Związkowcy, do roboty!*

Kiedy telewizja Polsat News zaprosiła mnie do studia, abym wygłosił komentarz na temat związkowców z Sierpnia 80, okupujących siedzibę biura poselskiego premiera Donalda Tuska, stwierdziłem, że premier absolutnie nie powinien podejmować z nimi dialogu. Bo czego domagali się ci związkowcy, których zachowanie w niewielkim stopniu odbiega od stawiających ultimatum terrorystów? Przede wszystkim żądali od premiera rzeczy niewykonalnych – aby parlament zmienił ustawę. A przecież jeśli chcieli coś od parlamentu, to mogli blokować sejm czy senat. Premier nie dzierży władzy ustawodawczej. Natomiast domaganie się, by wycofał z sejmu ustawy o emeryturach pomostowych, jest pozaprawnym i niekonstytucyjnym wpływaniem na proces legislacyjny i powinno być surowo karane. Poza tym celem szantażu było wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni podatników.

Związkowcy z Sierpnia 80, których nawet inni związkowcy uważają za radykałów, domagali się m.in. by nie zmniejszano liczy osób uprawnionych do pobierania emerytur pomostowych. Ale komu odebrać pieniądze na te emerytury i dlaczego niektórzy mają mieć takie przywileje? – tego nie powiedzieli. Tymczasem sam pomysł wcześniejszych czy pomostowych emerytur jest patologią czystej wody. Dlaczego ktokolwiek ma być uprzywilejowany w sytuacji, gdy nikt nikogo nie zmusza do wykonywania konkretnej pracy? Działania rządu popiera Unia Polityki Realnej, jednak zdaniem polityków tej partii działania te są niewystarczające, bo uważają oni, że system emerytur pomostowych powinien zostać całkowicie zlikwidowany. Jak twierdzi Bolesław Witczak, prezes UPR, osoby pracujące w ciężkich warunkach powinny więcej zarabiać i mogłyby wówczas odkładać pieniądze na swoje emerytury. Natomiast rząd, zamiast obniżać podatki dla pracodawców i pracowników, bawi się w Janosika i zabiera jednym, żeby dać drugim. Jak słusznie proponuje UPR, osoby, które zarabiały i opłacały składki w okresie PRL i w dotychczas istniejącym systemie, powinny otrzymywać emerytury z funduszu opartego o sprzedaż majątku państwowego. Natomiast osoby pracujące od momentu zniesienia przymusu ubezpieczeń, same będą ponosić odpowiedzialność za swoją emeryturę. Partia ta postuluje zreformowanie systemu emerytalnego tak, aby ubezpieczenie emerytalno-rentowe było kwestią dobrowolnej umowy pomiędzy obywatelem a wybraną przez niego firmą ubezpieczeniową.

No ale wszystkie związki zawodowe to rodzaj grupy interesu. A celem każdej grupy interesu jest działanie na swoją korzyść kosztem grup niezorganizowanych. Dlatego z reguły pomysły związkowców szkodzą większości podatników i konsumentów. Na przykład jeśli chodzi o wszelki dobrowolny handel, jak import, eksport czy zwykłe zakupy na miejskim targowisku, na takiej transakcji zyskują obie strony. Natomiast wyrywanie pieniędzy jednym Polakom, by dać te pieniądze innym, to gra nawet nie o sumie zerowej, lecz ujemnej. Ci, co zyskają, zyskają mniej, niż stracili inni. Bo należy mieć na uwadze również koszty redystrybucji, polegające głównie ma pośrednictwie państwowej, nieudolnej i marnotrawnej biurokracji. Doskonale widać, jak rosną pałace ZUS-u. Niestety związkowcy tego nie rozumieją albo udają, że nie wiedzą. Zresztą braki wykształcenia związkowców są charakterystycznie nie tylko dla Polski.

Aby w Singapurze zlikwidować bezrobocie, radykalnie ograniczono prawa związków zawodowych, strajków praktycznie zakazano i wskutek takiej legislacji w kraju tym od niemal pół wieku nie istnieje problem o nazwie bezrobocie, a ludzie są jednymi z najbogatszych na świecie, są bogatsi niż większość mieszkańców Europy Zachodniej. Podobnie słuszne prawo wprowadzono w 1991 roku w Nowej Zelandii, kiedy szalało tam 11-procentowe bezrobocie. Związki zawodowe przekształcono w prywatne stowarzyszenia bez specjalnych przywilejów i utraciły one dotychczasowy monopol na negocjacje płacowe, a równocześnie zredukowano prawo do strajków. W wyniku tej reformy bezrobocie na antypodach szybko spadło i od wielu lat nie przekracza 4 procent. Jednak wprowadzając te reformy, nowozelandzcy politycy nie przejmowali się zdaniem związkowców i w ogóle nie podejmowali z nimi merytorycznego dialogu.
Tak samo, wzorem Nowej Zelandii, powinien postąpić premier Tusk, ignorując nielegalne okupacje biur, protesty i strajki, tylko przeprowadzić przez parlament odpowiednią ustawę redukującą legalność podejmowania tego typu działań. W końcu nawet Komisja Trójstronna jest organem niekonstytucyjnym. Tym bardziej że działania związków zawodowych są całkowicie odrealnione od sytuacji rynkowej. I nawet gdy jest kryzys w branży, to domagają się oni spełniania niemożliwych do realizacji postulatów, bezmyślnie grożąc strajkami i okupacjami. Tak jest na przykład w polskim górnictwie węglowym i miedziowym czy choćby PKP. Problem liderów związkowych w ciekawy sposób przedstawił Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej, podczas konferencji „Górnictwo – Energetyka” zorganizowanej przez miesięcznik gospodarczy „Nowy Przemysł”. Jego zdaniem wadliwa jest ustawa o związkach zawodowych, która wyzwala mechanizmy zmuszające związkowców do tego, by co jakiś czas się uwiarygodniali, żeby pokazać, że są potrzebni. Zagórowski zauważył jeszcze jedno niekorzystne dla gospodarki zjawisko: część liderów związkowych patrzy na sytuację firm teraz z perspektywy kieszeni, nie patrzy w dłuższym horyzoncie. Ponadto jego zdaniem związkowcy nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny i za załogę, którą reprezentują.

W rezultacie wadliwego prawa związkowcy wolą doprowadzić do upadku firmę, niż zgodzić się na niepodwyższanie wynagrodzeń czy zwolnienia. Oznacza to, że skoro strajkując, związkowcy działają na szkodę firmy, w której są zatrudnieni, to kompletnie się z nią nie utożsamiają, mimo że dzięki niej żyją. I właśnie fakt nieutożsamiania się z przedsiębiorstwem, w którym się jest zatrudnionym, powoduje nieprzemyślane działania, takie jak protesty czy strajki narażające firmę na straty i prowadzące do wbijania gola samobójczego. I niestety nie jest to specyfika polska. Związkowcy na całym świecie myślą i działają podobnie. Pamiętamy ostatnie strajki w Boeingu, Alitalii, włoskiej komunikacji miejskiej, austriackiej poczcie, greckich bankach czy niemieckim przemyśle samochodowym i maszynowym.
Oprócz utrzymania szerokiego przywileju emerytur pomostowych, związki zawodowe wraz z posłami Prawa i Sprawiedliwości żądają także nieuchwalania zmiany ustawy o systemie oświaty, która ułatwiłaby stowarzyszeniom, firmom i prywatnym osobom przejmowanie publicznych szkół od samorządów. Nauczycielskim związkom zawodowym chodzi przede wszystkim o to, że nauczyciele straciliby posiadane przywileje, bo w tych szkołach nie obowiązywałaby tzw. Karta nauczyciela, co pozwoliłoby na wydłużenie czasu pracy i zmniejszenie wynagrodzeń. Oczywiście Ministerstwo Edukacji Narodowej odżegnuje się od tego, że będzie to prowadziło do prywatyzacji szkół, choć taka droga byłaby najkorzystniejsza. Bo właściwie dlaczego szkoły muszą być państwowe? Bo są drogie i niewielu będzie na nie stać, jak twierdzą socjaliści? Gdyby to było prawdą, to ludzie nie jeździliby też samochodami, które są droższe niż edukacja, a tymczasem mamy coraz większe korki na polskich ulicach.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 12 numerze miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24