Unia spowalnia wzrost dobrobytu*

 

Dlaczego teraz Europa rozwija się znacznie wolniej niż miało to miejsce w XIX wieku? Dlaczego integracja europejska nie powoduje, że ludziom żyje się coraz lepiej i taniej? Co hamuje wzrost dobrobytu?

 

„Zdanie ludzi, którzy się tym zagadnieniem zajmują, jest takie, że robotnik przy końcu XIX wieku otrzymywał dwukrotnie więcej od robotnika na początku XIX wieku. Należy stwierdzić duży postęp dobrobytu warstw robotniczych w ciągu XIX wieku. Poza tym mamy cały szereg urządzeń, które zaspokajają w dużej ilości nasze potrzeby, a które nie dają się uchwycić w cenach. Należy tu przede wszystkim oświetlenie. Jeżeli w dalszym ciągu weźmiemy pod uwagę kwestię kolei, tramwajów, taniość gazet i ich rozpowszechnienie, kino itp. rzeczy, które są dziś ogólnie stosowane, to zdajemy sobie sprawę z tego, że nawet warstwy najuboższe żyją obecnie na poziomie kilkakrotnie wyższym niż 100 lat temu [czyli na początku XIX wieku – TC]” – napisał w „Ekonomii politycznej” prof. Adam Heydel, wybitny międzywojenny ekonomista ze Szkoły Krakowskiej (zbiór jego dzieł przygotowuje do wydania Instytut Misesa). W tej samej książce dodał: „Przeciętny Anglik miał pod koniec XIX wieku cztery razy tyle dóbr, aniżeli zaraz po wojnach napoleońskich”. Warto przypomnieć, że wiek XIX to okres ciągłej deflacji, która oznaczała coraz większą siłę nabywczą pieniądza, co jeszcze bardziej obniżało koszty życia.

Niestety mimo tego, że dzięki wzrostowi gospodarczemu, postępowi cywilizacyjnemu i ogólnemu rozwojowi z roku na rok powinno nam się żyć coraz lepiej, to w Eurokołchozie żyje się coraz gorzej. Obciążenia fiskalne są coraz wyższe, mamy coraz więcej szkodliwych regulacji, zwiększa się biurokracja, a to z kolei prowadzi do coraz wyższych cen wszystkiego. W wyniku uchwalania przez unijne organy decyzyjne coraz to nowszych regulacji i praw ciągle słyszymy tylko o coraz wyższych kosztach z coraz bardziej wymyślnych powodów, które muszą ponosić mieszkańcy Unii Europejskiej. Przeciętny robotnik w XIX wieku odczuwał to, że zarabia coraz więcej i staje się coraz bogatszy, na coraz więcej go było stać, w przeciwieństwie do mieszkańca dzisiejszej Unii Europejskiej, który widzi tylko coraz wyższe ceny w sklepach i na rachunkach za wszystko. Deflacja w Unii nie istnieje. Dodatkowo wolność mieszkańca UE jest coraz bardziej tłamszona.

 

Integracja załamuje się

 

Unijna integracja załamuje się w najważniejszych kwestiach. Promowany przez Brukselę układ z Schengen pruje się coraz widoczniej. Najpierw kilka unijnych krajów (Niemcy, Francja, Finlandia, Holandia) było przeciwnych, by do umowy przystąpiła Bułgaria i Rumunia. Potem Włochy i Francja chcieli zawiesić układ z Schengen i przywrócić kontrole wewnętrznych granic państw grupy w związku z napływem nielegalnych imigrantów z Afryki Północnej. W 2010 roku saksońska chadecja zaproponowała tymczasowe przywrócenie kontroli na granicach z Polską i Czechami. Z kolei Dania, po decyzji parlamentu w Kopenhadze, bez pytania innych państw członkowskich rozpoczęła kontrolę na swoich granicach.

Obok inicjatywy Schengen pada sztandarowy projekt unii walutowej. Co chwilę słyszy się pogłoski o możliwości wykluczenia ze strefy euro Grecji czy innych państw. Nad wystąpieniem zastanawiają się Niemcy. Drastycznie pogarsza się sytuacja finansowa państw strefy euro, co przybiera bardzo już niebezpieczną postać. Do Grecji, która w każdej chwili może zbankrutować, dołączają kolejne państwa z rosnącym i tak już gigantycznym długiem publicznym: Portugalia, Irlandia, Włochy, Cypr, Hiszpania czy Belgia. Jak się można było spodziewać, pierwszy pakiet pomocowy dla Grecji nie spełnił swojego zadania i zadłużenie kraju zamiast spaść, w ciągu roku wzrosło z około 115 procent PKB do 155 procent i prawdopodobnie jeszcze wzrośnie do 170 procent, a może i więcej. Wysokie i szybko rosnące jest zadłużenie także tych państw, które pomagają bankrutom – Niemiec czy Francji. – Jeśli strefa euro miałaby upaść, to Europa długo nie przetrwa – mówił podczas dyskusji w Parlamencie Europejskim Jacek Rostowski, minister finansów, popierając mimo wszystko dalszą integrację strefy euro i ostrzegając przed „katastrofą wojenną” w Unii. Ale chociaż w dobrym kierunku podejmowane są reformy strukturalne w państwach-bankrutach, które są wymuszone przez złą sytuację gospodarczą. Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, które dają pieniądze, w zamian żądają zmian, które w przyszłości wyjdą tym krajom na dobre: reformy finansów publicznych skutkujące zmniejszeniem wydatków, deficytów oraz długu czy prywatyzacja majątku państwowego.

 

Absurd goni absurd

 

Tymczasem w całej polityce unijnej absurd goni za absurdem, a hipokryzja wystaje niemal z każdej dyrektywy. Z jednej strony Bruksela żąda od bankrutującej Grecji i innych państw ograniczania deficytów budżetowych, a z drugiej strony Komisja Europejska zwiększa unijny budżet. Z jednej strony UE dotuje rolników produkujących tytoń, a z drugiej strony prowadzi politykę, która ma na celu ograniczanie palenia papierosów. Unia dotuje wszystko co się rusza i nie ucieka na drzewo. 200 euro dopłat do pola otrzymał rolnik ze Szwecji, który uprawiał… marihuanę, a aż 30 mln euro z unijnych funduszy zostało zainwestowane w nielegalną budowę hoteli na Wyspach Kanaryjskich.

Z jednej strony Bruksela wypłaca gigantyczne dotacje dla rybaków i marnuje pieniądze podatników na kampanie reklamowe, żeby ludzie jedli więcej ryb, a z drugiej wprowadza ograniczenia i limity dotyczące połowów różnych gatunków ryb czy też nakazuje likwidację flot rybackich, jak to było na przykład w Polsce czy teraz jest w kandydującej do członkostwa Chorwacji. Z jednej strony wprowadza się limity w produkcji płodów rolnych, a z drugiej za 2 mln euro promuje się jedzenie… owadów! Unia Europejska, która chce być tak bardzo ekologiczna, nie zgodziła się, by akcyzą nie obejmować węgla produkowanego z hałd pokopalnianych, co jest działaniem wybitnie ekologicznym. To wszystko to oczywiście efekt działań różnych grup lobbingowych o sprzecznych interesach, które w rzeczywistości stoją za uchwalanymi w Brukseli prawami.

 

Brak wspólnoty interesów

 

Unia jako silny podmiot na arenie międzynarodowej powinna być wykorzystywana do promocji i wsparcia takich strategicznych projektów, jak gazociąg Nabucco czy eksploatacja gazu łupkowego, których celem powinno być zmniejszenie uzależnienia krajów członkowskich od rosyjskiego gazu. Gazociągiem Nabucco gaz do Europy popłynąłby z Iranu, Azerbejdżanu i Turkmenistanu. Co to dla Unii kilkanaście miliardów euro na zbudowanie takiego rurociągu z takimi ważnymi konsekwencjami gospodarczymi w sytuacji, gdy cztery razy więcej rocznie marnuje się na szkodliwą Wspólną Politykę Rolną? Jednak problem polega na tym, że gazociąg Nabucco uderza w strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, więc Niemcom, którzy mają decydujący głos w Unii, nie zależy na jego budowie. Kiedy zależało im na Gazociągu Północnym przez Bałtyk, bardzo szybko załatwili sprawę ze swoimi rosyjskimi kolegami i rura już jest gotowa do przesyłu.

Z kolei w imię interesów francuskiego lobby energii atomowej i rosyjskiego Gazpromu, strategicznego partnera Niemiec, Unia prawdopodobnie ukręci łeb mogącemu przynieść Polsce wielkie korzyści projektowi wydobycia gazu łupkowego. Istnieją obawy, że Unia chce tak uregulować problematykę gazu łupkowego, aby nie tylko utrudnić, ale być może nawet całkowicie zablokować jego eksploatację na przykład w ten sposób, że stanie się ona nieopłacalna! „Jest jednak nadzieja… Skoro ślimak to ryba, a marchewka to owoc, może gaz łupkowy zrobimy na węgiel?” – napisał z ironią na portalu korwin-mikke.pl niejaki lymianin. A może jeszcze lepiej gaz łupkowy przemianować na energię wiatrową, bo przecież węgiel też jest w Unii dyskryminowany?

Tak wyglądają korzyści naszego kraju z członkostwa w UE i możliwości współdecydowania (zamiast suwerennego decydowania) o swoim losie. W nagrodę na otarcie łez otrzymujemy ochłapy w postać drogo nas kosztujących dotacji. Jak wyliczyłem w artykule w tygodniku „Najwyższy CZAS!” gigantyczne koszty wynikają z samego faktu korzystania z dotacji unijnych i w znacznej mierze przekraczają one wartość tych subwencji. To dotacje unijne zatopiły Grecję i podobnie będzie z Polską. Jednak dotacje to tylko część rzeczywistości. Członkostwo w Unii Europejskiej w sposób bezpośredni przekłada się na wyższe koszty życia – podatki i regulacje ingerujące w rynek robią swoje.

 

Rosnące opodatkowanie

 

Ostatnio Komisja Europejska przedstawiła nowe minimalne stawki podatku dla produktów energetycznych, takich jak energia elektryczna, gaz czy paliwa, co oznacza konieczność drastycznego podniesienia podatków nałożonych na te produkty we wszystkich krajach unijnych. Jak podaje Interia.pl, minimalna stawka LPG wzrośnie z obecnych 125 euro… do 500 euro za tysiąc kg, czyli aż czterokrotnie, co oznacza, że cena litra LPG na polskich stacjach skoczy z obecnych 2,3-2,7 zł do ok. 3,6-4 zł. Opodatkowanie benzyny ma wzrosnąć z 359 euro do 360 euro za tysiąc litrów, a ropy z 330 do 390 euro. Najwięcej, bo ponad 13-krotnie może wzrosnąć minimalna stawka za węgiel i koks – z 0,15 euro do 2,04 euro za GJ, co oznacza wzrost ceny tony węgla w Polsce z obecnych około 700 zł, do nawet 1200 zł! Już za dwa lata Polacy za energię elektryczną będą płacili co najmniej 30 procent więcej niż teraz – ostrzega „Rzeczpospolita”, podkreślając, że będzie to pierwszy efekt unijnej polityki ochrony klimatu, która nakazuje kupować przez elektrownie uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. Szacuje się, że do roku 2030 ceny energii w Polsce wzrosną o 60 procent. To z powodu unijnych regulacji bezpieczeństwa i ekologicznych znacznie podrożeją również ceny biletów lotniczych.

To Unia podnosi cła na papier z Chin i wprowadziła regulacje na chińskie zabawki, które nie będą mogły zawierać różnych środków chemicznych tylko po to, by te nie miały dostępu do unijnego rynku. Pomimo zaleceń Światowej Organizacji Handlu Unia nie zwolniła z ceł importowych sprzętu elektronicznego (płaskie monitory, telewizory i urządzenia wielofunkcyjne) przywożonego z Japonii, Tajwanu i USA. Także wysokie unijne cła na banany z krajów Ameryki Łacińskiej powodowały wyższe ceny tego owocu.

 

Kosztogenne regulacje

 

Ekologiczna polityka Brukseli powoduje między innymi to, że plantacje rzepaku, z którego produkuje się biopaliwa zastępują lasy, co narusza różnorodność biologiczną. Ponadto pola rzepaku wypierają miejsca, na których mogłyby rosnąć produkty żywnościowe. A mniej ziemi rolnej na cele żywnościowe oznacza wyższe ceny produktów rolnych. Unijny zielony protekcjonizm blokuje też import tanich biopaliw z zagranicy, takich jak na przykład olej palmowy z Indonezji czy Malezji, posiadający znacznie lepsze właściwości ekologiczne od olejów rzepakowych czy sojowych. Ceny żywności w UE będą rosnąć także za sprawą protekcjonizmu i przymusowego oznakowania produktów spożywczych informacjami ekologicznymi. – Największym programem ograniczającym konkurencję na rynku żywności pozostaje unijna Wspólna Polityka Rolna, której budżet wyniósł 43,8 mld euro w 2010 r. – napisał w „Gazecie Finansowej” dr Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji. – Zielony protekcjonizm – wprowadzanie tylnymi drzwiami barier dla wolnego handlu pod pozorem troski o środowisko naturalne – będzie skutkował dalszym wzrostem cen żywności – dodał.

To przez unijne limity produkcji cukru i konieczność zamykania w Polsce cukrowni w naszym kraju w pewnym okresie brakowało tego produktu spożywczego, a jego cena znacznie wzrosła. To Unia wymyśliła tzw. świadectwa energetyczne dla domów i mieszkań (określają one wielkość zużywanej energii przez dany budynek, czy lokal w ciągu roku), które podnoszą ich ceny. Z tego powodu mogą wzrosnąć czynsze, gdyż od stycznia 2013 roku mają też obowiązywać skuteczne i odstraszające kary dla właścicieli i zarządców budynków, którzy nie uzyskali świadectwa energetycznego nieruchomości. Na skutek unijnych decyzji, a w imię interesów koncernów międzynarodowych, stopniowo wycofywane są z rynku tradycyjne żarówki i zastępowane są kilkukrotnie droższymi świetlówkami energooszczędnymi, których cena ciagle rośnie. Konieczność wypełniania unijnych dyrektyw oznacza konieczność przeprowadzenia w Polsce ogromnych i kosztowych inwestycji obejmujących budowę lub przebudowę oczyszczalni ścieków, stacji uzdatniania wody oraz sieci wodociągowych i kanalizacyjnych, a pieniądze na to będą pochodziły z podwyżki cen za dostarczanie wody i odprowadzanie ścieków. Oficjalnie w imię ekologizmu, a w rzeczywistości z wyniku lobbingu Komisja Europejska planuje też wprowadzić dyrektywę, która zobowiąże właścicieli domów do wymiany pryszniców, kranów i spłuczek w ubikacjach na takie, dzięki którym zużywa się mniej wody, a stacje paliw w Wielkiej Brytanii będą musiały wymienić dystrybutory.

 

Dyrektywy to wielki przekręt

 

W efekcie unijnej, jak i krajowej polityki rosną ceny niemal wszystkiego: paliw, energii elektrycznej, gazu, produktów spożywczych, wody, nieruchomości, transportu publicznego, książek. Z kolei te koszty powodują, że rosną też ceny usług. Polacy muszą więc szukać oszczędności. Popularne są dyskonty, szmateksy i sprowadzanie starych samochodów z zagranicy. Ludzie widzą, co się dzieje. Z sondażu na portalu Interia.pl wynika, że zaledwie 4 procent osób biorących udział w badaniu uważa, iż unijne dyrektywy (w tym przypadku chodziło o wycofywanie z rynku tradycyjnych żarówek) są słuszne! 62 procent czytelników Interii uważa, że jest to wielki przekręt i chodzi wyłącznie o pieniądze, a 34 procent – że kupujący sami, a nie unijny komisarz, powinni móc zadecydować, którą żarówkę nabyć.

Już w XX-leciu międzywojennym ekonomiści wiedzieli, że to, co robi teraz Unia jest niewłaściwe. Nie powinno się uchwalać prawa obowiązującego na terenie tak zróżnicowanych pod każdym względem obszarów, jakimi są państwa Unii Europejskiej. Inaczej jest w Portugalii, a inaczej w Estonii. Co innego dzieje się w Szwecji, a co innego w Grecji. „Każdy kraj z każdego punktu widzenia, a specjalnie gospodarczego przedstawia się jako samodzielny i indywidualny ośrodek, na którego przenieść niepodobna w zupełności wszystkich form życia obcego” – napisał prof. Adam Heydel w publikacji „Stosunki społeczne i gospodarcze Rosji współczesnej”. Czyżby słowa prof. Heydla sprawdzały się w praktyce, kiedy upada projekt wspólnej waluty i wali się jedność strefy Schengen? A mimo to komisarze i liderzy unijnych państw idąc w zaparte, chcą stworzyć unię fiskalną! Ostatnio Jose Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, apelował do unijnych państw o pogłębienie integracji gospodarczej i budżetowej Eurokołchozu.

„Od czasu rozpoczęcia „harmonizowania” prawa polskiego z unijnym w 1994 r. wprowadzono w Polsce liczne, drobiazgowe regulacje, które stworzyły niezliczone bariery, „standardy”, limity dla różnorodności i wolności inicjatywy społecznej i gospodarczej. Europejski styl regulacji prawnej kojarzy się z metodami praktykowanymi w Polsce w czasach socjalistycznego, ręcznego sterowania życiem społecznym i głębokimi ingerencjami w życie człowieka” – napisała w „Naszym Dzienniku” prof. Krystyna Pawłowicz. Czy pozostaje nam już tylko modlitwa o jak najrychlejszy upadek Unii Europejskiej, a wraz z nią wszystkich szkodliwych podatków, przepisów i regulacji?

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 10 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2011 r.

Jedna odpowiedź to “Unia spowalnia wzrost dobrobytu”

  1. Ernest pisze:

    Uważam, że unia jest zła to rodzaj dyktatury europejskiej który z prawdziwą wolnością nie ma nic. To machina zarabiająca pieniądze dla bogatych

Zostaw odpowiedź

web stats stat24