Zwyciężył pijar*

 

Tegoroczne wybory parlamentarne wygrała Platforma Obywatelska, która podczas swoich 4-letnich rządów nie tylko nie zrealizowała prawie żadnego ze swoich postulatów wyborczych, ale ciężko w ogóle mówić o jakichkolwiek tak potrzebnych Polsce działaniach reformatorskich. Mimo to PO jest pierwszą po upadku komunizmu w Polsce partią, która wygrywa drugie wybory z rzędu. Wcześniej ciągle mieliśmy zmiany rządów pomiędzy lewicą postkomunistyczną a lewicą niekomunistyczną.

 

Co prawda, według strony internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów premier Donald Tusk podczas swoich rządów spełnił połowę – 47 z 94 obietnic wyborczych, to z raportu Fundacji Republikańskiej wynika, iż spełniono tylko 21 procent (41 ze 195) obietnic z expose premiera sprzed czterech lat. Z kolei według moich wyliczeń (porównaj mój artykuł sprzed dwóch miesięcy na tych łamach) można rządom Platformy Obywatelskiej zaliczyć nie więcej niż dwie spełnione obietnice na jedenaście. Mało tego, przed tegorocznymi wyborami PO nie promowała praktycznie żadnego skonkretyzowanego programu, podobnie jak inne partie, oprócz nastawionej na rynek Nowej Prawicy i Ruchu Poparcia Palikota, który jawnie głosił brutalny antyklerykalizm. Czyżby kwestie programowe przestawały mieć znaczenie na rzecz wizerunku i pijaru?

Z wyników wyborów można odczytać, że Polacy nie chcą wolności i niższych podatków! Wolą kłamstwa i puste obietnice bez pokrycia. Może rzeczywiście chodzi o to, jak napisał Rafał Ziemkiewicz, że Polacy boją się zmian. Wolą przewidywalną Platformę Obywatelską, która pogorszy ich sytuację bytową, jak to zrobiła przez ostatnie cztery lata, ale tylko w niewielkim stopniu, który są w stanie udźwignąć. Ale dlaczego nie myślą o swoich dzieciach i wnukach? To przecież rządy Donalda Tuska zwiększyły zadłużenie finansów publicznych o ponad 300 mld złotych. Takiego zamachu na kieszenie przyszłych pokoleń nie dokonała żadna wcześniejsza władza. Można się spodziewać, że przez kolejne cztery lata ekipa PO-PSL zadłuży Polaków na kolejne 400-500 mld złotych. Mamy przecież inflację i ciągły postęp w rozkradaniu podatnika coraz to nowszymi metodami. W rezultacie za cztery lata możemy się spodziewać zadłużenia, które z obecnych ponad 800 mld złotych wzrośnie do około 1,3 biliona złotych!

Wielu mądrych i cennych kandydatów nie uzyskało wystarczającego poparcia wyborców, by dostać się do parlamentu. W wielu przypadkach były to osoby, które rzeczywiście coś sobą reprezentują i często mające wiele sukcesów we wprowadzaniu właściwych reform. Nie dostał się do Senatu krytykujący antyrynkowe posunięcia establishmentu prof. Krzysztof Rybiński z Unii Prezydentów – Obywatele do Senatu, którego pokonał Marek Borowski z SLD i Zbigniew Romaszewski z PiS. Nie dostał się do Sejmu mający prawicowe poglądy dotychczasowy poseł Andrzej Sośnierz, były członek UPR, teraz w PJN, który swego czasu zreformował Śląską Kasę Chorych. Wieloma sukcesami na polu obniżania lokalnych podatków czy deregulacji może pochwalić się Krzysztof Haładus, były radny Sosnowca, który obiecywał to samo robić w skali całego kraju, a nie uzyskał mandatu posła, bo ani on, ani jego partia PJN nie dostali wystarczającego poparcia wyborczego. To właśnie partia PJN najgłośniej mówiła o konieczności obniżenia podatków, krytykując wypowiedź premiera Tuska, który stwierdził, że w aktualnej sytuacji nie da się zmniejszyć podatków. Nie zdobyła mandatu poselskiego Sylwia Ługowska z PiS, która opowiadała się za likwidacją barier w dostępie do wielu reglamentowanych zawodów i ograniczeniem ZUS-u. Jednak przede wszystkim nie przekroczyła progu wyborczego do Sejmu Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego, blokowana przez Państwową Komisję Wyborczą. A właśnie w tej partii znajduje się najwięcej osób, których prowolnościowe, antypodatkowe i prorynkowe pomysły mogłyby przyspieszyć akumulację bogactwa w naszym kraju. Z Nowej Prawicy nie weszli do parlamentu między innymi Stanisław Żółtek z Krakowa, Robert Maurer z Wrocławia, Mieczysław Burchert z okręgu podwarszawskiego, Tomasz Sommer z okręgu siedleckiego, Andrzej Paciej z Nowego Sącza do Sejmu czy Grzegorz Jaszczura (były radny Dąbrowy Górniczej, który próbował zmniejszyć lokalną biurokrację i wydatki gminy) z okręgu sosnowieckiego do Senatu i przede wszystkim zablokowany lider Janusz Korwin-Mikke. Cieszy natomiast śladowe poparcie dla Polskiej Partii Pracy-Sierpień 80, która przedstawia iście komunistyczne poglądy na gospodarkę i społeczeństwo.

Można się cieszyć także z tego, że do Sejmu wszedł Przemysław Wipler, aktualnie z PiS, wcześniej w UPR. Miejmy nadzieję, że uda mu się zrealizować jakieś wolnościowe postulaty gospodarcze. Należy zaznaczyć, że do parlamentu dostało się wielu byłych członków i sympatyków UPR, wśród których można wymienić senatora Leszka Piechotę z PO (który chwali się, że zlikwidował limity licencji na taksówki), dra Andrzeja Misiołka, też senatora z PO (w poprzednim Senacie obaj wspólnie próbowali zmniejszyć obciążenie podatkowe i pozostawić więcej pieniędzy w kieszeniach podatników w sytuacji podniesienia VAT-u – niestety nieskutecznie, bo zostali spacyfikowani przez Macieja Grabowskiego, podsekretarza stanu w Ministerstwie Finansów) czy posłowie PO Wojciech Saługa i Tomasz Tomczykiewicz.

Niestety katastrofą należy określić fakt dostania się do Sejmu większości posłów z Ruchu Palikota. Kogóż tam nie ma! Transwestyta, wojujący pederasta, feministki-komunistki, zastępca redaktora naczelnego skandalizującego, o odchyleniu skrajnie lewicowym, tygodnika „Nie” czy przestępca trzykrotnie skazany za współudział w pobiciu, grożenie bronią, który dwa lata spędził za kratkami. A także najbardziej chyba kontrowersyjna postać w tym towarzystwie – były ksiądz, który jest redaktorem naczelnym antyklerykalnego tygodnika „Fakty i Mity”, który miał współpracować z SB i się do tego nie przyznał, i miał zatrudniać u siebie zabójcę księdza Jerzego Popiełuszki. Na liście Palikota do Sejmu była nawet osoba chora umysłowo, która jednak na szczęście nie dostała się do parlamentu. – Ci ludzie są po to, żebyśmy pokazali, że tacy ludzie są wokół nas – żenująco tłumaczył Janusz Palikot.

Ruch Palikota popierały takie osoby, jak Jerzy Urban czy prof. Magdalena Środa. Jak poinformował „Fakt”, sam Piotr Tymochowicz, doradca wizerunkowy Palikota, po analizie wyników wyborów ocenił, że mamy „debilne społeczeństwo”. Tak, 90 procent społeczeństwa to patologia i margines, niemający zielonego pojęcia o polityce i nierozumiejący podstaw gospodarki, a głosujący w wyborach. Nie zdziwi więc fakt, że Ruch Palikota odniósł największy sukces wśród wyborców głosujących w więzieniach i aresztach śledczych, gdzie uzyskał ponad 32-procentowe poparcie.

Tak jak swego czasu Andrzej Lepper był niebezpieczny dla sfery gospodarczej ze swoimi antyrynkowymi, niemal komunistycznymi hasłami, tak teraz Janusz Palikot jest niebezpieczny dla sfery obyczajowej z jego libertyńskimi poglądami, antyklerykalnymi hasłami i działaniami przeciwko tradycyjnej rodzinie. Co takiego się stało, że katolickie rzekomo społeczeństwo poparło takie odchylenie od normy?

Sportowcy, aktorzy, śpiewaczka operowa (nie dostała się), komuniści, dewianci – takich mamy parlamentarzystów. Czy w naszym kraju brakuje normalnych ludzi do stanowienia prawa?! W nowo wybranym Sejmie najliczniejszą grupę zawodową stanowią… nauczyciele. Czyżby parlament nie był miejscem głównie dla prawników i ekonomistów, którzy mają stanowić dobre prawo? Nie, bo ci w swoich zawodach zarabiają znacznie więcej niż wybrańcy ludu i rzadko chce im się stratować w wyborach. Za to nauczyciele, mimo obowiązującej Karty Nauczyciela, wynagradzani są marnie i parlament to dla nich niewyobrażalny awans społeczny.

W moim rozliczeniu rządów Donalda Tuska i jego ekipy politykę zagraniczną zaliczyłem do zrealizowanych obietnic. Tymczasem tuż przed wyborami ekipa rządząca dokonała rzeczy skandalicznej. Na organizowany w Warszawie szczyt Partnerstwa Wschodniego, którego istotnym elementem jest Białoruś, nie zaproszono Aleksandra Łukaszenki, prezydenta tego kraju, podczas gdy ze strony zarówno Unii Europejskiej, jak i pozostałych partnerów wschodnich (Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy) pojawili się szefowie państw! Zamiast niego zaproszono Siargieja Martynaua, szefa białoruskiego MSZ. „Działania te są poważnym łamaniem podstawowych zasad Partnerstwa Wschodniego, uzgodnionych podczas pierwszego szczytu w Pradze w 2009 roku (…) partnerstwo nie może opierać się na dyskryminacji” – słusznie napisała białoruska ambasada w Warszawie.

Bruksela już wcześniej zakazała Łukaszence wjazdu na teren Unii Europejskiej, a teraz wszyscy się dziwią, że jednak minister Martynau nie przyjechał! Gdyby pojawił się w Warszawie, to nie miałby co robić po powrocie na Białoruś! Jedyne co by mu zostało, to dymisja. W tej sytuacji Tusk ośmieszył się zaproszeniem białoruskiego ministra spraw zagranicznych, nie zapraszając jego przełożonego. Jeśli chce się z kimś prowadzić politykę, to przede wszystkim trzeba się z nim spotkać, dopuścić go do głosu, a Unia zamknęła usta Łukaszence, zakazując mu wjazdu na jej teren i ogłasza światu jak to bardzo pomaga Białorusi! Tak się nie robi, nawet z największymi dyktatorami. Dialog to podstawa. Stany Zjednoczone nie zakazały przyjazdu na konferencję ONZ do Nowego Jorku Mahmudowi Ahmadineżadowi, prezydentowi Iranu i ten mógł wygadywać na forum Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych różne politycznie niepoprawne refleksje, nawet o Żydach i Holokauście. Wrogów trzeba chociaż wysłuchać, co mają do powiedzenia, jaki jest ich odmienny punkt widzenia i myślenia. Bo nie jest tak, że jedyne słuszne myślenie mają unijni oficjele i biurokraci, a wszyscy, którzy nie zgadzają się z nimi, nie mają racji. To trąci totalitaryzmem, a nie hołubioną w Brukseli demokracją. I w tej sytuacji to białoruski minister spraw zagranicznych zachował się odpowiednio, a nie Tusk i inni unijni oficjele, których hipokryzja nie zna granic. W tej sytuacji to unijni biurokraci okazali się totalitarystami, a nie białoruski prezydent. Ten nawet nie mógł się bronić, bo mu najzwyczajniej zamknięto usta, zakazując wjazdu do UE. Tak się nie robi z głowami państw, tym bardziej sąsiednich!

A co do samego Partnerstwa Wschodniego, polskie władze nie powinny zajmować się „demokratyzacją” wschodnich reżimów, wtrącaniem się do ich polityki wewnętrznej i obiecankami w kwestii przystąpienia wschodnich partnerów do Unii Europejskiej, lecz otwarciem granic dla ludzi, towarów, usług i kapitałów z tamtych państw. Po prostu należy walczyć o zniesienie dla nich wiz i umożliwić wolny handel. Jednak w tych kwestiach decyzja nie należy do Polski, nawet kiedy przewodniczy pracom UE, lecz do konsensusu unijnych polityków.

Tak więc po ostatnich wyborach parlamentarnych nie tylko nie zmieniło się na lepsze, bo rząd nadal będzie tworzony przez tandem PO-PSL, ale w związku z sukcesem wyborczym Ruchu Palikota, który każdej partii odebrał trochę głosów i wszedł do Sejmu, sytuacja zdecydowanie pogorszyła się. Aż strach pomyśleć, na kogo Polacy – zmanipulowani pijarem nowych i starych zawodników politycznych – zagłosują za cztery lata. Tymczasem brak reform, w szczególności w zakresie finansów publicznych, musi wkrótce doprowadzić do katastrofy.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 11 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2011 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24