Zlikwidować eurobudżet!*

 

Pod koniec 2010 roku, kiedy unijni liderzy państw chcieli uchwalić budżet Unii Europejskiej na rok 2011, Dawid Cameron, konserwatywny premier Wielkiej Brytanii, nie zgodził się na zwiększenie wydatków. Historia powtórzyła się w tym roku przy uchwalaniu budżetu bloku na lata 2014-2020.

 

Także teraz eurourzędasy są wściekli na brytyjskiego premiera, który (obok m.in. rządów Holandii, Danii i Szwecji, a także Niemiec) żąda głębokich cięć wydatków (o 200 mld euro). Jednak co ciekawe, ostatnie negocjacje być może potwierdzają moją tezę, że Unia Europejska rozpadnie się z powodu finansów, gdyż każde państwo chce jak najmniej wpłacać do wspólnego budżetu, a jak najwięcej wypłacać. Widać jak na dłoni, że partykularne interesy narodowe biorą górę nad rzekomą jednością ogólnounijną, o której głośno trąbią komisarze i euroentuzjaści. Ale nawet premier Tusk powiedział też kilka słusznych słów: „Poszczególne państwa członkowskie dzisiaj bardziej przypominają odległe wobec siebie planety w galaktyce niż wspólnotę polityczną, która ma jeden cel, który da się opisać liczbami w budżecie”.

 

Tusk pojechał po jałmużnę

 

Premier Donald Tusk po przyjeździe z Brukseli chciał chwalić się wszem i wobec, na lewo i prawo, że wywalczył od Unii Europejskiej kolejną jałmużnę w wysokości 300 mld zł, o czym liderzy Platformy Obywatelskiej (Buzek, Lewandowski, Sikorski i Tusk) zawarli nawet w specjalnym spocie wyborczym. Po klęsce negocjacyjnej ten propagandowy klip został usunięty z oficjalnych stron, jednak ponieważ nie ma możliwości całkowitej cenzury Internetu, więc reklamówka nadal krąży po sieci. Mimo całkowitej klęski negocjacyjnej premier Tusk stwierdził, że efekt rozmów na temat budżetu jest połowiczny i „istnieje przestrzeń do osiągnięcia kompromisu”. Przyznał też, że chodzi o kasę, której unijni płatnicy netto nie chcą za bardzo płacić.

Premier Tusk poinformował, że projekt unijnego budżetu, który Herman Van Rompuy, przewodniczący Rady Europejskiej, przedstawi w styczniu, nie będzie zmniejszał środków finansowych na spójność (dotacje) i wspólną politykę rolną (dopłaty do rolnictwa). Tymczasem zgodnie z niezatwierdzonym projektem unijny fundusz spójności ma być mniejszy o 1,5 mld euro. Pieniądze te miałaby zostać przekazane Grecji, Hiszpanii i Portugalii. A jak twierdzi RMF FM, żaden z pozostałych krajów Eurokołchozu nie dostał tak złych warunków jak Polska. Dla porównania Hiszpania ma dostać z funduszu spójności prawie 3 mld euro więcej, Włochy – 3-4 mld euro, a Portugalia i Grecja – po 1 mld euro. Do Polski nie trafią także dodatkowe pieniądze na rozwój wsi, gdy tymczasem Austria, Włochy, Luksemburg, Słowenia i Finlandia mają otrzymać specjalne dotacje na rolnictwo w wysokości od 150 mln do 1 mld euro.

Co ciekawe, mimo klęski negocjacyjnej w Brukseli materiał poświęcony temu wydarzeniu w „Wiadomościach” TVP był pełny entuzjazmu i wychwalał unijne dotacje – podaje portal wPolityce.pl. – Flagowy program informacyjny telewizji publicznej naprawdę spiął się i wzniósł na wyżyny własnych możliwości, żeby po planowanym sukcesie i zgarnięciu przez premiera wielu miliardów z unijnej kasy, pokazać Polakom, jakim to dobrodziejstwem jest dla nas UE – napisano w portalu. – Piękny program do wyemitowania tuż po sukcesie premiera. Nie zgadza się tylko jedno, sukcesu nie było, premier nic nie wywalczył, Niemcy poszli razem z Brytyjczykami, kasy nie ma i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie – dodano.

 

Dotacje nie zbudują dobrobytu

 

Mimo wszystko Donald Tusk i jego ekipa chce pokazać, że potrafi wywalczyć te mityczne 300 mld zł dla Polski, bo większość Polsków uważa, że będzie to dobre dla naszego kraju. Miałoby to bardzo potężny wydźwięk propagandowy. Nie wiem, co premier Tusk myśli w rzeczywistości, ale z tego co mówi, to jest on podobnego zdania jak większość rodaków. Niech Unia nam da, to będziemy bogaci. Tymczasem o miałkości tej tezy pisałem wielokrotnie, także na tych łamach, a teraz jej krytyka przebija się nawet do mediów mainstreamowych. Prof. Krzysztof Rybiński słusznie twierdzi, że dobrobytu nie zbudujemy na darowiznach, a tylko na ciężkiej pracy. „[żebrak – przyp. TC] może się zmienić tylko wtedy, jak zarzuci żebranie i weźmie się do prawdziwej pracy. Dlatego dla Polski będzie lepiej, jak dostaniemy z Unii jak najmniej pieniędzy” – napisał prof. Rybiński na łamach portalu wPolityce.pl. Zresztą już Adam Smith twierdził, że dobrobyt buduje się pracą, a nie darmochą. W jego szczęśliwych czasach nie było dotacji unijnych ani żadnych innych.

Zdaniem prof. Rybińskiego „patologii związanych z pojawieniem się środków unijnych jest znacznie więcej niż korzyści”, czego wyrazem jest m.in. znaczny spadek innowacyjności w Polsce. Na dodatek dotacje generują nikomu niepotrzebne stanowiska pracy przy załatwianiu i rozdzielaniu unijnych funduszy – w samej administracji od 2004 roku zatrudnienie wzrosło o 100 tysięcy osób, głównie przy okazji dotacji. Przecież każdy urząd w każdej zapadłej dziurze i każda firemka musi mieć specjalistę od dotacji, by „doić” Unię. Te wszystkie miejsca pracy skończą się, jak tylko wyczerpią się dotacje. Grecja i Hiszpania to przykłady krajów, które dochodzą do bankructwa właśnie poprzez unijne inwestycje, które najpierw musiałby współfinansować, a potem utrzymywać. Tylko w budżecie na 2013 rok zaplanowano wydatki na współfinansowanie unijnych dotacji w wysokości ponad 75 mld zł. Fatalne skutki ładowania jeszcze większych pieniędzy widać w byłej Niemieckiej Republice Demokratycznej: wyludnienie i brak perspektyw.

Ludzie powtarzają, że gdyby nie dotacje unijne, to nie powstałoby wielu ważnych inwestycji, na przykład autostrad. Jest to rozumowanie błędne, bo to nie jest kwestia dotacji. Problemem nie jest brak pieniędzy, które można by znaleźć na autostrady – w końcu znacznie większe sumy są marnowane na biurokrację czy wydatki socjalne. Zniszczona wojną Chorwacja bez żadnych unijnych dotacji była w stanie w krótkim czasie wybudować sieć świetnych autostrad, i to w znacznie trudniejszym terenie górskim w porównaniu z polskimi równinami. Także na Białorusi wybudowano autostrady bez pieniędzy z Brukseli. W Polsce mamy raczej problem (nie wiem, czy umyślny, czy też nieumyślny) niemocy polskich elit politycznych. Przecież nawet z unijnymi dotacjami te wszystkie budowy ciągną się w nieskończoność, czego przykładem jest choćby budowa jednego mostu w Muszynie na A1 czy też przeciwpowodziowego zbiornika retencyjnego koło Raciborza. Z powodu niedbalstwa urzędników opóźnienia w realizacji tej ostatniej inwestycji mogą oznaczać utratę 300 mln zł unijnych dotacji. Podobnie nieruchawe państwowe PKP może nie potrafi sobie poradzić z unijnymi dotacjami i w pesymistycznym wariancie straci 1,8 mld euro dofinansowania z Brukseli na inwestycje infrastrukturalne.

 

Budżet rodzi waśnie

 

Prawda jest taka, że coś takiego jak budżet Unii Europejskiej w ogóle nie powinien istnieć. Nie tylko szkodzi zarówno płatnikom netto, jak i odbiorca pomocy unijnej, ale utrzymuje armię nikomu niepotrzebnych urzędników, którzy wtrącają się do wszystkiego, a tym samym niepotrzebnie ingeruje w rynek i powoduje, że działające na nim podmioty podejmują nieracjonalne decyzje. Jeśli przedsiębiorca sam nie potrafi znaleźć pieniędzy na założenie lub rozkręcenie swojego biznesu, to nie będzie umiał funkcjonować na rynku, gdy te pieniądze dla niego skończą się. Wiele firm za unijne pieniądze dostarcza na rynek usług czy towarów nie takich, jakich potrzebuje konsument, ale takich, jakie sobie wymyślił urzędnik w Brukseli i Warszawie. Na dłuższą metę to nie będzie funkcjonować i może przynieść katastrofalne skutki jak na przykład bezrobocie.

- Dla firmy, która otwiera działalność gospodarczą dotacje unijne nie są dobrym rozwiązaniem z kilku powodów – mówi „Najwyższemu Czasowi!” kobieta, która pół roku temu otworzyła gabinet kosmetyczny. – Po pierwsze, osoba, która chce być przedsiębiorcą i utrzymać się na rynku powinna sama umieć pozyskać środki finansowe poprzez swoją kreatywność. Gdyż skoro tego nie potrafi i idzie na łatwiznę poprzez środki unijne, co mimo wszystko nie jest takie proste, to później być może nie będzie potrafiła utrzymać się na rynku. W rezultacie widać, jak firmy, które dostały dofinansowanie z Unii Europejskiej, szybko upadają. Po drugie, dotacja unijna zobowiązuje gabinety kosmetyczno-medyczne do podawania hurtowni, w jakiej będą się zaopatrywać, czyli nie można kupować preparatów w innych hurtowniach, gdzie cena może być niższa oraz do zakupu nowych, drogi urządzeń, które szybko, podobnie jak nowy samochód, tracą na wartości. W rezultacie zamiast nowego urządzenia, kosztującego około 20 tysięcy zł, nie można kupić na allegro używanego w bardzo dobrym stanie w cenie 450 zł. Więc nawet jeśli Bruksela pokrywa połowę kosztów, nowego urządzenia, czyli 10 tysięcy zł, to przecież lepiej wydać 450 zł niż te pozostałe brakujące 10 tysięcy zł do nowego urządzenia. Po trzecie, gabinet, który otrzymał dotację, musi utrzymać się na rynku przez minimum dwa lata, bo w przeciwnym wypadku musi zwrócić dotacje wraz z odsetkami. A skąd nowy przedsiębiorca wie, że utrzyma się na rynku przez dwa lata? Znam przypadki, że dziewczyna, która otworzyła gabinet i wzięła dotację, po trzech miesiącach musiała go zamknąć, bo nie miała klientów i oddać całe dofinansowanie z odsetkami, a inna prowadziła na startach nierentowny gabinet, byle tylko nie zwracać dotacji – opowiada młoda przedsiębiorczyni.

Prawda jest też taka, że gdyby nie było unijnego budżetu, to nie istniałaby także unijna składka każdego z państw członkowskich, która z roku na rok jest coraz wyższa. Tym samym można by obniżyć podatki w każdym kraju co najmniej o wysokość tej składki. I taki ruch pobudziłby bardziej rozwój niż jakiekolwiek dotacje. Ostatnio słuszne słowa na ten temat wypowiedział Wiktor Grilli, minister finansów Włoch. Mianowicie stwierdził on, że „kolejny rząd powinien ograniczyć wydatki publiczne, by umożliwić redukcję podatków zamiast nakładania dodatkowych obciążeń na obywateli”. Włoski minister słusznie mówi, a politycy na Tajwanie działają. Władze wyspy decydowały o zwiększeniu ulg podatkowych i podniesieniu progów podatkowych, dzięki czemu w 2013 roku w kieszeniach Tajwańczyków pozostanie 257 mln USD więcej niż teraz. Podobnie wojskowy reżim na Fidżi podnosi na przyszły rok próg podatkowy, a ponadto zagraniczne firmy będą zachęcane preferencyjną stawką podatkową do przenoszenia swoich siedzib na pacyficzne wyspy.

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Słuszną uwagę na swoim blogu napisał Sergiusz Muszyński, młody publicysta z PiS. Jego zdaniem „dziennikarze przedstawiają widzom jako dogmat tezę, że trzeba wyżebrać jak najwięcej z pieniędzy zachodnich podatników, a jako najwyższą polityczną cnotę Donalda Tuska, ukazuje się mistrzowskie zdolności jałmużnicze”. Tymczasem stwierdził on, że „im więcej uzyskamy, tym w istocie gorzej dla przyszłości Polski jako suwerennego bytu państwowego. Samo roztrząsanie opłacalności przekazania Brukseli kontroli nad polskimi wydatkami budżetowymi, nadzorem bankowym lub polityką pieniężną, czy zasadności likwidacji złotówki, w zamian za zbudowanie kilku dróg pod Poznaniem i Zamościem, jest niedorzeczne. Prosta prawda, iż ‘Niemcy nie dają nic za darmo’, przekłada się na negocjacje nad budżetem Unii”.

Sens ma tylko Unia Europejska bez wspólnego budżetu (który rodzi niepotrzebne antagonizmy i waśnie pomiędzy narodami i mieszkańcami), nieingerująca w krajowe gospodarki bzdurnymi regulacjami, obciążającymi je dodatkowymi kosztami. Unia z wolnym przepływem osób, towarów, usług i kapitału. Unia, gdzie tych wolności nie można zablokować. W takiej Unii wszelkie spory finansowe w ogóle by nie istniały. No ale trzeba by wtedy zwolnić kilkadziesiąt tysięcy uniourzędasów, którzy dorwali się do koryta i nie zamierzają z niego rezygnować. W końcu żyją, i to całkiem nieźle, z dojenia unijnych podatników.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 50 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2012 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24