Tu misjonarz nie jest od nawracania*

O misji w Tajlandii z franciszkaninem-bernardynem bratem Piotrem Honoratem Ćwikłą, jedynym polskim misjonarzem w Tajlandii, rozmawia Tomasz Cukiernik

- Jak wygląda sytuacja Kościoła katolickiego w Tajlandii?

- Kościół w Tajlandii to przede wszystkim kościół emigrantów. Misjonarze nie są tu od nawracania na katolicyzm, ale by zajmować się katolikami-emigrantami. Ponadto realizujemy raczej projekty społeczne, niż propagujemy wiarę. W ciągu 4 lat spotkałem tylko dwóch rdzennych Tajów-katolików. Jeśli Taj staje się katolikiem, to najczęściej w wyniku ślubu. Misjonarze pojawili się w Tajlandii już w XVI wieku. Byli to dominikanie i franciszkanie z Portugalii, którzy tu przyjechali wraz z handlarzami z tego kraju i ich posługa była głównie skierowana ku nim. Potem szczególnie od końca XIX wieku do Tajlandii zaczęli napływać katolicy z Chin, gdzie byli dyskryminowani i po całej serii prześladowań postanowili osiąść w Tajlandii, gdzie była większa tolerancja. Wtedy populacja katolików wzrosła o kilka tysięcy procent. Wszystkich katolików mamy tu ok. 260 tysięcy, co w 65-milionowym kraju nie jest liczbą znaczącą. Chińczycy żyją głównie w Bangkoku oraz na południu Tajlandii. A należy zdawać sobie sprawę z faktu, że gospodarka Tajlandii zresztą i całego regionu Azji Południowo-Wschodniej została zdominowana przez Chińczyków, którzy w znacznej mierze są właśnie katolikami. Z kolei na północnym wschodzie kraju mieszka sporo Wietnamczyków-katolików, a na północy katolicyzm przyjęły plemiona górskie, jak np. Kareni. Tak się w sumie składa, że w centrum i na południu kraju katolicy są dość bogaci, a na północy najubożsi.

- Czy katolicy w Tajlandii są dyskryminowani jak np. w Indiach czy Malezji?

- Tajowie, szczególnie ci najzwyklejsi ludzie (czyli buddyści), są bardzo tolerancyjni. Choćby przez sam fakt, że się przeżegnam, rozpoczynając wraz z nimi posiłek, to w ich oczach zasługuję na szacunek, bo mam jakąś religię, czyli jakieś ściśle określone wartości i zasady życia. Katolicy w Tajlandii nie są dyskryminowani. Należy pamiętać, że buddyzm nie tyle akcentuje to, że jest religią sensu stricte, a raczej etyką i filozofią życia. Mając tego typu podejście, w pewnym sensie można by być chrześcijaninem i buddystą zarazem (oczywiście chodzi o aspekt etyczny), jednak w praktyce nie jest to takie proste. Problemy jednak są i uważam, że przede wszystkim wtedy, gdy dochodzi do interakcji z polityką. Dwa lata temu zmieniano tajską konstytucję. Były naciski, by buddyzm określić w niej jako religią narodową. Buddyzm raczej nigdy nie ma takich aspiracji, by podkreślać swoją pozycję dominującą, ale w tym przypadku miał i parlament odrzucił ten wniosek. Dość trudne dla nas jest to, że sprzeciwiają się np. używaniu ich terminologii (ogólnie zrozumiałej, bazującej na sanskrycie) religijnej w chrześcijaństwie. Ponadto nie można wykorzystywać architektury buddyjskiej na cele sakralne. Dlatego trudniej nam jest być bliżej tajskiej kultury i bliżej ludzi, a nasze kościoły raczej z konieczności muszą być budowane stylu europejskim. Ponadto od czasu do czasu pojawiają się pewne teorie spiskowe dotyczące chrześcijan wyrażone w publikacjach, jakobyśmy mieli bardzo precyzyjny plan niszczenia buddyzmu. W tym punkcie chciałbym być jednak dobrze zrozumiany i podkreślić, iż bardzo szanuję buddyzm, szczególnie w jego aspekcie duchowym, jednak gdy górę bierze w nim to, co instytucjonalne (czyli ludzkie), to trudno się czasem z tym zgodzić. Jeśli myślę instytucja, to raczej myślę nie o skali lokalnej, ale państwowej. W zwykłym życiu i posługiwaniu mamy raczej bardzo dobre relacje z buddystami, i wielu z nich garnie się do nas, czasem przychodzą na Mszę św. Lubią nasze śpiewy, to, że gromadzimy się regularnie razem. To, że my akcentujemy wspólnotę, bardzo nas w tym samym czasie od nich odróżnia, bo w buddyzmie wszystko jest indywidualne i nie mają wspólnych nabożeństw, mają piękne świątynie, ale raczej puste. Tam się wchodzi pomodlić tylko wtedy, gdy ktoś czuje taką potrzebę. Wiem, że nas lubią i trochę za pewne rzeczy podziwiają (szczególnie nasze projekty społeczne), ale nie chcą zostać katolikami, bo to jednak kosztuje dużo wyrzeczeń, np. formowanie dojrzałej wiary przez konieczność chodzenia do kościoła, regularną modlitwę czy lekturę, a oni nie są do czegoś takiego przyzwyczajeni i prawie nikt ich nie uczy, jak być buddystą. Inna rzecz, że być Tajem to być jednocześnie buddystą; tak wypada i już. Co ciekawe, Budda i św. Franciszek mieli podobne żywoty. Obaj pochodzili z bogatych rodzin i gdy spotkali się z cierpieniem i umieraniem innych ludzi, to życie ich obu zmieniło się i wyciągnęli z nich jedynie inne wnioski. Obaj nie wiedzieli, jak sobie poradzić np. z trędowatymi. Św. Franciszka pociągnął Jezus, a Budda szukał rozwiązania w medytacji.

- Jak duża jest parafia w Prachuap?

- Nasza parafia to miasto Prachuap Khiri Khan z kościołem, wioska Ban Seng Aron oddalona 28 kilometrów oraz trzy kaplice dojazdowe ok. 90 kilometrów stąd, gdzie odprawiamy Msze św. Ze mną na tej parafii pracuje także ojciec Arvind, franciszkanin z Indii. Oprócz niedziel Msze odprawiane są także w tygodniu, głównie dla naszej wspólnoty, bo parafianie przychodzą tylko w niedzielę. Codziennie mamy też Mszę w domu SS. Salezjanek w prowadzonej przez nie szkole. Moja diecezja rozpościera się od miejscowości Hua Hin na północy aż po granicę z Malezją (razem długości ok. 1000 kilometrów). Pracuje w niej około 30 księży dla około 5000 katolików. Moim jednak głównym od trzech lat zadaniem jest wychowywanie w zależności od roku ok. 12 naszych, jak my nazywamy, aspirantów, którzy teraz są w wieku 15-18 lat. Pochodzą oni z biednych rodzin na północy Tajlandii. W przyszłości mają być zalążkiem zakonu franciszkanów w Tajlandii. Pierwsi Tajowie-franciszkanie. Chłopcy jednocześnie chodzą do szkoły średniej. W tej chwili w Tajlandii mamy 9 franciszkanów: 3 z Indii, 3 z Indonezji, 1 z Brazylii, 1 z Hiszpanii oraz ja. W ostatnim czasie jeśli Franciszkanie wyjeżdżają na misje, to tworzą wyłącznie wspólnoty międzynarodowe.

- Kiedy i przez kogo został wybudowany kościół w Prachuap?

- Kościół w Prachuap wybudował ks. Vitrano, włoski salezjanin na początku lat 70. XX wieku, głównie dzięki wsparciu z Włoch. To prosta budowla i nawet nie wiem, jak określić jej styl. Powiadają tu, że to styl włoski, nie chcę się o to kłócić. Ks. Vitrano sam namalował też obrazy ścienne wewnątrz świątyni. Od czasu kiedy został przeniesiony na początku lat 80. w inne miejsce, Msze św. były sprawowane tu bardzo nieregularnie, głównie przez salezjan. Potem w 2005 roku przekazali czy raczej użyczyli świątynię nam, mówiąc przy tym, że skoro franciszkanie są w Tajlandii cały czas bezdomni, to możemy sobie w tym ich domu przez kolejne 20 lat pomieszkać i się nim zaopiekować. Budynek obok kościoła, w którym mieszkamy, był wcześniej przedszkolem, a do momentu naszego przybycia zupełnie został opuszczony.

- Dlaczego do kościoła wchodzi się boso?

- To są uwarunkowania kulturowe, a nie religijne. W Tajlandii buty zdejmuje się też, jak wchodzi się do wielu urzędów czy do czyjegoś domu. Czasem podają wodę, by umyć nogi.

- Jak to się stało, że brat chciał zostać księdzem?

- Długo uprzednio myślałem, w jaki sposób skutecznie można pomagać ludziom. Przypomnę, że był to czas w kraju wielkich przemian, wiele osób w krótkim czasie utraciło pracę lub bardzo się obawiało, że w niedługim czasie ją utraci. Widziałem, że życie szybko stawało się coraz bardziej znerwicowane i ludzie często w poczuciu bezsilności i nie wiedząc, jak się w tej nowej sytuacji odnaleźć, zaczynali ranić innych, często najbliższych. W tym kontekście zrozumiałem, że ludzie potrzebują głównie takiej pomocy, która im wskaże, że w tym trudnym czasie nie muszą ze sobą walczyć, który trzeba jedynie cierpliwie przetrwać. Wtedy było to dla mnie bardzo czytelne, że tylko Pan Bóg może ich w całej pełni obdarować tym, czego naprawdę potrzebują. Przypomnieć i dać im odczuć, jak są szczególni i bezcenni w Jego oczach, a ich serca napełnić wewnętrzną siłą wraz z pokojem, miłością. Dlatego postanowiłem zostać franciszkaninem, czyli tego rodzaju zakonnikiem, który może być jednocześnie blisko ludzi. No i to co chyba najważniejsze – Pan Bóg mnie wewnętrznie przekonał, że mnie do tego celu potrzebuje.

- Jak brat trafił do Tajlandii?

- Ukończyłem studia filozoficzno-teologiczne w Kalwarii Zebrzydowskiej, w filii dawnej Papieskiej Akademii Teologicznej. Święcenia kapłańskie przyjąłem w 2001 roku, po których postanowiłem udać się na misje. Najpierw jednak, co zresztą jest ogólnie przyjęte, musiałem przepracować w Polsce trzy lata, w moim przypadku w Łęczycy i Leżajsku, gdzie byłem katechetą. Czas ten szybko upłynął i choć moje serce zawsze bardziej kierowało się ku Afryce, to jednak pracuję w Azji. Dlatego tylko, że tu nikt nie chciał jechać, a nasz Papież, któremu ogromnie dużo zawdzięczam, mocno wtedy akcentował, iż jest to czas skoncentrowania się na Azji, gdzie jest też większa potrzeba ewangelizacji. Afryka (jak zresztą uważa wielu ekspertów) jest nam znacznie bliższa religijnie i kulturowo, gdzie misjonarzowi łatwiej jest być ewangelizatorem i co tym samym daje mu poczucie, że ktoś go naprawdę potrzebuje. W Azji, z tego co wtedy wiedziałem, jest zupełnie inaczej, no ale teraz już tutaj na miejscu wiem, że też i tu można skutecznie ludziom pomagać. Początkowo chciałem pracować w Chinach. W 2004 roku sekretarz kurii generalnej franciszkanów ds. ewangelizacji z Rzymu zatelefonował do mnie i skutecznie mi wybił Chiny z głowy, w zamian zaproponował mi Tajlandię, no i ja od razu się zgodziłem. Decydując się na ten kraj, musiałem najpierw pojechać na 7-miesięczny kurs języka angielskiego do Irlandii. Tam trochę sytuacja mnie zaskoczyła, gdyż dokładnie w tym samym czasie Irlandia otwarła dla Polaków rynek pracy, dlatego niejako z konieczności wraz z księdzem Andrzejem musieliśmy rozpocząć jakiś zalążek polskiego duszpasterswa, najpierw w zwykłym domu, a później zaczęliśmy wynajmować kościół i odwiedzać Polaków w terenie. Następnie odbyłem w Brukseli 3-miesięczny kurs skupiony głównie na metodyce misjonowania. Potem przez rok uczyłem się języka tajskiego w Bangkoku, no i w końcu otrzymałem polecenie, by przyjechać tutaj do Prachuap i zająć się naszymi kandydatami do zakonu.

- Jak wygląda życie codzienne brata na misji?

- Zazwyczaj o godz. 6 rano sprawuję Mszę św. W naszym kościele lub u sióstr salezjanek, oczywiście po tajsku, potem śniadanie i kandydaci jadą do szkoły oddalonej o 35 kilometrów (czasem ich zawożę). Gdy oni są w szkole, ja zazwyczaj uczę angielskiego w szkole sióstr. Jeśli jednak mamy kandydatów starszych, tj. po ukończonej już średniej szkole, to w tym samym czasie mam z nimi lekcje z duchowości franciszkańskiej, katechizmu no i angielskiego. Popołudniu ok. godz. 17, kiedy ci młodsi wrócą ze szkoły, razem pracujemy, sprzątamy, gramy w piłkę na plaży (bo mamy dom obok morza), czasem biegamy. O godz. 19 są wspólne modlitwy i kolacja, a później nauka indywidualna.

- Jaka jest sytuacja finansowa Kościoła w Tajlandii? Jak się go finansuje?

- Kościół jest tutaj bardzo mocno skoncentrowany na prowadzeniu katolickich prywatnych szkół, dla przykładu w diecezji Bangkok szkoły prowadzi prawie każda parafia i w każdej szkole jest średnio 2,5 tysiąca uczniów, ale są też i szkoły, które mają nawet i 7 tysięcy uczniów. Do tego dwa dobrze prosperujące uniwersytety. Można też dodać, że katolickie szkoły uchodzą za najlepsze w kraju. W szkołach tych ok. 95 proc. uczniów to oczywiście dzieci z buddyjskich rodzin. Dodatkowym źródłem dochodu są prowadzone przez Kościół katolicki szpitale, które też uchodzą za jedne z najlepszych w kraju. My jednak jako franciszkanie będący tu zaledwie od 25 lat, nie mając szkół ani szpitali, musimy szukać zupełnie innych źródeł finansowania. Wspomnę, że prowadzimy jako franciszkanie w miejscowości Lamsai hospicjium dla chorych na AIDS i są to osoby często wyrzucone przez ich rodziny i znalezione na ulicy czy pośród slamsów (czyli raczej nie możemy się spodziewać ze strony ich rodzin wsparcia), dodatkowo próbujemy wychowywać naszych kandydatów. Wiadomo, to wszystko kosztuje, a mając parafię, w której żyją zaledwie 23 rodziny, trzeba jeszcze do niej dokładać. Z konieczności musimy szukać wsparcia z zewnątrz, prosząc różnego rodzaju fundacje i wiernych katolików zza granicy.

- Co z barierą językową?

- Język tajski, nie ma co ukrywać, jest językiem trudnym. Mówię w sposób komunikatywny i czytam, co jest dla me szczególnie przydatne, a gorzej jest z pisaniem. Tajski wygląda trochę tak, jakby to były trzy zupełnie różne od siebie języki. Po pierwsze, język ulicy – raczej jednosylabiczny, używany na co dzień (z tym jest mi najłatwiej), kolejny to język używany w obrzędach liturgicznych i królewski (dwa ostatnie bazują głównie na sanskrycie, przy czym z ostanim radzą sobie bardzo nieliczni Tajowie, raczej tylko w otoczeniu królewskiego dworu). Nie ma w języku tajskim oddzielonych od siebie wyrazów ani znaków interpunkcyjnych, wszystko pisze się jednym ciągiem. Nie wspomnę o tym, że jest to język tonalny, który bardziej wydaje się być śpiewany, niż mówiony. Bardzo zachęcam do nauki.

- Czy często odwiedzają brata Polacy?

- Niezbyt często. W ciągu roku może ze dwa razy. Większość z nich to studenci i w Tajlandii są tylko przejazdem, jadąc dalej, by odwiedzić kolejne kraje, by szukać nowych przygód. Od innych otrzymuję czasem maile z zapytaniem, co w Tajlandii warto zobaczyć, gdzie się zatrzymać i za ile itp. Trochę z tego powodu czasem się czuję jak pracownik agencji turystycznej.

- Jak często brat jeździ do Polski?

- Do Polski średnio raz na 2 lata i raczej wybieram lato, które i tak jest chłodniejsze niż tajska zima.

- Czy nie czuje się brat osamotniony z dala od Polski i Polaków?

- Jakaś tęsknota oczywiście jest. Jest też pewien rodzaj głodu, którego nie potrafiłbym tutaj w pełni zaspokoić. Ludzie, pośród których żyję, to ludzie pod wieloma względami bardzo szczególni i od których wielu rzeczy próbuję się uczyć. To ludzie prości i kochani, nie martwią się przyszłością, nikt się ze sobą nie kłóci, a uśmiech nigdy ich nie opuszcza. Wydaje się jednak, że jedzenie i pogoda to cały ich świat i treść rozmów, która niewiele poza ten zakres wykracza; czyżby klucz do bycia szczęśliwym? Sam szukam odpowiedzi. Niemniej depresja, stres i choroby sercowe są im obce. Pewnym problemem dla mnie jest to, że postawiono mnie tu dość wysoko w społecznej (ogromnie dla Tajów ważnej) hierarchii, a dla mnie każdy zawsze był równy i nie jest proste ten stan rzeczy zmienić, zresztą zmiana w kierunku partnerskich wzajemnych ralacji według nich byłaby niszczeniem ich kultury. Jako duchowny mam jednak pewną dominującą potrzebę, by być blisko ludzi i ich problemów jako brat, a tutaj problemy potrzeba skrzętnie ukrywać jak najgłębiej pod maską uśmiechu i nigdy ich zewnętnie nie pokazać. Początkowo brakowało mi w Tajlandii nauczania katechezy. Bycie franciszkaninem w Europie i Azji znaczy całkowicie co innego.

- Jakie plany na przyszłość?

- Jestem po wstępnych rozmowach z przełożonym i współbraćmi i prawdopodobnie w czerwcu br. zostanę przeniesiony do pracy w hospicjum dla chorych na AIDS w Lamsai pod Bangkokiem. Jest ono szczególnie dla mnie wymowne w naszej franciszkańskiej tutaj w Tajlandii pracy. Proszę zauważyć, że większość znajdujących się w nim chorych znalazło się w bardzo dramatycznej dla nich sytuacji, często wyrzuceni z domów i to przez najbliższych. Z różną czasem bardzo zawiłą historią życia. My uważamy, że płacą cenę już najwyższą. Nie pytamy o tę ich historię ani o religię. Nie masz dokąd pójść, to my się tobą zaopiekujemy i to jest w tym wszystkim piękne.

- Dziękuję za rozmowę i życzę przyjemnej pracy w Tajlandii.

* Niniejszy wywiad został opublikowany w 5 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2010 r.

6 odpowiedzi to “Tu misjonarz nie jest od nawracania”

  1. Anna pisze:

    Przeczytałam uważnie wywiad. Nie wiedziałam że w Tajlandii są misjonarze. Szkoda że tak daleko, ponieważ ja mieszkam bliżej Bangkoku i poszukuję tutaj Kościoła ale nie bardzo znam tajski więc trudno się porozumieć..chciałabym pójść na Mszę Św. ale nie mam jak, brakuje mi tego. Artykuł dał mi nadzieję że chrześcijanie też potrafią tutaj żyć.

  2. Edyta pisze:

    Jestem pod ogromnym wrażeniem…
    To wspaniałe – z taką mądrością czynić to, co czyni Brat Mniejszy:-))) – w tak innym świecie….Osobiście uważam, że dialog między buddyzmem, a chrześcijaństwem – niewymuszony (bez rozmydlania zarazem),pełen wzajemnego szacunku, może przyczynić się do wzrostu wartości takich jak miłość, współczucie, tolerancja…

  3. Marcin pisze:

    wszystko okay, poza tym, ze o. Honorat nie jest jedynym polskim ksiedzem pracujacym w Tajlandii. W Bangkoku pracuje w The Holly Embassy jeszcze ks. Zalewski…Tak wiec tytul nietrafiony. Ciesze sie, ze Ojciec zauwazyl plytkosc tajskiego spoleczenstwa, a ja dodam spolegliwosc wobec wladzy powodowana strachem; nie wspomne o braku szacunku dla praw czlowieka, rzezi na dalekim poludniu (Pattani,, Yala, Narathiwat), dyskryminacji Birmanczykow i uprzedzenie do czarnych. Tajowie maja fiola na punkcie bialej skory. Swoim dzieciom zabraniaja wychodzic na slonce w efekcie czego dzieci maja krzywice…Eufemizmy w stylu nielatwo tutaj zyc nalezy zastapic stwierdzeniem: W Tajlandii zyje sie za kare…

  4. Kris pisze:

    Czy My Polacy zawsze musimy wtrącić swoje trzy grosze odnośnie innych narodów?Zawsze przedstawiamy wszystko po swojemu,nie patrząc na siebie od środka-krytykujemy innych,nawet tych którym nie dorównujemy-Ci też są źli,ponieważ mają więcej…
    Jako katolik jestem wdzięczny za artykuł w którym znalazłem kilka ważnych informacji dla siebie.Dziękuję również Marcinowi za podpowiedź,gdzie można znaleźć księdza polskojęzycznego.K.

  5. Marek pisze:

    Witam Polaków w Tajlandi wiem że nie na temat kościoła piszę , ale jestem katolikiem . Szukam kontaktu w Tajlandi z Polakiem mieszkającym na stałe , mówiącym po Tajsku . Chcemy uruchomić kontakty handlowe i potrzebna jest taka osoba do współpracy . Pozdrawiam Marek S.

  6. Danka pisze:

    Dziendobry
    Gdze jest misja katolicka w kuala lumpur?

    Thank you

Zostaw odpowiedź

web stats stat24