Kontrowersje ws. referendum*

 

Wielu prominentnych brytyjskich polityków z całego spektrum opcji politycznych poparło ideę referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Tymczasem w Europie zrobiło się wielkie larmo, bo istnieje niemałe zagrożenie, że Brytyjczycy opowiedzieliby się za pożegnaniem Eurosojuza.

 

Brytyjczycy są już zmęczeni Unią i referendum mogłoby pójść nie po myśli politykierów z Brukseli. Na temat plebiscytu zrobiło się głośno po tym, jak brytyjskiemu prawicowemu dziennikowi „Daily Express” udało się zebrać ponad 100 tysięcy podpisów pod petycją, by obywatele mogli zdecydować w referendum, czy Wielka Brytania ma pozostać w Eurokołchozie. Petycja, którą tłumnie poparli Brytyjczycy, zrodziła się ze współpracy różnych środowisk politycznych, głównie Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii, ale także nawet Partii Pracy, a jej pomysłodawczynią była Nikki Sinclaire, eurodeputowana z ramienia UKIP. – Zdecydowana większość brytyjskich obywateli chce referendum w sprawie członkostwa w UE i uważam, że powinna dostać taką możliwość – mówił Kelvin Hopkins, deputowany Partii Pracy. – Europa jest w gospodarczym kryzysie, a UE nie robi nic dobrego ani dla strefy euro, ani dla nas – dodał.

Przeciwko pomysłowi był jednak sam premier David Cameron, który uważa, że Wielka Brytania powinna pozostać w UE. Skrytykował go za to Nigel Farage, eurodeputowany i szef Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii, mówiąc, że jest to oszukiwanie wyborców, bo podczas kampanii wyborczej Cameron, jeszcze jako lider opozycji, opowiadał się za referendum. Wilhelm Hague, szef brytyjskiej dyplomacji, ostrzegł, że takie referendum mogłoby zwiększyć gospodarczą niepewność. Z kolei Laurence Mann, polityczny sekretarz Camerona, powiedział, że brytyjski premier nie chce zwoływać referendum, gdyż Brytyjczycy 36 lat temu wypowiedzieli się jasno na ten temat (67 procent poparło członkostwo). Tymczasem jak zauważył Tim Montgomerie, redaktor strony internetowej brytyjskiej Partii Konserwatywnej, w 1975 roku, kiedy odbywało się przedmiotowe referendum, dzisiejsza Unia Europejska była tylko Europejską Wspólnotą Gospodarczą, która dopiero później ewoluowała w kierunku unii politycznej, a w samym plebiscycie z przyczyn obiektywnych nie mogły głosować osoby, które teraz mają mniej niż 53 lata. – UE dziś jest całkowicie inna od tej, nad przystąpieniem do której brytyjskie społeczeństwo głosowało w 1975 roku. Jest czas, by przetestować to stanowisko ponownie – uważa Natascha Engel, posłanka z Partii Pracy.

Co ciekawe, grupa członków Partii Konserwatywnej postawiła premierowi ultimatum, domagając się przeprowadzenia referendum pod groźbą buntu w partii rządzącej. Nawet kilku ministrów w rządzie Davida Camerona jest przekonanych, że Wielka Brytania powinna wystąpić z Unii Europejskiej. – Unia Europejska to polityczna struktura rodem z lat 50. XX wieku, która jest przestarzała w warunkach nowoczesnego kontynentu – powiedział Douglas Carswell, eurosceptyczny poseł Partii Konserwatywnej. – W przeszłości dołączyliśmy do czegoś, co miało być prosperującym blokiem handlowym, a okazało się być trupem. Lepiej nam będzie poza Unią i stać się jej dobrym sąsiadem – dodał. – Członkowstwo w Unii szkodzi Wielkiej Brytanii. Jesteśmy suwerennym państwem, ale czasami zastanawiam się, ile niezależnych praw posiadamy w tej całej strukturze regulacyjnej nakładanej na nas przez prawo europejskie – powiedział z kolei Patrick Mercer, inny eurosceptyczny poseł z Partii Konserwatywnej. – Potrzebujemy referendum na temat naszej dalszej obecności w UE. Koncepcja Europy ciągle ewoluuje i się zmienia, co jest zdrowe. Ale mam nadzieję, że Wielka Brytania będzie rozsądnie pozostawać poza strefą euro i będziemy sceptyczni na temat naszej dalszej obecności w UE – dodał polityk. Camerona to wszystko jednak nie przekonało. Przekonały natomiast uściski dłoni unijnych polityków najwyższego szczebla (między innymi Hermana Van Rompuya, tzw. prezydenta Unii Europejskiej), którzy nalegali, by sprawie ukręcić łeb.

Mimo że wynik referendum nie byłby wiążący dla rządu, to jednak gdyby gabinet Camerona przegrał plebiscyt, to stanąłby pod znaczną presją społeczną, by Wielka Brytania opuściła Unię. Ostatecznie pod koniec października Izba Gmin odrzuciła możliwość rozpisania głosowania w sprawie dalszego członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, mimo że 81 deputowanych Partii Konserwatywnej nie udzieliło w głosowaniu poparcia premierowi Cameronowi. Mark Reckless, euroscepyczy poseł z Partii Konserwatywnej, uważa nawet, że ponad 150 deputowanych tej partii z 306 prywatnie jest zwolennikami opuszczenia Eurokołchozu, choć tylko 81 głosowało za plebiscytem.

Do referendum nie dojdzie, ale Brytyjczycy nadal chcą zmian. William Cash, poseł Partii Konserwatywnej, jest autorem broszury „To UE, głupcze!”, w której pisze, że należy chronić narodowe interesy, dlatego Wielka Brytania wraz z innymi państwami członkowskimi Unii Europejskiej powinna dążyć do renegocjacji traktatów europejskich, a przede wszystkim zablokować odrzucenie rządu gospodarczego i unii fiskalnej w obrębie strefy euro. Jak podała „Rzeczpospolita”, Mark Pritchard, przewodniczący Komitetu 1922, grupy zrzeszającej szeregowych posłów Partii Konserwatywnej, zażądał od premiera Camerona rozpisania w 2012 roku referendum w sprawie zdefiniowania na nowo relacji między Wielką Brytanią a Unią Europejską. Jak czytamy w „Gościu Niedzielnym”, Daniel Hannan, eurodeputowany z Partii Konserwatywnej, uważa, że „Wielka Brytania powinna wystąpić z UE i wynegocjować z nią korzystne warunki współpracy, tak jak Norwegia czy Szwajcaria”. – Obecna forma członkowstwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej szkodzi wyspom – uważa z kolei Robert Oulds z think tanku Bruges Group. Ekspert podkreślił, że rezygnacja z członkostwa w Eurosojuzie wcale nie musi oznaczać, że Wielka Brytania zrezygnuje z przywilejów handlowych, które wynikają z udziału we wspólnocie. – UE jest olbrzymim kosztem zarówno dla brytyjskich podatników, jak i dla brytyjskiej gospodarki. Brytyjscy podatnicy płacą miliardy dla UE, a brytyjscy przedsiębiorcy są obciążani masą unijnych regulacji. Naprawdę chcielibyśmy znowu dojść do głosu w swoim państwie – powiedział Oulds. Według wyliczeń Instytutu Adama Smitha, sam unijny podatek od transakcji finansowych będzie kosztował brytyjską gospodarkę 25,5 miliarda GBP. Na dodatek z roku na rok Wielka Brytania płaci coraz więcej pieniędzy do brukselskiego budżetu. W 2011 roku każde z brytyjskich gospodarstw domowych oddało o 299 GBP więcej niż w 2010 roku.

I tak Brytyjczycy są w o tyle dobrej sytuacji, że nie przystąpili do strefy euro. George Osborne, brytyjski minister finansów z Partii Konserwatywnej, nawet dziękował Bogu, że Wielka Brytania nie przyjęła unijnej waluty. Z kolei Lord Adair Turner, szef brytyjskiej instytucji regulującej działalność służb finansowych FSA, który w przeszłości był współautorem publikacji pt. „Dlaczego Wielka Brytania powinna przyjąć euro”, teraz przyznaje się do błędu. – Byłem w błędzie – powiedział Turner. – Drobiazg, z którego nie zdawałem sobie sprawy, to kwestia banków strefy euro, a ta kwestia nie była argumentem przeciw euro w tamtym czasie. Sprawa, która poszła źle, to sposób, w jaki ratujemy włoskie banki, by utrzymać włoski deficyt, i tak dalej – dodał.

Unijni politykierzy, którzy uważają się za jądro demokracji, wykazali wielkie oburzenie samym pomysłem przeprowadzenia referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Podobnie jak w kwestii referendum w Grecji dotyczącym cięć wydatków publicznych i kolejnej pożyczki, która miałaby ratować ten kraj przed bankructwem. Czyżby po przegranych referendach w sprawie unijnej konstytucji we Francji i Holandii, a potem w Irlandii dotyczącym traktatu lizbońskiego, które „trzeba było” powtórzyć i kilku w różnych krajach odrzucających przyjęcie euro unijni demokraci nie byli już tacy demokratyczni i nie chcieli się już odwoływać do głosu ludu?

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 47 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2011 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24