Tusk jedno mówi, drugie robi*

Podczas kampanii wyborczej do parlamentu Donald Tusk okłamywał, że po wygranych przez PO wyborach zostanie wprowadzona obniżka podatków, w tym podatku VAT do 15 proc. (słynne 3 x 15 proc. – VAT, CIT i liniowy PIT). Oczywiście nic z tego nie wyszło, Platforma Obywatelska nawet nie przygotowała odpowiedniego projektu ustawy, nie mówiąc o przeforsowaniu go w parlamencie.

Kłamstwo w kampanii wyborczej można wybaczyć. Choć nie powinno tak być, że w kampaniach wyborczych oszukują, zmyślają i manipulują wszyscy politycy. Jednak Donald Tusk, kiedy już został premierem, kłamał nadal. Już co prawda, nie mówił, że obniży podatki, ale zapewniał wielokrotnie, iż nie zostaną one podniesione. Ja też osobiście byłem naocznym świadkiem takich deklaracji na jednym ze spotkań z premierem. Podczas wizyty Donalda Tuska na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w czerwcu 2009 roku zarzekał się on, że za jego rządów nie dojdzie do podwyżki żadnych podatków. Premier dodał, że wszelkie informacje medialne na temat podwyżek podatków są wymysłem dziennikarzy i że jego rząd nie ma planów podniesienia żadnych podatków w Polsce. Minął rok i mamy festiwal podwyżek podatków przez ekipę premiera Tuska.

Najgorszym posunięciem jest podniesienie podatku VAT z 7 proc. na 8 proc. i z 22 proc. na 23 proc. Zaszkodzi to dokładnie wszystkim, w tym także samym winowajcom tego idiotycznego pomysłu. Wyższy VAT będzie niekorzystny dla gospodarki, bo wzrosną koszty i nie pozostanie to bez wpływu na wzrost gospodarczy czy wyższe bezrobocie, bo przedsiębiorcy będą mniej konkurencyjni na rynku, ich sprzedaż zmniejszy się i przez to będą mieli mniej pieniędzy na inwestycje. Wyższy VAT będzie niepomyślny dla zwykłych obywateli, bo wzrosną ceny wszystkich towarów (tak się stało po podniesieniu VAT-u w Rumunii w lipcu br.). Ponadto zwiększy się szara strefa. Pojawiły się głosy, że być może część kosztów, związanych z podwyższeniem tego podatku, wezmą na siebie przedsiębiorcy, ale chyba tylko naiwniacy w to wierzą. Biznes to nie jest działalność charytatywna i musi na siebie zarabiać, bo inaczej zbankrutuje. Firmy ubezpieczeniowe już zapowiadają podwyżki polis, gdyż wyższy VAT oznacza droższe naprawy oraz większe koszty własne towarzystw ubezpieczeniowych oraz sprzedających polisy, bo zdrożeją także reklamy. Więcej zapłacimy też na paliwo. A jak wiadomo, wzrost kosztów transportu pociągnie za sobą podwyżki wszystkich towarów, bo muszą być one przewożone.

Poprzez wyższy VAT spadną notowania Platformy Obywatelskiej, rządu PO-PSL i samego Donalda Tuska, a także prezydenta Bronisława Komorowskiego, który podpisze odpowiednią ustawę. Według różnych sondaży podwyżkę podatku VAT akceptuje zaledwie 6-14 proc. Polaków, czyli aż około 90 proc. jest przeciwko temu szkodliwemu pomysłowi! W opozycji do zwiększania obciążeń Polaków jest Prawo i Sprawidliwość. Artur Górski, poseł tej partii, zaapelował, by organizacje funkcjonujące poza Sejmem zawiązały Ruch Obrony Podatników. Propozycję podnoszenia VAT-u krytykują też oba odłamy Unii Polityki Realnej. Magdalena Kocik, prezes jednego z odłamów partii, w apelu do premiera pisze: „Wyższy VAT to nie tylko droższe paliwo i elektryczność, ale praktycznie wszystkie towary, w tym żywność, ponieważ wyższe koszty transportu wpływają na ceny wszystkich produktów. Przed skutkami tej podwyżki nie obronią się więc najbiedniejsi”. Z kolei UPR Stanisława Żółtka namawia wszystkich, by przyłączyli się do akcji wysyłania maili do Ministerstwa Finansów ze sprzeciwem wobec planów podwyższenia podatku VAT.

Premier Tusk tłumaczy, że poprzez wyższy VAT chce uzyskać dla budżetu państwa ponad 5 mld zł, by dzięki temu wstrzymać wzrost deficytu, a jednocześnie nie zmniejszać wydatków państwa. Donald Tusk nie chce obniżać wydatków państwa, by… współfinansować inwestycje ze środków unijnych, na co tylko w 2011 roku będzie potrzeba aż 70 mld zł (czyżby Unia chciała nas wykończyć dotacjami?)! I w tym tkwi cały błąd. Po pierwsze, ludziom, którzy będą wydawać więcej na potrzebne towary, zabraknie pieniędzy na inne wydatki. Konsumpcja się zmniejszy. Tak więc Tusk nie wyrwie od Polaków tych dodatkowych 5 mld zł, bo ich po prostu nie mają. Po drugie, błąd tkwi w rozumowaniu, że nie należy obniżać państwowych wydatków, by zmniejszać deficyt. Właśnie TO należy robić! Tymczasem wszelkie wydatki publiczne są szkodliwe, dlatego im są mniejsze, tym lepiej dla gospodarki i obywateli. Czyżby Tusk-liberał o tym nie wiedział? Mało tego, skoro tak tragiczna jest sytuacja finansów publicznych, dlaczego nie ogranicza się choćby biurokracji, a wręcz przeciwnie – nadal jest ona rozdymana, co jest złamaniem kolejnej obietnicy wyborczej Tuska i PO (kilka innych niezrealizowanych obietnic wyborczych tego rządu wymienia „Dziennik Gazeta Prawna”: autostrady, niższy deficyt, mniejsze bezrobocie czy jednomandatowe okręgi wyborcze). Tylko w ciągu ostatniego roku zatrudnienie w ministerstwach wzrosło aż o 16 proc.! Od początku rządów PO liczba urzędników zwiększyła się o 61,4 tys. osób, osiągając niewiarygodny poziom 633,6 tys. biurokratów!

Co gorsza, zdaniem ekspertów rząd PO-PSL, mający większość w Sejmie i swojego prezydenta, nie poprzestanie na 23-procentowym VAT-cie, lecz w dalszej kolejności podniesie go do maksymalnego dopuszczalnego w Eurokołchozie poziomu 25 proc., czyli do poziomu, jaki obowiązuje w zsocjalizowanej Szwecji i Danii! Ponadto stawka VAT na żywność nieprzetworzoną (na przykład warzywa i owoce, mięso, ryby, mąka i kasze) ma wzrosnąć z 3 proc. do 5 proc.

Oczywiście podwyżka VAT-u to nie wszystko, co przygotowuje dla nas rząd Tuska, który nie mówi prawdy. Jacek Rostowski, minister finansów, jak co roku, także w tym, zwiększył średnio o 2,6 proc. maksymalne stawki podatków lokalnych, które nakładają władze samorządowe – w związku z tym od nowego roku prawdopodobnie w większości gmin wzrosną podatki od nieruchomości, od środków transportu i inne lokalne. Ponadto zdaniem Waldemara Pawlaka, wicepremiera i ministra gospodarki, minister Rostowski – dzięki niejasno określonym zmianom – ma zamiar podnieść 7-procentowe stawki VAT: na żywność, leki oraz artykuły dla dzieci. Poza tym Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego chce nałożyć na kupujących cyfrowe aparaty fotograficzne opłatę, która rzekomo miałaby wyrównywać twórcom straty, jakie ponoszą z tytułu tzw. dozwolonego użytku osobistego. Ministerstwo Gospodarki chce zlikwidować ulgę w podatku akcyzowym na biokomponenty dolewane obowiązkowo do paliw, co zdaniem Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego spowoduje wzrost ceny litra paliwa o kolejne 5-7 groszy. Ma też wzrosnąć akcyza na papierosy i tytoń, a jest także karuzela innych propozycji: podniesienia podatków dochodowych, wprowadzenia podatku bankowego i ekologicznego na stare samochody oraz nowej opłaty gazowej czy wzrostu składki rentowej.

Tymczasem sytuacja polskich finansów publicznych pod rządami „liberalnej” Platformy Obywatelskiej z roku na rok jest coraz gorsza. Fakty są bezlitosne dla władzy. Drastycznie wzrosły wydatki publiczne – z 41,5 proc. PKB w 2007 roku do 47,4 proc. PKB w 2010 roku. W przyszłym roku deficyt budżetowy trzeci rok z rzędu ma wynieść około 7 proc. Podatnicy coraz więcej płacą na obsługę długu publicznego – za rządów PO wzrosła ona z 26 mld zł do prawie 35 mld zł w 2010 roku. Na obsługę długu państwo wydaje więcej niż na obronę narodową i bezpieczeństwo publiczne z ochroną przeciwpożarową razem wzięte! W ciągu 2,5 roku rządów PO-PSL zadłużenie sektora finansów publicznych wzrosło z 502 mld zł (koniec 2007 roku) do około 710 mld zł (sierpień 2010 roku), czyli o około 42 proc.! Jak podaje Henryk Kowalczyk, poseł PiS, w grudniu 2007 roku zadłużenie przypadające na jednego mieszkańca Polski wyniosło 12,6 tys. zł, podczas gdy 2 lata później wzrosło do 18 tys. zł! Oficjalnie aktualny dług polskich finansów publicznych przekroczył dopiero 50 proc., jednak niezależni eksperci podają znacznie bardziej nieprzyjemne liczby. Janusz Jabłonowski z NBP oznajmił, że zadłużenie Polski przekracza 3 biliony zł, czyli 220 proc. PKB, gdyż do oficjalnego długu należy doliczyć jeszcze dług ukryty, czyli między innymi zaległe płatności w ochronie zdrowia czy systemie rentowym. Z kolei z wyliczeń waszyngtońskiego Instytutu Katona wynika, że Polska jest najbardziej zadłużonym krajem w Eurokołchozu, a obecne i przyszłe zobowiązania polskich finansów publicznych przekraczają 1500 proc. PKB (niewiarygodna suma około 20,5 biliona zł)! W tej sytuacji należy poprzeć stowarzyszenie KoLiber, które zbiera podpisy pod petycją do posłów Rzeczpospolitej Polskiej z prośbą o wpisanie do Konstytucji artykułu zakazującego dalszego zadłużania państwa.

Zresztą fatalne decyzje podatkowe podejmowane są nie tylko w Polsce. Rumunia chce od 2011 roku zlikwidować 16-procentowy liniowy podatek od dochodów osób fizycznych, jednocześnie od lipca br. podnosząc VAT z 19 proc. do 24 proc., co już spowodowało, że wszystko podrożało. Brytyjscy konserwatyści podnieśli VAT z 17,5 proc. do 20 proc. Od lipca Hiszpania zwiększyła VAT z 16 proc. do 18 proc., a Grecja z 21 proc. do 23 proc. Na dodatek Komisja Europejska chce wprowadzić podatek ogólno unijny, któremu na szczęście sprzeciwia się coraz więcej państw członkowskich. W Japonii różne podatki chce podnosić lewicowa Partia Demokratyczna. Australijska Partia Pracy forsuje nowy kontrowersyjny podatek na dochody branży górniczej. Karaibskie państewko Saint Kitts i Nevis wprowadzi podatek VAT w wysokości 17 proc. i 10 proc. podatek od zakwaterowania turystów. Władze malutkiego Palau na Pacyfiku zaaplikowały całą gamę nowych podatków: podatki dochodowe (od 6 do 14 proc.), podatek hotelowy (15 proc. lub 15 USD za noc), podatek od nurkowania (5 USD za dzień nurkowania) oraz podatek od wjazdu do kraju (20 USD).

A już prawdziwa rewolucja podatkowa szykuje się w rządzonych przez lewicowego prezydenta Baracka Obamę Stanach Zjednoczonych, których gospodarka pod jego szkodliwymi pomysłami coraz bardziej chyli się ku upadkowi. Niedługo kończą się wprowadzone przez prezydenta Jerzego W. Busha znaczne ulgi podatkowe od dochodów osób fizycznych, których Murzyn nie zamierza przedłużać, a jednocześnie Partia Demokratyczna przebąkuje o konieczności obciążenia amerykańskich obywateli nowym haraczem – podatkiem VAT, którego fatalnych skutków Amerykanie nie mieli jeszcze szczęścia poznać. Nie wspominając o wprowadzeniu „drobnej” 10-procentowej akcyzy na usługi solaryjne. Jak pisze Jan Northdurft z wolnorynkowego Instytutu Heartland, VAT może prowadzić do zahamowania wzrostu gospodarczego USA oraz zwiększenia innych podatków, gdyż jak wykazują badania amerykańskiej Izby Handlu, w państwach, gdzie obowiązuje VAT, wydatki publiczne wzrastały o 45 proc. szybciej niż w krajach bez tego podatku. Poza tym VAT jest kosztowny w administracji i księgowaniu. Oczywiście podnoszenie podatków na całym świecie to skutek wcześniejszego wprowadzenia tzw. pakietów stymulacyjnych, które spowodowały większe dziury budżetowe i lawinowo rosnące zadłużenie publiczne w państwach, które zastosowały to szkodliwe, interwencjonistyczne à la Keynes „lekarstwo” na kryzys. Z raportu republikańskich senatorów wynika, że jedyna rzecz, która przyspieszyła dzięki stymulacji, to rosnąca dziura budżetowa USA, która zwiększyła się o 23 proc. i w tym roku osiągnie rekordowe 1,47 biliona USD. Zadłużenie publiczne Stanów Zjednoczonych przekroczyło 13 bilionów USD, sama obsługa amerykańskiego długu publicznego to wydatek ponad 200 mld USD rocznie, a po pakietach stymulacyjnych ma ona wzrosnąć nawet do 700 mld USD rocznie.

Polska pod rządami PO co roku zsuwa się, jeśli chodzi o pozycję w międzynarodowych rankingach wolności gospodarczej. Kiedy na prośbę posła Tomasza Tomczykiewicza w maju 2009 roku przygotowałem raport, mający odpowiedzieć na pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy i możliwe rozwiązania, zaproponowałem kilka działań. Zasugerowałem przede wszystkim zmniejszenie podatków i wydatków publicznych, a także działania deregulacyjne. Jak wynika z najnowszych propozycji rządu Donalda Tuska, mój raport, który dość wysoko został oceniony przez posła Jarosława Gowina, prawdopodobnie tylko kurzy się gdzieś na partyjnej półce. A sam premier-kłamczuszek w najlepsze poprawia swoje sondaże wyborcze. Jak słusznie zauważył maci3k, komentator na portalu korwin-mikke.pl, „kiedyś, jak człowiek z honorem piastujący wysoką funkcję był publicznie przyłapany na oszustwie, strzelał sobie w łeb. W czasach bardziej ‘cywilizowanych’ podawał się do dymisji i zaszywał w lesie, potem zapanowała moda na ucieczkę z wali$ką do Izraela. Teraz jak widzimy, kłamca ów zgodnie z nową modą nie mówi o kłamstwie w ramach pokuty. Cóż, kolejny etap to chyba: skłamałeś, w nagrodę następna kadencja byś mógł się poprawić”.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 9 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2010 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24