Prywatyzować, ale z głową, Panie Grad*

Na świecie sporo się ostatnio dzieje, jeśli chodzi o przemiany własnościowe. W wielu krajach prowadzi się systematyczną prywatyzację, a w innych wyrywkową, doraźną. Są też niestety kraje, gdzie dominują procesy odwrotne – nacjonalizacyjne.

Wiele krajów, i to niezależnie od rządzącej opcji politycznej, decyduje się na prywatyzację tylko po to, by podreperować swoje dziurawe budżety. Dobre i to. Aby uniknąć kryzysu finansowego, jaki spotkał Grecję, portugalski rząd ogłosił Program na rzecz Stabilności i Wzrostu, którego celem jest prywatyzacja takich sektorów, jak bankowy, energetyczny, ubezpieczeniowy, papierniczy, pocztowy, kolejowy, stoczniowy i lotniczy. Dzięki prywatyzacji centrolewicowy rząd Portugalii ma nadzieję na uzyskanie wpływów w wysokości 6 mld euro w ciągu 4 lat, co pozwoli na redukcję długu publicznego o 4 proc. Po prywatyzacji firm energetycznych i cukrowni, teraz turecki rząd ze sprzedaży mostów i autostrad spodziewa się przychodu w wysokości prawie 10 mld USD. Chiny prywatyzują Agricultural Bank of China, trzeci co do wielkości chiński bank o olbrzymiej wartości 22 mld USD. Wbrew protestującym związkowcom, władze australijskiego stanu Queensland planują sprzedać aktywa o wartości ponad 13 mld USD, w których skład wchodzą między innymi nieruchomości portu oraz kolei. Centroprawicowy rząd w Nowej Zelandii chce, by do 2014 roku w Auckland powstało w pełni prywatne więzienie, gdyż zarówno jego budowa, jak i utrzymywanie za prywatne pieniądze jest znacznie tańsze (nawet o 20 proc.). Gaston Tong Sang, prezydent Polinezji Francuskiej, zaproponował prywatyzację państwowych i półpaństwowych przedsiębiorstw jako najlepszy sposób na wyciągnięcie państwa z kryzysu finansowego. Fidżi prywatyzuje elektrownie i drukarnie, Kuwejt zamierza sprzedawać sektor naftowy (czemu sprzeciwiają się związkowcy) i krajowe linie lotnicze, a Dubaj chce sprywatyzować przemysł energetyczny i odsalania wody. Rząd Japonii rozważa prywatyzację państwowych placówek, odpowiedzialnych za naukę i edukację, takich jak Narodowe Centrum Egzaminacyjne.

Z tych samych pobudek finansowych do prywatyzacji przymierzają się nawet niedemokratyczne reżimy. Iran w ciągu 1,5 roku zamierza sprywatyzować aż 524 firmy i uzyskać dzięki temu około 12,5 mld USD. Na sprzedaż mają iść między innymi dwie rafinerie ropy naftowej – Bandar Abbas i Abadan, a także fabryki samochodów – Saipa i Iran Khodro. Z kolei junta wojskowa rządząca Birmą wystawiła na sprzedaż między innymi 250 stacji benzynowych, największe w kraju linie lotnicze, magazyny i kina. Nawet komunistyczna Kuba planuje przekazać pracownikom około 100 państwowych salonów fryzjerskich i gabinetów piękności.

Dla odmiany podejmowane są także na świecie kroki przeciwne – nacjonalizacyjne, głównie w rządzonych przez komunistów krajach Ameryki Łacińskiej. Wenezuela już znacjonalizowała między innymi sektor telekomunikacyjny i naftowy, przemysł stalowy, wydobywczy, transportowy, elektryczny, a nawet spożywczy, a ostatnio dobiera się do kopalni złota. Łącznie w ciągu ostatnich czterech lat lewicowy rząd Hugo Chaveza znacjonalizował ponad 200 spółek różnych branż. Z kolei Boliwia pod rządami Evo Moralesa znacjonalizowała cztery spółki energetyczne (co poparł Kenneth Bell, szef unioeuropejskiej delegacji do Boliwii!) i teraz kontroluje 80 proc. produkcji prądu, a chętkę ma na miejscowe cukrownie. W marcu Nikaragua znacjonalizowała przemysł trzciny cukrowej, a Ekwador chce przejąć zagraniczne kompanie naftowe. Z kolei w RPA państwo przejmuje ziemię i farmy należące do białych farmerów, a lewicowy rząd Japonii wstrzymał prywatyzację poczty.

Tymczasem w Polsce Aleksander Grad, minister skarbu państwa, również z uwagi na dochody dla budżetu państwa, kontynuuje prywatyzację państwowych spółek. Nieważne z jakich pobudek, ważne, że kontynuuje. Szkoda tylko, że nie poprzez aukcje. Przecież wtedy wyciągnąłby większą kasę od inwestorów. Czy jest w tym jakieś drugie dno? Jak podaje strona Ministerstwa Skarbu Państwa od początku 2010 roku dochody z prywatyzacji wyniosły 7,2 mld zł, a od początku rządów koalicji PO-PSL (listopad 2007 roku) – ponad 16 mld zł, w tym sprzedano między innymi pierwszą kopalnię węgla kamiennego – „Bogdankę”, co należy uznać za przełamanie pewnego tabu. To całkiem sporo w porównaniu z niemal zatrzymanymi przekształceniami własnościowymi za rządów PiS. A ma być jeszcze lepiej – minister Grad poinformował, że tegoroczne przychody z prywatyzacji wyniosą 25 mld zł. Trwa prywatyzacja PZU, sektora chemicznego oraz kilku uzdrowisk; na warszawskiej giełdzie mają zadebiutować PGE, Tauron Polska Energia, kopalne węgla brunatnego „Konin” i „Adamów” oraz sama GPW. Jeśli nie w tym roku to w przyszłym ma zostać sprywatyzowany Bank Gospodarki Żywnościowej i LOT. A na przejście w ręce prywatne czekają jeszcze setki mniejszych państwowych firm, jak fabryka drutu, wydawnictwo czy wytwórnia octu i musztardy.

Wszystko ładnie i pięknie, ale przykładem na to jak nie powinna wyglądać prywatyzacja jest Mennica Polska. Otóż jak poinformowało Ministerstwo Skarbu Państwa, resort wraz z Bankiem Gospodarstwa Krajowego sprzedał 42 proc. akcji Mennica Polska S.A. o wartości 347 mln zł, kończąc tym samym prywatyzację spółki. Problem polega na tym, że spółka ta jest jedynym producentem monet obiegowych i kolekcjonerskich w Polsce. Innymi słowy, ma zagwarantowany przez państwo monopol na prowadzenie tej działalności i nie ma żadnej konkurencji. Powstaje pytanie: dlaczego przed prywatyzacją nie zliberalizowano rynku produkcji monet, w wyniku czego monopol przeszedł z rąk państwowych do prywatnych? Bo właśnie w wielu cywilizowanych krajach przed prywatyzacją dokonuje się uwolnienia danego sektora spod państwowej kurateli. Pan Grad o tym nie wie? Tak było na przykład przed wszystkimi prywatyzacjami w Nowej Zelandii. W przeciwieństwie do krajów mniej cywilizowanych, jak na przykład Zambii, gdzie przed prywatyzacją państwowego koncernu telekomunikacyjnego Zamtel… wzmocniono jego monopolistyczną pozycję. Tymczasem w Polsce dzięki państwu będziemy mieli prywatny monopol ze szkodą, oczywiście, dla klientów tej spółki. A dla kogo mennica wytwarza swoje wyroby? Dla państwa, dla samorządów. A kto zapłaci więcej, niż gdyby istniał w tym sektorze wolny rynek? Podatnicy. I wszystko jasne.

Ale szkodliwa jest także sytuacja odwrotna – liberalizacja bez prywatyzacji, czego przykładem jest PKP. Dwie państwowe spółki kolejowe PKP Przewozy Regionalne oraz PKP Polskie Linie Kolejowe (które zarządzają kolejową infrastrukturą) nie potrafią się dogadać między sobą w sprawie spłaty długów, co spowodowało, że wstrzymano 48 pociągów pasażerskich. Co najmniej 20 tys. pasażerów zostało na peronach z biletami w rękach. Władze PLK mają rację, nie chcąc dalej kredytować spółki PKP PR, która jest im winna prawie 200 mln zł za korzystanie z torów, ale pamiętajmy, że do państwowych spółek kolejowych polski podatnik dopłaca rocznie ponad 1 mld zł. Dopiero teraz władze samorządowe województwa mazowieckiego, które są właścicielem Kolei Mazowieckich, doszły do wniosku, że aby ratować budżet, należy sprywatyzować tę spółkę, do której w ciągu ostatnich 5 lat dopłaciły prawie 1,5 mld zł.

Ale w ramach polskiej prywatyzacji dochodzi też do innych absurdów. Niejednokrotnie państwo niepotrzebnie wydaje duże pieniądze na przygotowanie prywatyzacji. Jak podaje „Dziennika Gazeta Prawna”, przygotowanie bezskutecznej prywatyzacji małej firmy transportowej Truck Center Nowiny, o obrotach 1 mln zł rocznie, w której państwo ma zaledwie 25 proc. udziałów, kosztowało podatników około 100 tys. zł! Olbrzymie sumy poszły też na ogłoszenia i memoranda w sprawie sprzedaży 49 proc. udziałów Warsu, choć było wiadomo, że nie kupi go nikt inny poza spółką PKP Intercity, która ma pozostałe 51 proc. udziałów.

Przy okazji prywatyzacji każdy chce wyciągnąć coś dla siebie. To dobrze, że większa grupa Polaków zainteresowała się sprzedażą przez giełdę akcji PKO BP czy ostatnio PZU. Ale dochodzi też do patologii, kiedy związki zawodowe próbują wymusić dodatkowe przywileje. W wyniku działań związkowców, którzy wynegocjowali zamrożenie zatrudnienia, w ciągu najbliższych lat, państwowe firmy energetyczne nie mają innego sposobu na zmniejszenie zatrudnienia, jak dobrowolne odejścia. Aby pracownicy byli do tego skłonni, konieczne jest zaproponowanie im horrendalnie wysokich odpraw. Jak podaje „Rzeczpospolita”, minimalna propozycja odprawy dla pracownika, który zgodzi się odejść z jednej z państwowych firm energetycznych wynosi 100-120 tys. zł! Tymczasem w polskiej energetyce na 1 MW mocy elektrowni zatrudnione są średnio około 3 osoby, podczas gdy w krajach rozwiniętych – jedna. To my, konsumenci prądu, zapłacimy za fanaberie związkowców. Z kolei z powodu absurdalnie wygórowanych żądań działaczy związkowych może w ogóle nie dojść do skutku prywatyzacja Kieleckich Kopalń Surowców Mineralnych. Sprzedawaną przez Ministerstwo Skarbu Państwa spółką jest zainteresowane, co prawda, dziewięć firm z Polski i zagranicy, ale związki zawodowe żądają między innymi 10-letnich gwarancji zatrudnienia dla załogi, premii prywatyzacyjnej w wysokości 20 tys. zł na zatrudnionego, 20-procentowej podwyżki pensji zasadniczej od nowego właściciela, a także… zegarki „dobrej marki” dla zatrudnionych z okazji 20-lecia pracy. Działacze związkowi nigdy nie pomagali w przekształceniach własnościowych polskiej gospodarki (zresztą nie tylko polskiej), ale tego typu żądania przechodzą wszelkie granice rozsądku.

* Niniejszy wywiad został opublikowany w 6 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2010 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24