Zapiski z Iraku*

Wydana w zeszłym roku książka Sławomira Galickiego pod tytułem „Zapiski z Al-Kut” to dziennik z półrocznego pobytu autora – cywilnego pracownika, eksperta tzw. Grupy Wsparcia Rządowego – w powojennym Iraku. Misją wyjazdu w 2003 roku tego emerytowanego podpułkownika rezerwy do Iraku była odbudowa i organizacja wolnych mediów w tym kraju. Dodatkowo był on korespondentem wojennym polskiej prasy. Opowieść zaczyna się i kończy w amerykańskiej bazie w Kuwejcie, która była punktem przerzutowym w podróży. W swojej książce Galicki opisuje nie tylko niebezpieczeństwa czyhające w powojennym kraju, problem ciągłego braku pieniędzy czy palące słońce tamtejszych pustyń: „Gdy przed południem mierzymy temperaturę na słońcu, słupek rtęci (z tendencją zwyżkową) wskazuje 78 stopni. Wierzyć się nie chce”.

Pamiętnik Galickiego z powodzeniem oddaje atmosferę posaddamowskiego Iraku, opisuje arabskie zwyczaje, na przykład podrywanie dziewczyn przez miejscowych chłopaków, które wygląda całkowicie inaczej niż w europejskim kręgu kulturowym. Irakijczycy skarżą się na ciężkie czasy dyktatorskich rządów Saddama Husseina, kiedy powszechna była inwigilacja, zarabiano kilka dolarów miesięcznie, a żywność była sprzedawana na kartki. Jednak zamiast wziąć się do roboty, oczekują, „że wszystko zostanie im podsunięte pod nos!”.

Autor znalazł się w strefie zarządzanej przez Ukraińców, których ocenia dość pozytywnie. Gorzkie słowa kieruje natomiast w stronę polskich wojskowych. W polskich bazach panuje bezład i niekompetencja, brak współpracy i zła organizacja to proza dnia codziennego, a podejrzany jest ten, kto nie bierze łapówek. No ale tak to bywa, kiedy wydaje się nie swoje, a podatników pieniądze, a całością zarządza instytucja państwowa, jaką jest wojsko. Polscy wojskowi są nieżyczliwi wobec siebie, a także wobec Galickiego. W przeciwieństwie do baz polskiej i ukraińskiej w bazie amerykańskiej organizacja jest doskonała i panuje porządek na każdym kroku: „U Amerykanów naprawdę przyjemnie załatwia się urzędowe sprawy. Jak ja bym chciał, by tak było w Polsce! Gdy się przychodzi do KBR [przedsiębiorstwo logistyczne armii USA], to człowiek ma wrażenie, że jest tu najważniejszy, ci urzędnicy są dla nas, nie my dla nich. Tak powinno być”. Na dodatek sytuacja jest taka, że gdyby nie pieniądze od Amerykanów, to niewiele można by w Iraku zrobić.

Autor w związku z pracą ma kontakt z irackimi stacjami telewizyjnymi i miejscowymi gazetami oraz lokalną władzą w miejscowości Al-Kut. Oczywiście stara się także zaznajomić z miejscowym folklorem i tradycjami: często odwiedza kolorowe suki, czyli arabskie stoiska targowe, a także historyczne miejsca, takie jak Babilon. Galicki spełnia też funkcje dobroczynne: w szkołach, przedszkolach, sierocińcach, żłobkach, lokalnych ośrodkach pomocy społecznej i ośrodkach dla niepełnosprawnych rozdaje prezenty: słodycze i plecaki dla dzieci czy kosmetyki dla kobiet.

We wspomnieniach nie brakuje opisu codziennej egzystencji w ukraińskiej bazie. Oprócz pracy autor ma także czas na wszelkie rozrywki: gra w bilard, badmintona, piłkę nożną, tenis stołowy i ziemny, karty, opala się oraz ogląda filmy. Co wieczór w bazie przelewają się hektolitry różnego typu alkoholi, przede wszystkim whisky, ale też piwo, gin, arak (arabski, 60-procentowy alkohol z daktyli), wódka, a nawet czysty spirytus. Jedyne na co narzeka autor, oprócz złych stosunków z polskimi wojskowymi, które można uzasadnić niezbyt przychylnymi dla nich artykułami, to brak seksu. W rzeczywistości Galicki za opublikowane w polskiej prasie artykuły na temat polskich wojsk w Iraku miał zakaz wstępu do polskiej bazy. W książce stwierdza między innymi: „na układach, podchodach, walkach o stanowiska, nepotyzmie, tak charakterystycznym dla MON, świat się nie opiera”.

Książka zawiera także kolorowe zdjęcia oraz cztery artykuły na temat polskiej misji w Iraku, w tym jeden niepublikowany.

Nie jest to pozycja najwyższego lotu, ale można się z niej dowiedzieć, jakie stosunki panują w Iraku po obaleniu Saddama Husseina, a także posmakować codzienności zagranicznej misji w tym arabskim kraju. Niemal każdy dzień kończy się suto zakrapianą imprezą alkoholową, co potwierdza, że początkowa scena w filmie „Sara”, kiedy to pijany w sztok Bogusław Linda wychodzi z wojskowego samolotu powracającego z misji pokojowej w Bośni, nie jest wyłącznie wymysłem bujnej wyobraźni scenarzysty. Przy okazji Czytelnik zaznajamia się z gorzką prawdą na temat relacji panujących pomiędzy Polakami – wojskowymi i cywilami – podczas tego typu zagranicznych misji.

Galicki S., Zapiski z Al-Kut, Kraków 2006.

* Niniejsza recenzja została opublikowana w 6 numerze miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24