Ludzie kradną wpół spalone świeczki!*
Wywiad z polskimi misjonarzami-Pallotynami pracującymi na misjach w Ameryce Południowej. Ksiądz Dariusz Król z Godziszowa koło Janowa Lubelskiego pracuje w Bogocie, stolicy Kolumbii, a ksiądz Robert Płachta z Sieradza pracuje w miejscowości Guarenas w Wenezueli.
- TC: Jak to się stało, że zostaliście misjonarzami? Dlaczego akurat wybraliście Wenezuelę i Kolumbię?
- DK: Już podczas seminarium zgłaszaliśmy chęć zostania misjonarzami. Po roku specjalnego przeszkolenia i nauki języka hiszpańskiego mogliśmy jechać na misje. Obaj chcieliśmy pracować w Wenezueli, ale ja nie dostałem wizy zezwalającej na pracę i w końcu zdecydowałem się na Kolumbię, gdzie Pallotyni także mają swoją placówkę.
- TC: Jak długo jesteście w Ameryce Południowej? Gdzie pracowaliście wcześniej?
- RP: Obaj jesteśmy tutaj od maja 2002 roku. Ja najpierw przez cztery lata pracowałem w Upata, a potem zostałem przeniesiony do Guarenas.
- DK: Ja wcześniej pracowałem w Medellin w Kolumbii.
- TC: Czym się konkretnie zajmujecie? Czy tylko jest to praca misyjna, duszpasterska, czy także pomoc biednym?
- DK: My jako misjonarze podtrzymujemy wiarę, jaka tu jeszcze jest. Niestety brakuje powołań. Ale zajmujemy się także działalnością charytatywną, na przykład ludzie zwracają się do nas, prosząc o jedzenie lub pieniądze. W Kolumbii poprzez Dzieła Misyjne organizowane były szkoły dla kilku-kilkudziesięciu dzieci-analfabetów, ale Bienestar, organizacja rządowa zajmująca się działalnością socjalną, a równocześnie regulacyjną, biorąc przykład z USA, wprowadziła różne normy. Teraz aby móc uczyć 25 dzieci, konieczne jest zatrudnianie na pełny etat 7 osób. My mieliśmy samych wolontariuszy z Bogoty, bo na nic więcej nie było pieniędzy, więc musieliśmy zarzucić tę działalność. Smaczku dodaje fakt, że sama Bienestar nie spełnia norm przez siebie ustanowionych! W Bogocie jestem proboszczem w dzielnicy prostytucji przez co praca jest wyjątkowo trudna.
- TC: Czy pracujecie wśród Indian czy Latynosów?
- RP: Pracujemy głównie wśród Latynosów. Prawdziwych społeczności indiańskich w Wenezueli pozostało już niewiele.
- TC: Jak wygląda dzień powszedni na misji?
- DK: O godz. 7.30 otwieram kościół, o godz. 8 odprawiam mszę świętą, na którą przychodzi około 15-20 osób. Po mszy do godz. 13 mam czas do zagospodarowania dla siebie. Wykonuję różne prace fizyczne i umysłowe – to co jest pilnego do zrobienia. Potem jem obiad. Po obiedzie do godz. 17 jestem w kancelarii – biurze parafialnym, gdzie przychodzą ludzie ze swoimi problemami. O godz. 18 druga msza. Po mszy mam spotkania indywidualne lub w grupach. W niedzielę odprawiam trzy msze.
- TC: Jak wygląda sytuacja religijna w tych krajach? Jaka jest religijność miejscowych?
- DK: Zarówno Wenezuela, jak i Kolumbia to kraje teoretycznie katolickie. Ludzie w Kolumbii są bardziej religijni niż w Wenezueli. Wcześniej gdy pracowałem w Medellin, to na niedzielną mszę uczęszczało około 50-60 proc. katolików, a tutaj w Bogocie nie więcej niż 5 proc.
- RP: W Wenezueli na mszę w niedzielę chodzi około 1 proc. katolików. Sytuacja w Wenezueli wygląda w ten sposób, że od kilkudziesięciu lat coraz większe poparcie zyskują różnorakie sekty, a ponadto od kilku lat rozszerzają się wpływy lekarzy z Kuby, których prezydent Hugo Chavez sprowadził, gdyż tutejsi lekarze rzekomo zbyt dużo brali pieniędzy od swoich pacjentów. Ci lekarze wyznają santerię [afroamerykański kult pochodzenia karaibskiego, popularny szczególnie na Kubie – przyp. TC]. Dodatkowo popularne są różnego rodzaju kulty woo-doo.
- TC: Jak w tych krajach żyje się zwykłym ludziom?
- RP: Odkąd Chavez wprowadza komunizm w Wenezueli ludziom, wbrew temu, co głosi oficjalna propaganda, żyje się coraz gorzej. W sklepach brakuje podstawowych produktów spożywczych: mleka, jajek, cukru, mąki. Rząd ma co prawda pieniądze z ropy, ale ludzie biednieją. Tu są całkowicie inne problemy egzystencjalne niż w Polsce. Pensja minimalna wynosi 607 VEF [nowych tzw. mocnych boliwarów, czyli według czarnorynkowego kursu około 330 zł – przyp. TC] miesięcznie, co nie wystarcza na jedzenie dla całej rodziny, a większość ludzi właśnie tyle zarabia. Dlatego muszą kombinować na różne sposoby i kraść, by przeżyć.
- DK: Podobnie jest w Kolumbii. Tu płaca minimalna wynosi 220 US$. W Kolumbii dodatkowo wiele osób żyje z wojny domowej – zarówno organizacje charytatywne, jak i agencje rządowe, dlatego ta wojna raczej się nigdy nie skończy, bo zbyt wielu ludziom jest na rękę. Zwykli ludzie dostają najbardziej po tyłku i mają najcięższe życie. Mój kościół w Bogocie w zeszłym roku został okradziony cztery razy, a w tym już raz. Kradną wszystko – nawet na wpół spalone świeczki! Dlatego kościoły muszą być cały czas zamknięte.
- TC: Czy rzeczywiście w Wenezueli i Kolumbii jest tak niebezpiecznie, jak się powszechnie uważa?
- DK: Ja sam zostałem trzy razy napadnięty w celach rabunkowych – raz na ulicy wbito mi szkło w plecy i o mało co nie wykrwawiłem się na posterunku policji. Ale zgłaszanie takich spraw policji to strata czasu, bo policjanci współpracują ze złodziejami. Niedawno miałem taką sytuację, że przyszła do mnie kobieta i zwierzała mi się, że zadzwoniła po pogotowie, bo ktoś został ciężko pobity na ulicy w Bogocie. Za kilka dni matka sprawców pobicia powiedziała jej, że jest kapusiem i niedługo zostanie za to zabita. Innym razem przyszła do mnie kobieta i powiedziała, że dostanie wsparcie finansowe od biskupa, jeśli ja jako proboszcz przyjdę do jej domu i napiszę do biskupa swoją opinię. Kiedy już od niej wychodziłem, to zostałem napadnięty, przystawiono mi nóż do szyi i okradziono mnie. W mojej dzielnicy, jedynej w Bogocie, gdzie legalna jest prostytucja, władze miasta planowały dla zwiększenia bezpieczeństwa zamontować na ulicach kamery, już nawet były zarezerwowane pieniądze na ten cel w budżecie miejskim, ale nie zgodziła się na to mafia kontrolująca przemysł seksualny i projekt upadł. Inny przykład. Jeśli w Bogocie na mszy powiedziałbym, że prostytucja jest niemoralna, to mógłbym już pakować walizki, jeśli w ogóle pozwolono by mi uciec. Prawdopodobnie zostałbym zabity. Tutaj nie szanuje się ludzkiego życia.
- RP: Ja też przeżyłem przykrą „przygodę”. Zatrzymałem się kiedyś, by zabrać dwóch mężczyzn autostopem. Po krótkiej jeździe zostałem skrępowany i wrzucony do bagażnika. Potem złoczyńcy pili alkohol i narkotyzowali się i w końcu uderzyli samochodem w drzewo. Wtedy uciekli i udało mi się jakoś wydostać z bagażnika.
- TC: Po takich przeżyciach nie boicie się o własne życie?
- RP: Ja o moje życie się nie boję. Przeżyłem już różne sytuacje i jestem przekonany, że sam Bóg nas strzeże na szlaku misyjnej pracy.
- TC: Czy w jakiś ciekawy, odmienny od polskiego sposób obchodzone są święta religijne?
- DK: W Kolumbii przygotowania do Bożego Narodzenia zaczynają się już z początkiem grudnia. Ludzie zapalają świeczki przed domami, a w środku każdy ma szopkę zamiast choinki. I 25 grudnia już jest właściwie po świętach. W Kolumbii bardzo popularna jest środa popielcowa – popiół jest wilgotny i robi się znak krzyża na czole. W tym dniu do kościoła przychodzą wszyscy, nawet ci co nie uczęszczają na niedzielną mszę. Popiół na czole mają przez cały dzień nawet prezenterzy telewizyjni. Z kolei w niedzielę palmową odbywają się procesje, ludzie niosą prawdziwe palmy i śpiewają.
- RP: W Wenezueli rodzinna wigilia jest o północy. Ludzie jedzą ajaka – ciasto z kukurydzy zawinięte w liście bananowca, a w środku jest mięso, oliwki, groszek, rodzynki. Pasterka jest około godz. 20-22.
- TC: Czy ludzie w Ameryce Południowej w jakiś specjalny sposób reagowali na śmierć Jana Pawła II?
- DK: W Kolumbii ludzie bardzo przeżywali śmierć Jana Pawła II. Dla większości Kolumbijczyków to był wielki człowiek.
- RP: Kiedy zmarł papież to w Upata na mszy pewien Wenezuelczyk śpiewał tą samą pieśń, którą będąc dzieckiem, śpiewał podczas pobytu Jana Pawła II w Wenezueli w 1985 roku.
- TC: Jaki jest stosunek Hugo Chaveza do religii katolickich?
- RP: Chavez walczy z Kościołem choćby w ten sposób, że nie są wydawane wizy niektórym misjonarzom, choć oficjalnie deklaruje, że jest gorliwym katolikiem.
- TC: Jak zostaliście przyjęci przez mieszkańców?
- RP: Przyjmowani jesteśmy serdecznie, ludzie są dla nas mili, uprzejmi.
- TC: Jak wygląda finansowanie misji?
- DK: Parafie zarówno w Kolumbii, jak i w Wenezueli finansowane są wyłącznie z tacy oraz ewentualnie z intencji, których jest niewiele. Państwo nie przekazuje żadnych pieniędzy na utrzymanie Kościoła.
- RP: Sytuacja finansowa jest bardzo ciężka, bo ludzie są biedni i sami nie mają pieniędzy, by dać na tacę. Właśnie w tym roku rozstrzygnie się, czy Pallotyni z Polski będą przekazywali pewne kwoty dla Kościoła w Wenezueli.
- TC: Jak często przyjeżdżacie do Polski?
- RP: Do Polski przyjeżdżamy na 2-miesięczny urlop raz na dwa lata.
- TC: Czy macie kontakt z Polonią i z innymi misjonarzami?
- RP: Mamy kontakt z niektórymi Polakami. Spotykamy się czasami, ale najczęściej okazjonalnie. Pomocna jest polska ambasada poprzez organizowanie różnorodnych spotkań dla Polonii. Czasami mamy też możliwość spotkać się z księżmi z Polski, choć jest ich w Wenezueli niewielu. Największą przeszkodą w spotkaniach są odległości do pokonania i styl życia w Caracas.
- TC: Dziękuję za rozmowę i życzę spokojnego wypełniania misji.
* Niniejszy wywiad został opublikowany 8 numerze tygodnia „Najwyższy CZAS!” w 2008 r.





