Zlikwidujmy państwo opiekuńcze*
Polecana przez tygodnik „Wprost” książka Davida Boaza, wicedyrektora Cato Institute w Waszyngtonie, nie jest pierwszą pozycją, która pozwala zapoznać się polskiemu czytelnikowi z filozofią libertarianizmu. Wcześniej wydano choćby „O nową wolność” Murraya Rothbarda czy kilka książek opublikowanych przez wydawnictwo Fijorr Publishing, na które polscy redaktorzy niestety nie zwrócili uwagi przygotowując rozdział Zalecane lektury. Ponadto niedociągnięciem polskiego tłumacza jest ciągłe mylenie angielskich słów billion (miliard) z trillion (bilion). Tymczasem książka Boaza, w przeciwieństwie np. do pozycji anarchokapitalistycznych, takich jak „Demokracja – bóg, który zawiódł” Hansa Hermanna Hoppego czy „Rynek i wolność” małżeństwa Tannehillów, opisuje doktrynę rządu ograniczonego. Natomiast w odróżnieniu od książki Tomasza Teluka „Libertarianizm – teoria państwa” amerykański pisarz nie wydziela z libertarianizmu nurtu minarchistycznego i anarchokapitalistycznego. Dla Boaza libertarianizm jest tożsamy z filozofią państwa minimum. Korzeni libertariańskich autor doszukuje się już w starożytności (co może być trochę przesadzone) i udowadnia, że wolność wyboru jest istotna nie tylko z powodu lepszych skutków ekonomicznych, ale dla libertarian ważna jest również indywidualna wolność sama w sobie. Boaz broni instytucji rodziny, dyskredytuje planowanie państwowe (tak popularne szczególnie we władzach Unii Europejskiej) i wykazuje wyższość wolnego rynku nad interwencjonizmem państwowym, podając wiele ciekawych przykładów z życia codziennego w USA. I w tej materii książka upodabnia się do obecnych na polskim rynku księgarskim pozycji Tomasza Sowella. Oczywiście z wieloma tezami autora można się nie zgodzić lub przynajmniej są dyskusyjne jednak z większością stwierdzeń nie sposób polemizować. Należą do nich takie tezy, jak: „Wysokie podatki zniechęcają do wysiłku” (s. 222), „Własność [prywatna] leży u podstaw bogactwa tworzonego przez wolny rynek” (s. 200), „Rząd ogranicza (…) tempo wzrostu gospodarczego (…) poprzez wprowadzenie regulacji” (s. 277), „Wyzwolenie ludzkiej kreatywności [w XIX wieku] spowodowało niesłychany postęp zarówno naukowy, jak i materialny” (s. 67), czy „Prywatne społeczności, oparte na dobrowolnej umowie o zarządzaniu, mogą być lepiej dostosowane do potrzeb i preferencji 250 milionów różniących się od siebie Amerykanów, niż dzieje się to w przypadku, kiedy o zaspokajanie tych potrzeb i preferencji mają troszczyć się lokalne władze” (s. 353). Książka Boaza warta jest przeczytania choćby z uwagi na to, że tego typu pozycji publikuje się w Polsce niewiele, a większość Polaków, nie wyłączając czołowych przedstawicieli polskich władz, mamiona przez media wszechogarniającym etatyzmem (co opisuje Boaz na gruncie amerykańskim), nie ma zielonego pojęcia, co oznacza słowo „libertarianizm” i myli je z „libertynizmem,” a za odrobinę bezpieczeństwa socjalnego oddałaby państwu i swoją wolność, i odpowiedzialność za własne życie. Smutne to, ale prawdziwe.
David Boaz, Libertarianizm, Zysk i S-ka, Poznań 2005.
* Recenzja ta została opublikowana w nr 7 „Idź Pod Prąd” z 2006 r.





