Unijny nepotyzm towarzyski

 

Okazuje się, że przy obsadzaniu intratnych miejsc pracy i awansie znajomości decydują nie tylko w polskiej administracji (zarówno za rządów AWS, SLD, PO, PSL, jak i PiS), ale również w instytucjach Unii Europejskiej, wydawałoby się wolnych od tego typu praktyk.

 

Stopień powiązań politycznych przy obsadzaniu stanowisk zarówno w Brukseli, jak i agencjach UE zlokalizowanych w innych państwach w wielu przypadkach przypomina praktyki stosowane w partyjnej służbie cywilnej naszego kraju. Obserwować można liczne przypadki, gdzie kompetencje, doświadczenie i umiejętności kandydatów, kierowanych na stanowiska kierownicze przez poszczególne państwa są jedynie kontynuacją patologii nepotyzmu na gruncie narodowym. Przykładem tego negatywnego zjawiska jest historia Polki zatrudnionej w agencji unijnej. Moja rozmówczyni jest aktualnie na etapie prawnego dochodzenia swoich praw pracowniczych, z tego też powodu zdecydowała, że chce pozostać anonimowa. – Jestem wielką entuzjastką projektu unijnego i życzę temu projektowi jak najlepiej. Z takim założeniem ukończyłam studia kierunkowe, opanowałam biegle parę języków, zdobyłam w czasie studiów doświadczenie w instytucjach europejskich, aby być wykwalifikowanym pracownikiem w tego typu agencji UE. Teraz, po prawie 10 latach pracy w tych strukturach zaczynam rozumieć ludzi, którzy walczą z tym projektem i dlaczego ten projekt zaczyna chwiać się w posadach – mówi kobieta w rozmowie z „Najwyższym CZASEM!”. – Jeżeli instytucje unijne, które mają wzniosłe ideały, które mają nieść kaganek oświaty poszanowania prawa w różnych dziedzinach, same tego nie robią względem własnych pracowników, to o czym my rozmawiamy? – dodaje pracownica kontraktowa unijnej administracji.

 

Stracone 10 lat

 

Jej zdaniem cechą systemową w unijnych instytucjach jest hierarchizacja i centralizacja. – Panuje chaos w zarządzaniu, obserwować można nieprawdopodobne skostnienie w kręgu kadry zarządzającej. Brakuje jakichkolwiek prób usprawnienia działalności agencji w celu dostosowania jej struktur do nowych wyzwań – stwierdza urzędniczka. – Jeżeli chodzi o zarządzanie kadrami w unijnych instytucjach, stan ewaluacji pracowników polega na zasadzie „szeptanego poparcia” kolega koledze lub koleżance, szef sektora szefowi innego sektora itp. z pominięciem kwestii przydatności, kwalifikacji, doświadczenia, nie wspominając o braku koncepcji budowania własnej kadry przez pragmatyczny i przejrzysty system karier oraz awansów – opowiada. Efekt jest taki, że rotacja jest bardzo duża. Osoby kierowane do pracy w agencji przez państwa członkowskie z reguły nie mają pojęcia, jak będą wyglądać ich zadania, nie mówiąc już o merytorycznym przygotowaniu do ich realizowania. Przychodzą, aby się uczyć, kiedy już osiągną wymagane minimum wiedzy i doświadczenia… kończy im się kontrakt. Przychodzą następni i sytuacja się powtarza.

Z kolei stali pracownicy za te same pensje od lat, bez awansów, wykonują te same zadania. Stanów wypalenia zawodowego jest sporo, ale skrzętnie się je ukrywa, przy okazji matacząc z przedstawianą dokumentacją lekarską. Poza tym, tych wykorzystywanych ludzi blokuje strach przed utratą pracy, nie skarżą się, nie informują o patologiach. I tak wrażenie dobrego unijnego pracodawcy o wysokich standardach norm pracy trwa w najlepsze. – Mimo obowiązywania regulaminu pracowniczego, który ma na celu ochronę jednostki, my na co dzień na szczeblu roboczym spotykamy się z traktowaniem rodem z totalnego średniowiecza – podkreśla kobieta. Jest zawiedziona, że nie dano jej szansy na awans, i to mimo aplikowania o wyższe stanowiska kilkanaście razy. Od początku stoi w miejscu, nie rozwija się zawodowo. W przeciwieństwie do innych unijnych instytucji, w agencji, w której pracuje, nie wypracowano obowiązujących mechanizmów awansu. – Co prawda, rozpoczęto stosować pewne procedury od roku, ale osoby, które tu pracowały w ciągu ostatnich 10 lat, te lata pracy już mają stracone i nam tego nie zrekompensowano – opowiada kobieta. – W innych agencjach jest tak, że polityka reklasyfikacji, awansów funkcjonuje, odkąd zostały one powołane – stwierdza.

W pewnym momencie urzędniczka doszła do wniosku, że ma już tej sytuacji dość i rozpoczęła batalię prawną ze swoim pracodawcą. Najpierw wystąpiła z prośbą o udzielenie informacji o przyczynach braku zakwalifikowania jej na wyższe stanowisko. Odpowiedzi były zdawkowe i nie uwzględniały tematu zasadniczego, tj. powodu barku uwzględnienia kierunkowego wykształcenia i doświadczenia w kontekście równego traktowania z innymi pracownikami. Agencja nie udostępniła żadnej informacji, mimo że kilka lat wcześniej za podobne praktyki dostała negatywną ocenę od Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich. Moja rozmówczyni postanowiła odwołać się od konkretnej procedury. Otóż przez lata pracy ciągle aplikowała na wyższe stanowiska i w pewnym momencie zaaplikowała też o stanowisko administracyjne, ale wyższego szczebla. I oto w październiku 2015 roku otrzymała informację, że nie zostanie zaproszona nawet na rozmowę kwalifikacyjną. – To mnie bardzo zdenerwowało, ponieważ uważałam, iż doskonale spełniam kryteria – mówi kobieta. Był taki okres, kiedy angażowano moją rozmówczynię praktycznie do wszystkiego. Była operatywna, sprawna, znała się na rzeczy jako specjalista administracji unijnej, znała doskonale języki UE, więc przerzucano ją pomiędzy sektorami, działami i departamentami, w zależności od potrzeb. Pisała projekty pism, które wykorzystywał potem np. gabinet dyrektora generalnego. Mimo to na stanowiska powołano osoby, które pracowały w agencji krócej od niej i które miały mniejsze doświadczenie, nie mówiąc już o sprawności językowej.

 

Rozstrój zdrowia

 

Jakby tego było mało, w lutym 2016 roku Polka otrzymała polecenie od przełożonego, by przejąć dwa zadania, które normalnie są wykonywane na stanowisku administracyjnym wyższego szczebla, na które, o ironio, aplikowała wcześniej. – Czyli nie dostałam się na to stanowisko, a miałam wykonywać dodatkowe zadania z tego stanowiska za to samo wynagrodzenie! – tłumaczy oburzona. – Jednak przyjęłam na siebie te dodatkowe obowiązki. Ale za jakiś czas okazało się, że są dla mnie kolejne dodatkowe zadania. W pewnym momencie doszłam do psychicznej i emocjonalnej ściany. Byłam zdesperowana. Odmówiłam wykonywania tych dodatkowych zadań, za które innym płacono o wiele większe pieniądze – opowiada urzędniczka. – Moje oświadczenie wprost mojemu szefowi, kierownikowi sektora, że nie będę tego robić, wywołało olbrzymią burzę z podtekstem straszenia, zamknięcia mi drogi przed dalszą karierą w agencji – dodaje. Doprowadziło to do chaosu w sektorze, bo kierownik innych podwładnych informował, że mogą od kobiety oczekiwać realizacji tych zadań. W efekcie z powodu stałego stresu w pracy sytuacja doprowadziła do rozstroju zdrowia w postaci załamania nerwowego. Polka wylądowała w szpitalu z podejrzeniem zawału serca. Kardiolog stwierdziła, że jeśli urzędniczka nadal będzie miała tak stresującą pracę, to nie ręczy za jej serce. Następnie trafiła do psychiatry, który dał jej dwumiesięczne zwolnienie.

Po tym okresie kobieta wróciła do pracy. – Według moich lekarzy prowadzących rozstrój zdrowia był wynikiem „niedozatrudnienia”, czyli utrzymywania mnie przez bardzo długi okres ośmiu lat na stanowisku administracyjnym znacznie poniżej moich kwalifikacji. Pomimo faktu, że przez ten czas zdążyłam nauczyć się dwóch nowych języków, skończyłam kolejne studia magisterskie i poszerzyłam inne kompetencje w różnych dziedzinach – opowiada urzędniczka. Psychiatra i psychoterapeuta wyrazili zgodę na powrót do pracy, ale równocześnie wydali zalecenia, by pracodawca przeniósł kobietę ze środowiska stresogennego. Kiedy przyszła z tym wszystkim do pracodawcy, oczekiwała, że zadziała on zgodnie z regulaminem pracowniczym i zadośćuczyni szkodom, jakie poniosła. Jednak mija niemalże pół roku i nic takiego się nie stało. Zamiast tego pracodawca postanowił wysłać ją na komisję lekarską, żeby sprawdzić… czy nie symuluje.

 

W unijnej agencji jak w Czarnej Afryce

 

Jak opowiada rozmówczyni, zarówno w sprawie braku awansu, jak i rozstroju zdrowia zdążyła napisać całe „poematy” do zarządu agencji. Kiedy do dyrektora wykonawczego napisała, że procedura rekrutacyjna jest nieszczelna, jeżeli chodzi o równe traktowanie wszystkich kandydatów, gdyż można odnieść wrażenie i są dowody, iż panuje tutaj ogromny nepotyzm towarzyski i nierówne traktowanie w sensie ocen, zbył ją. – Dostają się „znajomi królika” i nieważne, że niektórzy z nich nie mają absolutnie żadnego lub małe doświadczenie związane ze stanowiskiem, na które aplikują. Niektórzy są tak bezczelni, że nawet opowiadają wokół, że niby nie znają przyczyny, z jakiego powodu otrzymali to stanowisko – mówi urzędniczka. – Dwie z osób, które dostały awanse, są to osoby, które mają towarzyskie relacje z jedną z osób, która była członkiem… komisji selekcyjnej. Rozumiem coś takiego w głębokiej Czarnej Afryce, ale tutaj w Europie, jesteśmy przecież w XXI wieku i to jeszcze w instytucji unijnej! Hasła, zasady, dyrektywy i rozporządzenia, przejrzystość procedur? Czyżby to była tylko fasada, stwarzająca złudzenie praworządności i prawomyślności? Czy chodzi tylko o zaciemnianie i łudzenie większości ludzi i opinii publicznej? – zastanawia się. – Nepotyczne nastawienie polityczne, towarzyskie i rodzinne jest jedynym namacalnym tworem, pewnikiem dla cwaniaków i butnych ludzi – podkreśla kobieta.

Opisany przypadek nie jest odosobniony. W innych instytucjach unijnych bywa nawet gorzej. Inny Polak w efekcie konfliktu czysto personalnego został zwolniony w sposób bardzo kuriozalny – wręczono mu wypowiedzenie, gdy był na urlopie wychowawczym. – Według polskiego prawa jest to absolutnie niedopuszczalne. Okazuje się, że w europejskiej instytucji można – ocenia urzędniczka. Na dodatek wypowiedzenie wręczono mu na rok przed terminem, kiedy nabyłby prawa emerytalne. – Spotykam zapłakane koleżanki, bo szefowa je źle potraktowała albo szef każe zostać w pracy do godz. 20. Dzieje się to na tak dużą skalę, że problem jest systemowy – mówi kobieta, zaznaczając że sprawa w dużej mierze dotyka właśnie Polaków. Ofiary milczą, bo są zastraszone. – Jeżeli tak dalej będzie, to projekt europejski faktycznie upadnie – ubolewa urzędniczka. – Nie można tworzyć praw tylko po to, żeby były one wyłącznie fasadowe. Żeby cały świat widział, że one są. My w Europie chcemy aspirować do tego, aby pokazywać innym, jak szanować prawo, zasady, reguły, a czy sami wcielamy te zasady w życie? Jeżeli chcemy uczyć innych o wolnościach, o poszanowaniu praw człowieka, pracownika, jednostki, o walce z korupcją i nepotyzmem, polityce przeciwdziałania dyskryminacji itd., to sami nie możemy tolerować na swoim terytorium takiego traktowania pracowników – podkreśla. Kobieta nie planuje dać satysfakcji europejskiemu pracodawcy. – Zamierzam dalej walczyć. Bardzo istotne jest, by każda osoba w takiej czy podobnej sytuacji podjęła walkę. Jeżeli my wszyscy, poszkodowani pracownicy, zaczniemy z tym zjawiskiem walczyć, to myślę, że przyniesie to pozytywny efekt – uważa pracownica agencji Unii Europejskiej.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 47-48 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2016 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24