Wydatki publiczne są przyczyną kryzysu*

 

Mimo oczywistego bankructwa polityki keynesowskiej na wszystkich płaszczyznach i we wszystkim państwach, gdzie ją introdukowano, politycy – a co gorsza naukowcy – nadal są jej wyznawcami. Cierpi na tym nie tylko gospodarka, ale też zwykły konsument i podatnik.

 

Prof. Jan Czekaj, kierownik Katedry Rynku Kapitałowego Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, a także były wiceminister i były członek Rady Polityki Pieniężnej, podczas seminarium naukowego „Dobre rządzenie” na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie przedstawił swoje poglądy na temat przyczyn kryzysu stery euro. Jego zdaniem dane statystyczne wskazują na to, że ani deficyty finansów publicznych, ani długi publiczne nie miałby wpływu na kryzys, gdyż podobna sytuacja finansów publicznych jest w innych krajach rozwiniętych na świecie i zarówno kraje Unii Europejskiej, jak i strefy euro nie są w tym zakresie odosobnione, a mimo to takiego kryzysu tam nie było. Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tym twierdzeniem. Jak sam profesor Czekaj wykazał na swoich wykresach, kryzys, z którym mamy do czynienia, nie jest kryzysem gospodarczym – jedynym rokiem, kiedy zanotowano spadek gospodarczy, był rok 2009. Zarówno wcześniej, jak i później występował wzrost gospodarczy (może poza Grecją, Hiszpanią i Portugalią), tymczasem problem zarówno z deficytami budżetowymi i szerzej finansów publicznych, jak i z długiem publicznym nadal nie został rozwiązany w kolejnych latach. Należy więc zdecydowanie stwierdzić, że mamy do czynienia z kryzysem finansów publicznych, który w końcu może się jednak rozszerzyć na kryzys gospodarczy. Kryzys rozpoczął się w momencie, kiedy rynki finansowe w wyniku cięć ratingów zaczęły żądać coraz większych sum za wypuszczane przez państwa obligacje albo w ogóle przestały być zainteresowane ich kupowaniem, jak w przypadku Grecji. Sam profesor wskazał, że właśnie z powodu nadmiernych deficytów i długów niektóre kraje strefy euro mają problemy z pozyskaniem źródeł finansowania. I ten kryzys zaufania do nadmiernie zadłużonych państw został spowodowany nie czym innym, jak właśnie nadmiernymi deficytami i zbyt wysokim zadłużeniem publicznym. Z kolei zarówno deficyty, jak i długi publiczne to nie jest dopust boży, nie wzięły się z księżyca, ale są wynikiem zbyt wysokich wydatków publicznych, które przekraczają sumy, które państwa są w stanie zebrać z podatków. Przecież gdyby od początku państwa prowadziły zrównoważona politykę finansową, to nie byłoby problemu ani deficytów, ani długów, bo one nigdy by się nie pojawiły! A więc w ogóle nie byłoby kryzysu!

W związku z tym spytałem prof. Czekaja, czy jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem dla pogrążonej w kryzysie strefy euro nie byłby pakt fiskalny, który miałby dwa punkty: po pierwsze, zakaz deficytu budżetowego i zakaz deficytu całych finansów publicznych oraz po drugie, nakaz redukcji długu publicznego przez każde państwo strefy euro do zera w ciągu 10 lat? Taką politykę z sukcesem prowadziła przecież Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii czy Roger Douglas w Nowej Zelandii. Prof. Czekaj niemal wyśmiał moje pytanie i powiedział, że pakt fiskalny w takim kształcie spowodowałby całkowite załamanie gospodarcze, bo żeby był możliwy wzrost gospodarczy, należy pompować w gospodarkę miliardy publicznych pieniędzy. Z tego wynika, że jeśli państwo zwiększy wydatki na rozbudowę biurokracji i dotacje dla niewydolnych przedsiębiorstw państwowych, to będzie się szybciej rozwijało! To może w takim razie w ogóle należałoby zabrać przedsiębiorcom 100 procent przychodu i wszystkich zatrudnić na stanowiskach urzędniczych. Zgodnie z tym rozumowaniem wtedy będziemy mieli wzrost gospodarczy na poziomie nie 3-4 procent, ale może i 90 procent!

Czyżby w takim razie według profesora Czekaja wzrost gospodarczy zależał od wydatków publicznych? Tak twierdził John Mayrdal Keynes, który sam, mówiąc, że w perspektywie długookresowej to i tak wszyscy umrzemy, uważał, że tego typu działania są skuteczne, ale tylko krótkookresowo, a w długim terminie przyniosą jeszcze większe załamanie. Właśnie obecny kryzys to skutek prowadzenia takiej polityki! To właśnie działania proponowane przez prof. Jana Czekaja tylko zwiększyłyby załamanie gospodarcze! Aby wyjść z kryzysu, trzeba prowadzić politykę dokładnie odwrotną. Należy ograniczać państwowe wydatki, a nie je zwiększać, aby więcej pieniędzy pozostawić sektorowi prywatnemu, który jako jedyny swoimi inwestycjami jest w stanie generować wzrost gospodarczy. Kiedy państwo wydaje więcej, to więcej zabiera w podatkach prywatnym firmom, które są zmuszone do ograniczania działalności inwestycyjnej, a tym samym Lewiatan dusi rozwój realnej gospodarki. Skoro jest tak, jak mówi prof. Czekaj, to dlaczego państwa, które wydają więcej w stosunku do swojego PKB, nie tylko rozwijają się wolniej, ale mają też większe bezrobocie? Jak wykazał prof. Witold Kwaśnicki, po zbadaniu w 23 krajach OECD zależności między wydatkami w procentach PKB a średnim wzrostem gospodarczym w latach 1960-96, wysokość wzrostu gospodarczego maleje wraz ze wzrostem tych wydatków! Wzrost gospodarczy krajów, których wydatki publiczne nie przekraczały 25 procent PKB, wynosił średnio 6,6 procenta, tych państw, których wydatki publiczne wynosiły pomiędzy 25 a 30 procent PKB – 4,7 procenta, pomiędzy 30 a 40 procent – 3,8 procenta, pomiędzy 40 a 50 procent – 2,8 procenta, a powyżej 50 procent – średnio zaledwie 1,6 procenta. Moje wyliczenia na podstawie danych Eurostatu potwierdzają powyższą tezę na przykładzie trzech krajów Unii Europejskiej. W latach 1999-2008 Dania miała wydatki publiczne na średniorocznym poziomie 53,5 procenta PKB i rozwijała się w tempie 1,6 procenta rocznie. Te same dane dla Polski wynoszą 43,2 procenta PKB i 4,2 procenta wzrostu. Natomiast najszybciej w tym okresie, bo w tempie ponad 5,1 procenta rocznie rozwijała się Irlandia, mając średnioroczne wydatki na poziomie 34,5 procenta. Podobnie dane za rok 1999 wskazują, że kraje wysoko rozwinięte, które miały większe wydatki publiczne, miały równocześnie wyższe bezrobocie i odwrotnie, państwa z mniejszymi wydatkami, mogły się pochwalić mniejszym bezrobociem. Warto przypomnieć, że jeszcze na początku XX wieku wydatki publiczne niewielu państw przekraczały 10 procent PKB. Trzeba też pamiętać, że każde miejsce pracy utworzone przez urzędników oznacza utratę dwóch miejsc pracy w gospodarce prywatnej płacącej podatki. Doskonale rozumie to David Cameron, premier Wielkiej Brytanii z Partii Konserwatywnej, który niedawno zapowiedział walkę w obronie biznesu, który jego zdaniem nie tylko inwestuje i tworzy miejsca pracy, ale przede wszystkim likwiduje biedę.

Niestety prof. Czekaj jako ekonomista i jako polityk nie jest odosobniony w swoich poglądach. Podobnie Barack Obama, prezydent USA z etatystycznej Partii Demokratycznej, w projekcie budżetu na 2013 rok zaproponował wydanie 800 mld dolarów na tworzenie nowych miejsc pracy i modernizację infrastruktury, sfinansowane poprzez podwyżki podatków. Podobnie bank centralny Japonii chce pożyczyć bankom miliardy, by z kolei te kredytami pobudziły wzrost gospodarczy. Tymczasem krytykując keynesowską politykę niskich stóp procentowych prowadzoną przez administrację prezydenta Baracka Obamę, dr Antony Davies, ekonomista z amerykańskiego Uniwersytetu Duquesne, stwierdził, że gospodarka nie powinna być stymulowana przez rządowe wydatki, bo to zemści się w przyszłości na podatnikach. Jak na razie skutkuje to zwiększeniem bezrobocia w Stanach Zjednoczonych do poziomu unijnego. Podobnie Patric H. Hendershott z Uniwersytetu Aberdeen i Kevin Villani z Uniwersytetu Ohio są zdania, że to nadmierne inwestycje publiczne, które skutecznie wypierają działalność prywatną, we współpracy z tzw. regulacjami ochronnymi sprawiają, że rynki tracą dyscyplinę samoregulacyjną i w rezultacie nie są w stanie odpowiednio reagować na narastający kryzys.

Czyżby prof. Czekaj nie znał krzywej Rahna, która udowadnia, że od pewnej wysokości wydatków publicznych ich zwiększenie powoduje spadek wzrostu gospodarczego, a nie wzrost? Czyżby prof. Czekaj nie czytał wybitnych dzieł ani prof. Ludwiga von Misesa, ani prof. Murraya Rothbarda, ani prof. Jesusa Huerty de Soto ze szkoły austriackiej, a z naszego podwórka choćby prof. Adama Heydla czy prof. Adama Krzyżanowskiego z krakowskiej szkoły ekonomii? Co konkretnie piszą na ten temat klasycy?

Zdaniem prof. Murraya Rothbarda, to właśnie nadmierne wydatki publiczne są przyczyną kryzysu współczesnego państwa, gdyż powodują one, że „coraz więcej ludzi jest bezczynnych [zasiłki społeczne TC] i pozostaje na przymusowym utrzymaniu [np. biurokraci i inni otrzymujący dotacje – TC] produktywnej części społeczeństwa [przedsiębiorcy i pracownicy firm prywatnych – TC]” („O nasza wolność”). Rothbard krytykuje jakiekolwiek wydatki państwa, dzieląc je w dziele „Ekonomia wolnego rynku” na dwa rodzaje: „wydatki konsumpcyjne dokonywane przez urzędników, beneficjentów subsydiów państwowych, oraz innych nieproduktywnych osób otrzymujących pieniądze od państwa; oraz wydatki marnotrawne, które przez dokonujących je przedstawicieli państwa uważane są za „inwestycje” tworzące „kapitał””. Amerykański profesor dodaje, że „im większy rozmiar państwowego dotowania, tym bardziej skrępowane są mechanizmy rynkowe, tym więcej zasobów jest zamrożonych w niewydajnych zastosowaniach i tym niższy jest ogólny standard życia” (to zdanie dedykuję Komisji Europejskiej oraz Elżbiecie Bieńkowskiej, szefowej Ministerstwa Rozwoju Regionalnego). Dlatego Jakob Hornberger, założyciel i prezes amerykańskiej Fundacji Przyszłość Wolności, pisze na swoim blogu, że dopóki wydatki publiczne USA będą rosły, dopóty gospodarcze problemy Amerykanów będą zwiększać się jak problemy gospodarcze Greków. I dodaje, że najlepszym wyjściem z tego bagna jest nie tylko obcięcie wydatków państwowych do poziomu wpływów podatkowych, ale nadszedł czas na przemyślenie całego paradygmatu państwa opiekuńczego, który doprowadził do tylu problemów.

Z kolei polski klasyk, prof. Adam Heydel w „Gospodarcze granice liberalizmu i etatyzmu” pisze, że potrzeby kolektywne, czyli zaspokajane przez państwo należy „pojmować możliwie wąsko, inaczej ich zaspakajanie odbywać się będzie kosztem ważniejszych potrzeb indywidualnych, będzie zatem karygodnym marnotrawstwem” i w „Dążności etatystyczne w Polsce” dodał, że państwo zabiera pieniądze z „miejsc, gdzie mogłyby pracować istotnie wydajnie, tj. rentownie, a – trzeba to powiedzieć – zużywane są marnotrawnie”. Heydel zaznacza też, że zmniejszone wydatki publiczne na biurokrację nie spowodują bezrobocia, bo „gdyby obniżyć podatki, pieniądze, pozostałe w gospodarce prywatnej, wytworzyłyby popyt, który z nawiązką wessałby w życie zwolnionych urzędników”.

A jak politycy i urzędnicy wydają pieniądze, ostro, ale trafnie skomentował na portalu korwin-mikke.pl niejaki Wyatt: „No to kolejne pieniądze publiczne wyrzucane w błoto na pseudoinnowacje, pseudorozwój, pseudopostęp… Zabrać im do cholery pieniądze, bo je coraz bardziej marnotrawią, a zwykły przedsiębiorca nie wie, co zrobić, by się utrzymać w tym coraz większym syfie… W inkubatorach przedsiębiorczości, wysokich technologii jak za komuny rozbudowana administracja, obiadki, bale, nagrody, przemówienia, gazetki, ulotki, seminaria, panele, wykłady, konferencje, badania poziomu innowacyjności – ja chyba zamknę firmę i przestanę w ogóle płacić podatki, poza VAT-em przy robieniu zakupów, bo to się nie opłaca, tym bardziej patrząc na tych darmozjadów!”.

Prof. Czekaj w jeszcze jednym punkcie sam sobie zaprzecza. Mianowicie skutkiem zalecanej przez niego polityki niskich stóp procentowych, a przede wszystkim stymulacji gospodarki państwowymi wydatkami jest rosnący dług publiczny, a przecież ten dług musi być nie tylko spłacany, ale musi być obsługiwany na bieżąco. Koszt obsługi polskiego długu publicznego z roku na rok jest coraz wyższy i w 2012 roku wynosi 43 mld zł. Oznacza to, że o taką sumę gospodarka dostanie mniej pieniędzy, czyli niejako wydatki na obsługę długu, które są rezultatem prowadzonej polityki stymulacyjnej, hamują tę samą, zalecaną przez prof. Czekaja, stymulację!

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 4 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2012 r.

2 odpowiedzi to “Wydatki publiczne są przyczyną kryzysu”

  1. zeppo1234 pisze:

    kryzys gospodarczy i nadchodzacy finansowy jest jedynym šrodkiem zmuszajacym nas do refleksji „po co žyjemy?”. Wiecej na stronie http://zdrowieducha.pl/

  2. Krzysztof Edmund Wojciechowicz pisze:

    Na marginesie Pana artykułu można dodać, że zjawiska poruszane przez Pana znane są ekonomistom, pracującym nad definicją Dochodu Narodowego. Kilkakrotnie sposob jego obliczania był korygowany, ale dotąd uczeni nie potrafili określić wartości udziału sektora rządowego w tworzeniu Dochodu Narodowego. Zdecydowali więc, że Wartość Dodana sektora rządego obliczana będzie miarą jego wydatków, a nie jego efektów!
    Piękny sposób na puchnięcie PKB. Im więcej rząd zmarnotrawi pieniedzy podatników; im więcej rozkradnie; im więcej płaci odsetków od wzrastającego długu panstwowego, tym szybciej rośnie PKB!
    Drugim takim wątpliwym sektorem jest Finansowy, którego kontrybucja do PKB obliczna jest jego zyskami. Ci sami ekomonomiści twierdzą że połowa tych zysków pochodzi ze spekulacji finansowych, walutowych i giełdowych – czyli mało przyczynia się do podniesienia dobrobytu obywateli.
    A trzeba wiedzieć, że te dwa sektory są obecnie głównymi składnikami Dochodu Narodowego, sięgając w niektórych krajach 50 – 60% jego ogólnej wartości. Przemysł, rolnictwo, kopalnictwo, budownictwo gra coraz mniejszą rolę w tworzeniu Dochodu Narodowego.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24