z rikszy, ale to nie ma sensu, bo kompleks nie jest daleko.

Popołudniu zwiedziliśmy Czerwony Fort z XVI w. (250 INR, jeśli pokaże się bilety z Tadż Mahal). Wszędzie grasują naciągacze. Potem kierowca zawiózł nas jeszcze do sklepów z marmurami i z ubraniami. Wieczorem przejazd na dworzec Tundla (około godziny jazdy za Agrą), aby jechać do Waranasi (551 km), gdzie pożegnaliśmy naszego kierowcę. Tam wycyganił od nas jeszcze 1200 INR napiwku.

Dworzec w Tundla to obraz nędzy i rozpaczy. Na peronie biegające szczury, żebrzące całe rodziny, kilkuletnie dzieci i kaleki. Krzyki i piski milionów ptaków, które wisząc pod dachem, wypróżniają się na czekających pasażerów. Wałęsające się wychudłe psy, dzieci sikające na peronie, a obok czekające na pociąg rodziny rozłożone na kocach i przygotowujące kolację. Skaczące po dachu małpy i wszechobecny zapach moczu. Na dodatek co chwilę na dworcu wyłączany był prąd i robiło się całkowicie ciemno. W tym czasie ptaki milkły. Ludzie wskakiwali i wyskakiwali z wagonów w trakcie jazdy. Pociągi, mające po 40-50 wagonów, były tak przeładowane, że ludzie w czasie jazdy siedzieli na schodkach wejściowych do wagonów. Drzwi wagonów były otwarte i nikt się tym nie przejmował. Z kolei okna w wagonach są zakratowane.

23.04.2009

Rano w pociągu można kupić wszystko: herbatę z mlekiem z dużego kociołka, na śniadanie warzywa strączkowe z żelaznego wiadra podawane na kawałku starej gazety, patyczki do smarowania zębów, gazety, specyfik tambaitu do żucia. W całym pociągu oprócz nas i 4 Japończyków byli sami Hindusi. Pociąg często zatrzymywał się nie tylko na stacjach (np. Kanpur czy Allahabad), ale także w szczerym polu, nie wiadomo w jakim celu. Do Waranasi dojechaliśmy po godz. 7 rano z 45-minutowym opóźnieniem. Za przejazd rikszą ze stacji kolejowej do hotelu Sandhya Guest House zapłaciliśmy 30 INR. Pokój z klimatyzacją, wiatrakiem i łazienką kosztował 550 INR za 2 osoby. Papier toaletowy był płatny dodatkowo. Przeszliśmy nad Ganges, a następnie do hinduskich świątyń – świątyni złota i świątyni małp.

Ekolodzy powinni zacząć swoją pracę od Indii, bo takiego syfu, jak tu nie ma nigdzie na świecie. Należałoby zacząć od podstaw, czyli nauczenia ludzi, by śmieci wyrzucali do kosza, a nie na ulicę, zbudowali kanalizacje i oczyszczalnie ścieków.

We wczesnych godzinach południowych, podczas najgorszego upału, przespaliśmy się w hotelu i później poszliśmy nad Ganges. Wynajęliśmy małą łódkę (400 INR/h od 2 osób) i popłynęliśmy wzdłuż Ghat (ciągi kamiennych schodów nad Gangesem). Widzieliśmy nadrzeczne krematoria i kilka płonących stosów. Wieczorem w drodze powrotnej do hotelu wstąpiliśmy do wytwórni tkanin i jedwabiu. Zjedliśmy kolację na dachu naszego hotelu. O godz. 22 przejazd motorikszą na dworzec za 70 INR. Nasz całonocny pociąg osobowy był mocno spóźniony, a na dodatek brak było jakiejkolwiek informacji. Każdy pracownik dworca mówił co innego. W końcu około północy pociąg przyjechał.

24.04.2009

Rano okazało się, że utknęliśmy w jakiejś dziurze, 59 km przed Gorakhpur, bo podobno z powodu wypadku zamknięto jedną linię. Kolejne pociągi ruszały ze stacji, a my staliśmy nadal przez kilka godzin. Całkowity brak jakiejkolwiek informacji. Na stacji zjadłem placki pieczone na oleju zawinięte w gazetę i warzywa w ostrym sosie. W końcu zdecydowaliśmy się przesiąść do innego pociągu, który wkrótce ruszył, a nasz nadal stał na stacji. Do Gorakhpuru dojechaliśmy ostatecznie o godz. 14.30. Nie wiedząc, jak daleko jest przystanek autobusowy, wzięliśmy z dworca rikszę rowerową. Za podwiezienie dosłownie 100 m do najbliższego skrzyżowania zapłaciliśmy 40 INR! Autobus marki tata czekał, aż załaduje się do pełna. Bagaże wylądowały na dachu pojazdu. Bilet kosztował 55 INR, wyjazd o godz. 15.30. W autobusie było co najmniej 5 pomocników kierowcy. Po drodze dosiadło się co najmniej drugie tyle pasażerów. Z powodu tłoku w środku ludzie rzygali na innych. O godz. 18.30 dojechaliśmy na granicę z Nepalem do Sunauli (90 km). Cwaniacy chcieli mnie naciągnąć na pieniądze za ściągnięcie mojego plecaka z dachu autobusu. Dwóch wyrywało sobie mój plecak. Wtedy złapałem mój bagaż i porządnie skląłem po polsku. Obaj potulnie uciekli.

Przejazd rikszą rowerową przez granicę – 60 INR. Po kolei: indyjski urząd imigracyjny (wypełnianie deklaracji), wymiana pieniędzy po bardzo niekorzystnym kursie, ale nie wolno do Nepalu wwozić indyjskich rupii, choć nikt tego nie sprawdza, załatwienie nepalskiej wizy – 25 USD + 2 wnioski + zdjęcie – miła obsługa, bez kolejki, biuro sprzedające bilety na całonocny autobus do Pokhary – 600 NPR za osobę + wykupienie noclegu w hotelu Dharma Inn w Pokharze – 400 NPR za pokój 2-osobowy z łazienką i wiatrakiem.

W końcu około godz. 20 z plecakami na dachu wyruszyliśmy autobusem do Pokhary. Po drodze natknęliśmy się na wypadek, skutkiem czego trzeba było czekać kilka godzin w korku. Około 300 km górskich zakrętów. Przez całą noc nepalska muzyka była włączona na maksymalnej głośności.

25.04.2009

Około godz. 5.30 rano dotarliśmy do Pokhary. Za taksówkę do naszego hotelu zapłaciliśmy 100 NPR. Pokhara to bardzo spokojne, przyjemne, turystyczne miasteczko nad jeziorem Phewa z widokiem na Himalaje. Po wzięciu szybkiego prysznica wyruszyliśmy na miasto, by pozałatwiać sprawy przed wyjściem na wysokogórski szlak. Wymieniliśmy pieniądze w jednym z licznych kantorów (kurs jest sztywny – taki sam w każdym kantorze, ale zmienia się codziennie), nabyliśmy mapę rejonu Annapurny i w oficjalnym biurze wykupiliśmy zezwolenie na trekking (2000 NPR) oraz podpisaliśmy oświadczenia, że idziemy sami bez przewodnika. Ponadto zamówiliśmy taksówkę na rano. W Pokharze bez problemu można kupić ubranie i sprzęt trekkingowy czy mapy, a także specjalne jedzenie wyprawowe. Można też bez problemu skorzystać z Internetu (100 NPR/h). Bardzo drogie jest natomiast piwo, które może kosztować w knajpce więcej niż cały obiad (460 NPR za butelkę 0,65 l Nepal Ice).

26.04.2009

O godz. 7.30 wyruszyliśmy spod hotelu taksówką (700 NPR), skąd było około 15 km do wioski Phedi, gdzie rozpoczyna się nasz szlak. Po półgodzinnym ostrym podejściu doszedłem do wniosku, że jednak przydałby się tragarz. Akurat z gór schodziła para Francuzów z tragarzem, który namówił mnie, abym wziął właśnie jego. Tak też zrobiłem. Lak Pa był 27-letnim Tybetańczykiem i miał także uprawnienia przewodnika. Ustaliliśmy cenę na 13 USD za dzień. Poszliśmy dalej – ja z samym aparatem fotograficznym w ręce, a Artur ze swoim plecakiem. Wkrótce skończył się zasięg komórek. Doszliśmy do miejsca, gdzie sprawdzane są nasze zezwolenia. Wieczorem zostaliśmy we wsi Tolka (1700 m n.p.m.), gdzie 2-osobowy pokój w schronisku kosztuje 100 NPR. Ta cena jest identyczna na całym szlaku. Tam spotykaliśmy Aleksjeja z Moskwy. Z kolei Artur zdecydował się na wynajęcie tragarza. Został nim miejscowy rolnik Ilbadur, który chciał za to jedynie 650 NPR za dzień.

27.04.2009

W tym dniu w ciągu 4 godzin przeszliśmy z wioski Tolka do wioski Jhinu (około 1780 m n.p.m.). Od Phedi tamten fragment szlaku wiedzie pomiędzy polami tarasowymi. Nieopodal w dole rzeki Modi znajdują się gorące źródła, gdzie skorzystaliśmy z basenów na powietrzu. Za obiad (kluski z warzywami i jajkiem) zapłaciliśmy 230 NPR. Generalna zasada jest taka, że im wyżej tym droższe jest jedzenie w schroniskach. W Jhinu zaprzyjaźniliśmy się z Tybetankami, które tam sprzedawały pamiątki. Jhinu to ostatnia wioska na trasie, gdzie za darmo można skorzystać z prądu i naładować baterie. W schroniskach na szlaku bardzo drogi jest papier toaletowy – 100 NPR za rolkę, więc lepiej mieć swój.

28.04.2009

O godz. 7 rano wyszliśmy z Jhinu, ostro wspinając się szlakiem w górę, by około godz. 9 dotrzeć do wioski Chhomrong (około 2200 m n.p.m.), gdzie zjedliśmy śniadanie: omlet z jajek i warzyw + pieczony placek z miodem + kawa za 300 NPR. Około godz. 14 dotarliśmy do schroniska Bamboo (2310 m n.p.m.), gdzie zjedliśmy obiad. Tutaj już nie można kupić wody butelkowanej, tylko uzdatnioną i przegotowaną (70 NPR za litr). Przekraczając wysokość 2500 m n.p.m., natknęliśmy się na tablicę w języku angielskim i nepalskim, która ostrzegała przed chorobą wysokościową. Dalszy szlak wiódł przez las i około godz. 16.15 doszliśmy do schroniska Dovan (2600 m n.p.m.). Tutaj wreszcie ujrzeliśmy ośnieżone szczyty łańcucha górskiego Annapurny, choć powietrze nadal było mało przejrzyste. W schronisku można wziąć ciepły prysznic (piec na butlę gazową) za 100 NPR.

29.04.2009

O godz. 7 rano wyszliśmy z Dovan. Szlak wiódł doliną wzdłuż rzeki Modi, między licznymi węższymi i szerszymi strumieniami górskimi, które do niej spływały. Dalej pomiędzy schroniskiem Deorali a Machapuchre Base Camp przechodzi się pięć sporych lodospadów. Wokół nas 5- i 6-tysięczniki. Teren dość surowy, uboga roślinność, wszędzie mnóstwo biedronek. Jest to teren lawinowy, ale pod koniec kwietnia nie ma już takiego niebezpieczeństwa, ponieważ na stromych skałach po obu stronach doliny brakuje już śniegu. Około godz. 13.30 dotarliśmy do Machapuchre Base Camp (3700 m n.p.m.), gdzie zjedliśmy obiad za 370 NPR. Woda przefiltrowana kosztuje 100 NPR za litr. Pokoje bez prądu. Niestety z powodu przejścia 1100 metrów różnicy wysokości w tak krótkim czasie dopadła nas choroba wysokościowa – ostry ból głowy, dreszcze, brak apetytu, zmęczenie i bezsenność.

30.04.2009

Rano po raz pierwszy widzieliśmy wschód słońca ponad ośnieżonymi szczytami łańcucha górskiego Annapurny. Niestety choroba wysokościowa nie ustąpiła i po bezsennej nocy postanowiłem schodzić w dół. Ustaliliśmy, że Artur ze swoim tragarzem pójdzie dalej do Annapurna Base Camp (to zaledwie około 1,5 godziny marszu w górę do wysokości 4130 m n.p.m., a ja z moim tragarzem zszedłem do schroniska Bamboo. Ruszyliśmy o godz. 6.30. Po drodze zjadłem śniadanie w schronisku Deorali (3200 m n.p.m.) – chapatta, czyli podpłomyki za 70 NPR i herbata za 40 NPR. Około godz. 11.20 doszliśmy do Bamboo. Kilka godzin po mnie do Bamboo przyszedł Artur. Zaraz potem rozpoczęła się burza z piorunami – pierwsza na trasie.

1.05.2009

Rano po burzy rozjaśniła się pogoda i mieliśmy piękne widoki na ośnieżone himalajskie szczyty. Około godz. 12.30 doszliśmy do Jhinu, gdzie po raz drugi skorzystaliśmy z gorących basenów. Popołudniu znowu grzmiało, ale obyło się tym razem bez deszczu. Na wieczór wypiliśmy z tragarzem Bigpiper, indyjską whisky.

2.05.2009

Wyruszyliśmy o godz. 7 rano, śniadanie zjedliśmy w wiosce New Bridge (1340 m n.p.m.), a lunch w wiosce Suley Bazar (1220 m n.p.m.). Dal bhat, czyli tradycyjne danie nepalskie (ryż, ostre warzywa, zupa z soczewicy, sałatka, ostry sos) kosztował 50 NPR dla Nepalczyków i 200 NPR dla turystów! Przed godz. 15 dotarliśmy do Nayapul, gdzie wsiedliśmy do lokalnego autobusu jadącego do Pokhary. Bilet kosztował 150 NPR za osobę. Droga najpierw ostrymi serpentynami pięła się w górę, a potem w dół. Z jednej strony drogi cały czas kilkusetmetrowe przepaście, a na dodatek asfalt położono tylko na szerokość jednego autobusu. Co chwilę autobus musiał zwalniać – jak z przeciwka jechał inny pojazd albo ze względu na wielkie dziury w asfalcie wypełnione kamieniami. Około godz. 17 dojechaliśmy do Pokhary. Z przystanku autobusowego do naszego hotelu Dharma Inn taksówka kosztowała 100 NPR. Wieczorem poszliśmy z naszymi tragarzami na obfity obiad, by uczcić szczęśliwie zakończony trekking. W małej restauracji Momo, do której zaprowadził nas Lak Pa zapłaciliśmy zaledwie 665 NPR za 4 osoby.

3.05.2009

Rano kupiliśmy bilety autobusowe do Katmandu – 500 NPR za osobę. Skorzystaliśmy z Internetu w jednej z kafejek – 100 NPR/h. Pojechaliśmy taksówką na górę Sarangkot (1590 m n.p.m.) – 1000 NPR w obie strony. Góra Sarangkot to punkt widokowy w Pokharze na panoramę Himalajów – coś takiego jak Gubałówka z widokiem na Tatry. Na górze jest baza wojskowa i znajduje się tam też wieża widokowa. Wstęp kosztuje 25 NPR. Po południu spacer nad jezioro Phewa. Wieczorem przy piwku Everest (220 NPR za 0,65 l) w jednej z knajpek oglądaliśmy pokazy tradycyjnych tańców nepalskich.

4.05.2009

O godz. 7 wzięliśmy taksówkę z hotelu na dworzec autobusowy (100 NPR). O godz. 7.30 wyjechaliśmy w stronę Katmandu (około 200 km). Po pierwszym postoju na śniadanie zepsuł się nasz autobus, ale dość szybko został naprawiony. Potem droga prowadziła przez góry wzdłuż rzeki Mahesh. Wokół pola ryżowe, a nad rzeką zakłady wybierające kamień na budowę. Prawie w ogóle nie było samochodów osobowych. Niektórzy podróżowali na dachach autobusów z bagażami. Utknęliśmy w długim korku przed Katmandu, bo wcześniej na drodze zderzyły się dwie ciężarówki. W końcu do Katmandu dojechaliśmy około godz. 17.30, czyli mieliśmy 4 godziny opóźnienia. Taksówka do hotelu Tara w turystycznej dzielnicy Thamel kosztowała 100 NPR. Cena za pokój 2-osobowy z łazienką bez ciepłej wody – 500 NPR. Około godz. 20 zabrakło prądu, którego nie było aż do rana – i tak było codziennie.

5.05.2009

O godz. 7.30 jeszcze wszystko było pozamykane w dzielnicy turystycznej, ale udało nam się znaleźć czynną restaurację Yak, gdzie zjedliśmy na śniadanie thukpę – zupę z makaronem i mięsem z kurczaka za 65 NPR. Wynajęliśmy taksówkę na 6 godzin do czterech atrakcji turystycznych Doliny Katmandu – 1500 NPR, wytargowaliśmy z 3000 NPR.

Bodhnath Stupa – Bouddha – wielka stupa Buddy, a wokół szkoły buddyjskie, wstęp 100 NPR.

Pashupati – kompleks świątyń hinduskich, gdzie nad świętą rzeką Bagmati palone są ciała zmarłych. Wstęp 250 NPR. Wokół chodzą małpy oraz sadhu, hinduscy wędrowni asceci, którzy próbowali wyłudzać od nas pieniądze.

Bhaktapur – stare miasto, kompleks budynków królewskich, świątyń, stupy, motywy erotyczne z XV-XVII w., wstęp 750 NPR.

Patan Durbar Square – kompleks budynków królewskich, świątyń, stupy z XVI-XVII w., wstęp 200 NPR.

Około godz. 15 powrót na Thamel, gdzie kupiliśmy bilety autobusowe do Bhairawa (600 NPR). Potem zjedliśmy obiad w taniej knajpce tybetańskiej – chowmein, czyli kluski z kurczakiem za 55 NPR. Z kolei w sklepie z sokami kupiłem świeżo wyciskany sok z ananasa, cytryny i granata za 50 NPR. Wieczorem zrobiliśmy jeszcze zakupy przed wyjazdem. Koszulki z wyszywanym na zamówienie wzorem kosztowały 250 NPR, a płyty z tradycyjną nepalską muzyką – 275 NPR.

6.05.2009

Po śniadaniu w restauracji Yak przeszliśmy do buddyjskiej świątyni ze stupą, która znajdowała się niedaleko naszego hotelu. Klasztor buddyjski Yatkha Bahal z modlącymi się mnichami. Dalej poszliśmy do Kathmandu Durbar Square – wstęp 300 NPR. Tutaj wśród zabytkowych budowli z drewna leżały święte krowy i fruwało mnóstwo gołębi. Na jednym z budynków wyrzeźbiono śmiałe motywy erotyczne. Na małej poczcie kupiłem widokówki i znaczki (25 NPR).

Potem pojechaliśmy taksówką do Swayambhu (150 NPR), czyli do stupy Buddy na wzgórzu (wstęp 100 NPR). Wokół świątynie buddyjskie, młynki modlitewne i chodzące wokół małpy. Z góry widok na zabrudzone smogiem Katmandu. Powrót taksówką do hotelu (150 NPR) i po obiedzie w restauracji Kavreli pojechaliśmy kolejną taksówką na dworzec autobusów dalekobieżnych (150 NPR). Autobus do Bhairawa (około 280 km) miał wyruszyć o godz. 19, ale oczywiście miał spory poślizg. Potem po drodze zbierał z ulicy kolejnych pasażerów, by za Katmandu utknąć w długim korku. Po drodze wchodzili do autobusu różni ludzie, w tym dzieci, by oferować swoje towary do sprzedaży: wodę mineralną, opiekane na chodnikowym ognisku kolby kukurydzy, chipsy, latarki. Około godz. 3 w nocy zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie w strasznym syfie można było kupić świeże jedzenie. O godz. 8 rano postój na śniadanie i o godz. 9 w mieście Butwal mieliśmy przesiadkę na drugi autobus. W końcu około godz. 9.30 dotarliśmy do Bhairawa, 280 km w 14,5 godziny.

7.05.2009

W Bhairawa wynajęliśmy hotel Everest. Pokój 2-osobowy z klimatyzacją kosztował 1000 NPR. Z Bhairawa pojechaliśmy autostopem do Lumbini (20 km). Zabrał nas Suramari, kierowca i właściciel ciężarówki Leyland, którą wiózł betonowe słupy uliczne. Do samego Lumbini dotarliśmy rikszą rowerową za 60 NPR za 3 km. Zwiedziliśmy świątynie Nepal Buddha Vihara, Maya Devi Temple – wykopaliska archeologiczne z miejscem, gdzie urodził się Budda (wstęp 50 NPR, robienie zdjęć 75 NPR). Potem wynajęliśmy kolejną rikszę rowerową (120 NPR/h) w celu zwiedzenia kompleksu świątyń buddyjskich, zbudowanych przez wyznawców tej religii z różnych krajów świata. Do Bhairawa wróciliśmy lokalnym busem, bardzo przeładowanym pasażerami, za 30 NPR.

8.05.2009

Za hotel zapłaciłem 500 NPR, zamiast 1000 NPR, bo z braku prądu całą noc nie działała klimatyzacja.

Ranny przejazd kilka kilometrów rikszą rowerową na granicę z Indiami (100 NPR). Na granicy zrobiliśmy ostatnie zakupy i wymieniliśmy w kantorze resztę nepalskich rupii na indyjskie. Dalej formularz graniczny nepalski i potem indyjski. Po stronie indyjskiej wzięliśmy autobus do Gorakhpur (90 km za 55 INR). Inne możliwości przejazdu to taksówka za 700 INR lub taksówka grupowa za 125 INR. Przejazd przeładowanym do granic możliwości autobusem trwał 3 godziny. W środku ludzie znowu rzygali. Przejście na stację kolejową, odjazd pociągu opóźnił się o godzinę i 20 minut. W końcu wyruszył o godz. 17.20, zamiast o godz. 16. Na stacji kolejowej straszny bród i syf, dzieci zbierały plastikowe butelki z torów. Czekając na kładce ponad torami, gdzie było dość przewiewnie i upał nie był tak dokuczliwy, obserwowaliśmy życie na stacji, na peronach i serwisowanie pociągów. Sypialny bilet kolejowy II klasy na trasie Gorakhpur-Delhi (783 km) kosztuje około 300 INR.

9.05.2009

O godz. 8.20 dojechaliśmy do stacji New Delhi Railway Station – pociąg opóźnił się łącznie o 3 godziny. Z dworca ruszyliśmy pieszo do dzielnicy turystycznej Pahar Ganj, gdzie wynajęliśmy hotel The Hash (500 INR za pokój 2-osobowy z klimatyzacją). Obok w biurze turystycznym wykupiliśmy całodniową wycieczkę po Delhi za 300 INR, autokar z klimatyzacją. Zwiedziliśmy po kolei: Czerwony Fort (wstęp 250 INR), mauzoleum Gandhi’ego – miejsce, gdzie dokonano kremacji jego ciała, wstęp za darmo, ale za przechowanie butów 1 INR, gmachy indyjskiego parlamentu i ministerstw oraz pałac prezydencki, łuk India Gate poświęcony pamięci poległych w wojnach Hindusów, Qutab Minar – minaret z XII w. (wstęp 250 INR), sklepy z tkaninami, biżuterią, ozdobami i wyrobami ze skóry, świątynia w kształcie lotosu oraz świątynia Kriszny. Powrót do hotelu około godz. 20. Zamówiliśmy taksówkę na rano na lotnisko – 250 INR.

10.05.2009

Przejazd taksówką na lotnisko, podatek wylotowy 1300 INR. Około godz. 13.15 przylot do Helsinek, gdzie mając kilka godzin czasu, postanowiliśmy zwiedzić miasto. Bilet autobusowy z lotniska do centrum – 5,9 euro. Zobaczyliśmy fiński parlament, białą katedrę i przeszliśmy się nad zatoką. Powrót samolotem Finnair do Warszawy.

Informacje praktyczne:

1. Nieobowiązkowe szczepienia: żółta febra, żółtaczka A i B, dur brzuszny, błonica, tężec. Ponadto na malarię można zapobiegawczo brać arechin.

2. Zarówno Indie, jak i Nepal są krajami bezpiecznymi. Jednak Nepalczycy są znacznie bardziej przyjaźnie nastawienie do turystów niż natarczywi i nieprzyjemni Hindusi, którzy na każdym kroku starają się naciągać na pieniądze pod różnymi pretekstami.

3. Nie ma problemów z wymianą pieniędzy – można zrobić w licznych kantorach. W Indiach za 1 USD dostawaliśmy 46-48 INR, a w Nepalu 77-78 NPR.

4. Na przełomie kwietnia i maja było bardzo gorąco, w Indiach oraz w Nepalu na nizinach powyżej 40 stopni, w nocy trochę mniej. Ani razu nie padał deszcz (nie licząc gór). W górach temperatura znacznie bardziej umiarkowana, im wyżej tym zimniej.

5. Różnica czasu z Polską wynosi 4,5 godziny – w Indiach należy je dodać. W Nepalu dodaje się jeszcze dodatkowe 15 minut.

6. Kafejek internetowych jest dużo, koszt w Agrze – 30 INR/h, w Pokharze – 100 NPR/h.

7. W Indiach wszędzie działały telefony komórkowe (Plus). W Nepalu tylko wokół dużych miast.

8. Tanie są zarówno taksówki, riksze rowerowe, motoriksze, jak i autobusy oraz pociągi.

9. Nocleg w tanim hotelu to wydatek 200-400 INR (w Indiach) lub 200-300 NPR za osobę (w Nepalu).

10. Zarówno w Indiach, jak i w Nepalu nie ma problemów, by porozumieć się w języku angielskim, ale wymowa niektórych Hindusów może być całkowicie niezrozumiała.

11. Kierowcy zarówno samochodów, jak i riksz w Indiach i Nepalu w ogóle nie przestrzegają żadnych przepisów ruchu drogowego. W Nepalu w ogóle nie ma świateł ulicznych. Pierwszeństwo ma ten, kto jest większy i pierwszy dojedzie do połowy skrzyżowania. Podstawą poruszania się po mieście jest głośny klakson.

12. „Na mieście” wszędzie są bezpłatne toalety.

* Tekst ten został włączony do XIV tomu serii książkowej „Przez Świat”, który ukazał się w 2010 r.

Jedna odpowiedź to “Trekking pod Annapurnę”

  1. Vinci pisze:

    Indie są piękne i stają się potęgą nie tylko ekonomiczną. Tymczasem Europa zaczyna toczyć się drogą starożytnego Rzymu. Pomyśleć, że Sąd Najwyższy w Indiach utrzymał w mocy prawo, które mówi, że seks osób tej samej płci jest przestępstwem przeciwko naturze. Szacunek dla tego sędziego.

    A u nas zamiast leczyć homosiów co byłoby jakimś krokiem cywilizacyjnym w przód w stosunku do prostej kary w Indiach, próbuje się promować tą chorobę już od przedszkola…

Zostaw odpowiedź

web stats stat24