Budżetowy pat*

Po raz pierwszy w historii istnieje niebezpieczeństwo, że na czas nie zostanie uchwalony budżet Unii Europejskiej, jednak dla realnej gospodarki krajów członkowskich nie ma to większego znaczenia. Dotacje unijne mają znacznie większe znaczenie polityczne czy propagandowe niż ekonomiczne.

W wyniku zawieruchy wywołanej przez brytyjskich konserwatystów nie wiadomo, czy Unii Europejskiej uda się na czas uchwalić budżet na 2011 rok. Eurourzędasy są wyjątkowo wściekli na premiera Dawida Camerona, który podobnie jak rządy Szwecji i Holandii nie zgodził się na wzrost wydatków. W tej sytuacji cała procedura przyjmowania budżetu zaczyna się od początku, a wysocy eurourzędnicy przebierają nogami, by drugie podejście zakończyło się dla nich sukcesem. Józef Emanuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, uważa, że może to opóźnić plany ożywienia unijnej gospodarki (zdaniem Marty Andreasen, byłej głównej księgowej Komisji Europejskiej, to tylko „szantaż emocjonalny”) i otwarcie skrytykował brytyjskiego premiera. – Żałuję, że niektóre państwa członkowskie nie były przygotowane do negocjacji w europejskim duchu – powiedział z żalem Barroso. – Ci, którzy myślą, że odnieśli zwycięstwo nad Brukselą, strzelili sobie w piętę. Powinni wiedzieć, że zadali cios ludziom w całej Europie i w krajach rozwijających się. To nie jest budżet dla Brukseli. To beneficjenci unijnych programów, obywatele, przedsiębiorstwa, miasteczka, miasta, regiony i wiejskie społeczności, którzy poczują konsekwencje tej pomyłki – dodał. Z kolei Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu, w przyspieszonym tempie podpisał nowy projekt unijnego budżetu, w którym wydatki kształtują się na poziomie 126,5 mld euro (zamiast 130,5 mld euro, czego domagał się unioparlament). Lewandowski ma nadzieję, że rozmowy pomiędzy unioparlamentem a Radą Unii Europejskiej 7 grudnia zakończą się porozumieniem i ostatecznie nowy projekt budżetu zostanie przyjęty w połowie grudnia br.

Tymczasem za całe zamieszanie należy winić traktat lizboński, zgodnie z którym unioparlament uzyskał kompetencje przy uchwalaniu unijnego budżetu i w tym zakresie stał się równoprawnym partnerem Rady ministrów finansów. Uzyskując taką władzę, unioposłowie od razu zażyczyli sobie podniesienia wydatków unijnych o 6 proc. Poza tym unioparlament chce mieć większą władzę przy uchwalaniu kolejnej perspektywy finansowej Eurosojuza na lata 2014-20. Unioposłom najbardziej marzy się wprowadzenie ogólnounijnego podatku, który ma wielu przeciwników w państwach członkowskich.

Oczywiście jeśli unijny budżet nie zostanie uchwalony w grudniu, to nie oznacza, że prowizorium budżetowe będzie trwało przez cały przyszły rok. Unijne władze mogą dojść do budżetowego porozumienia także w ciągu trwania przyszłego roku. – Jeżeli prowizorium będzie trwało w styczniu, w lutym, w marcu, a w kwietniu już uda się uchwalić budżet na 2011 rok, to te straty będzie można nadrobić, bo każdy, kto wdraża programy unijne, dobrze wie, że wiele faktur przychodzi pod koniec roku. Stąd jest jeszcze szansa, by te środki wszystkie rozliczyć – powiedziała w radiowych „Sygnałach Dnia” Sidonia Jędrzejewska, uniodeputowana, główny sprawozdawca unijnego budżetu na rok 2011. – Problem zaczyna się, jeżeli prowizorium będzie trwało bardzo długo. Wtedy po prostu nie będzie czasu, żeby te zaległości nadrobić – zaznaczyła.

Janusz Lewandowski jednak straszy strasznymi konsekwencjami w przypadku nieuchwalenia budżetu. Jego zdaniem uderzy to nie tylko w wypłatę dotacji strukturalnych i rolniczych, ale także w unijną pomoc humanitarną czy w takie projekty, jak budowa reaktora atomowego. Z kolei przedstawiciel nowo utworzonej unijnej służby dyplomatycznej twierdzi, że impas może opóźnić zatrudnianie nowych osób w unijnej dyplomacji, będą to jednak opóźnienia nieznaczne (w 2011 roku na ten cel ma zostać wydane 475,8 mln euro). Opóźnienia mogą wystąpić także w tworzeniu struktur nowych agencji nadzorczych nad rynkiem finansowym, co może wyjść tylko na dobre.

Prowizorium budżetowe oznaczałoby, że wydatki w 2011 roku byłyby na poziomie wydatków z 2010 roku, czyli nie zostałyby zwiększone o 2,91 proc., jak chcieliby komisarze i unioposłowie. Ponadto w przypadku prowizorium każdego miesiąca nie będzie można wydać więcej, niż wynosi jedna dwunasta budżetu. Tymczasem faktury za wielkie inwestycje infrastrukturalne spływają nie co miesiąc, ale za dłuższy okres i wtedy jest ryzyko, że nie będzie można ich zapłacić, bo przewyższą dostępne środki. Może dojść do paraliżu inwestycji współfinansowanych z unijnych pieniędzy. Jednak zdaniem Jarosława Pawłowskiego, wiceministra rozwoju regionalnego, pieniędzy dla beneficjentów nie zabraknie, ponieważ w projekcie budżetu na 2011 rok zapisano 64 mld zł na inwestycje współfinansowane z pieniędzy unijnych. Także w kwestii dotacji rolnych kwoty zostaną założone przez budżet państwa. Jednak i tak Ministerstwo Finansów szacuje, że gdyby unijny budżet nie został uchwalony do końca roku, to Polska może stracić z tego powodu nawet 5,5 mld zł (płatności związane z Europejskim Funduszem Rozwoju Regionalnego spadłyby o 3,8 mld zł, związane z Funduszem Spójności o około 1,2 mld zł, w zakresie Europejskiego Funduszu Społecznego – o około 400 mln zł, a w zakresie dopłat bezpośrednich w rolnictwie – o około 130 mln zł), co spowoduje konieczność zwiększenia długu publicznego.

W 2011 roku polska składka do Unii Europejskiej wyniesie niecałe 15,7 mld zł i będzie najwyższą z tych, jakie do tej pory zapłaciliśmy. Co ciekawe, około 50 mln zł zapłacimy więcej tylko dlatego, że sami sobie podnieśliśmy podatek VAT (część składki to 1 proc. dochodów z tego podatku). Łącznie w latach 2004-2011 polska składka dla Brukseli wyniosła gigantyczną kwotę 90,3 mld zł. Ponadto na rzecz Europejskiego Banku Inwestycyjnego z tytułu posiadanych udziałów Polska wpłaciła 601,6 mln euro. Za te pieniądze można by wybudować (licząc po wysokich polskich kosztach) ponad 2200 km autostrad!

Urzędnicy biją się o zatwierdzenie większego budżetu na 2011 rok, a w międzyczasie Europejski Trybunał Obrachunkowy – po raz szesnasty z rzędu – odmówił autoryzacji unijnego budżetu za rok 2009. Aż w 92 procentach wydatków z unijnego budżetu wykazano poważnie nieprawidłowości! Na przykład wydatki na dotacje dla rolnictwa zawierały w 2009 roku więcej błędów niż w roku 2008. – Błędy wynikają głównie z nieprawidłowych roszczeń płatności i błędnych zakupów publicznych – stwierdził Wiktor Emanuel da Silva Caldeira, przewodniczący Trybunału. Dlatego Dawid Cameron, brytyjski premier, chciałby obniżyć unijny budżet do 0,85 proc. PKB. Z kolei unijni politycy marzą, by w perspektywie finansowej 2014-20 unijny budżet, który teraz niewiele przekracza 1 proc. PKB Eurokołchozu, został zwiększony o 50 proc. do co najmniej 1,5 proc. PKB Unii Europejskiej! Nawet jeśli taki scenariusz zostanie zrealizowany, to przewiduje się, że dotacje dla Polski zostaną znacznie ograniczone w porównaniu do aktualnej sytuacji. A składka nadal będzie rosła.

W rzeczywistości budżet UE jest tak mały, że ma niewiele wspólnego z typowym budżetem państwowym. Unioparlament chciałby go zwiększyć do 1,5 proc. PKB Eurokołchozu, a niektórzy wizjonerzy mają rojenia, aby budżet Brukseli zastąpił budżety państw członkowskich. Miałby on sięgnąć być może połowy PKB Unii. Tymczasem aktualny budżet Eurokołchozu jest tak mały w porównaniu do PKB, że nie ma on większego znaczenia dla gospodarek krajowych ani jeśli chodzi o składki członkowskie, ani jeśli chodzi o wydatki (fundusze unijne, dotacje, subwencje itd.). Dotacje unijne nawet w przypadku Polski, która otrzymuje ich najwięcej, nie mają większego wpływu na rozwój. 90 mld euro przyznane Polsce w perspektywie finansowej 2007-13 to około 50 mld zł rocznie (pod warunkiem, że wszystkie dotacje uda się wykorzystać), czyli zalewie 3,3 proc. aktualnego PKB Polski. Ma to takie znaczenie dla całej gospodarki, jak dodatkowe 75 zł dla osoby, która zarabia średnią krajową, czyli około 2260 zł netto. Jak jednak wiadomo, koszty pozyskania unijnych dotacji (składki, biurokracja, prefinansowanie i współfinansowanie projektów, przygotowywanie wniosków zatwierdzonych i odrzuconych) przewyższają wartość tych dotacji. Mimo to przyjmując, że na istnieniu unijnych dotacji Polska traci kilkanaście miliardów złotych rocznie, to nie jest to kwota, która miałaby większe znaczenie dla gospodarki o wartości prawie 1,5 biliona złotych. Tak samo jak na odbudowę Europy Zachodniej po II wojnie światowej nie miał dużego wpływu tzw. Plan Marshalla (wpływ był negatywny, ale niewielki) – Niemcy w tamtym czasie wydawały dwa razy więcej pieniędzy na utrzymanie amerykańskich wojsk okupacyjnych, niż otrzymywały z Planu Marshalla, który miał wartość około 5 proc. PKB Niemiec. Podobnie szybki rozwój gospodarczy Irlandii nie był spowodowany unijnymi dotacjami, jak głosi unijna propaganda, lecz przyjaznym klimatem inwestycyjnym i niskimi podatkami, co przyciągnęło na Zieloną Wyspę gigantyczne inwestycje ze Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony Niemcy przekazały byłej NRD aż 70 (siedemdziesiąt!) razy więcej pieniędzy w przeliczeniu na jednego mieszkańca, niż oferuje Polsce Unia, a skutki tych działań są opłakane.

Tak więc problemem nie jest ani kwestia składki, ani dotacji jako takich, lecz unijne regulacje, które deformują rynek i powodują gigantyczne koszty dla przedsiębiorstw, gospodarki i zwykłych mieszkańców. Regulacje w zakresie przyznawania dotacji, podatkowe, ekologiczne, transportu, zdrowia, finansów, zatrudnienia, żywności czy bezpieczeństwa uniemożliwiają najefektywniejsze funkcjonowanie wolnego rynku, którego w Eurokołchozie praktycznie nie ma. Brytyjczycy Mateusz Elliott i Dawid Craig w książce „Wielkie europejskie zdzierstwo. W jaki sposób skorumpowana, marnotrawna Unia Europejska przejmuje kontrolę nad naszym życiem” wyliczyli, że każdy obywatel UE traci na jej istnieniu, między innymi poprzez wyższe ceny, 2460 euro rocznie. Oznacza to gigantyczną kwotę 1219 mld euro rocznie, czyli około 10 proc. PKB Unii Europejskiej! Tylko z powodu konieczności inwestowania w odnawialne źródła energii i kupowania przez elektrownie uprawnień do emisji dwutlenku węgla, co wymusza na Polsce Bruksela, do 2013 roku ceny ciepła wzrosną o 22 proc, a do 2020 roku nasze rachunki za energię podniosą się o połowę. Z kolei jak informuje „Rzeczpospolita”, konieczność nabywania tych uprawnień przez zakłady papiernicze, chemiczne czy cementownie spowoduje utratę ich konkurencyjności już za trzy lata i będzie im groziło bankructwo. Ale co tam! Dostaniemy za to unijne dotacje (226 mln euro) na zalesienie naszego kraju.


* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 50 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2010 r.

Jedna odpowiedź to “Budżetowy pat”

  1. igor pisze:

    Po co nam to było???????????

Zostaw odpowiedź

web stats stat24