Poczujemy niewielką ulgę*

Po dotychczasowych decyzjach Zyty Gilowskiej, wicepremier i minister finansów, nie można było się spodziewać, że wreszcie dojdzie do skutku jakieś korzystne dla kraju jej działanie. Tymczasem minister Gilowska dopięła swego i poparł ją nawet sejm (oprócz 37 lewicowych posłów, którzy wstrzymali się od głosowania, pozostali poparli reformę), skutkiem czego jeszcze w tym roku podatnicy poczują ulgę w postaci płacenia niższej składki rentowej, a co ważniejsze, zyskują również pracodawcy. Obniżka ta zrekompensuje nawet wcześniejsze podniesienie akcyzy na benzynę wraz z podatkiem Religi i uchwalonym przez parlament nieuzasadnionym i szkodliwym obowiązkiem jazdy na światłach w dzień. Można mówić o pewnym przełomie w stale rosnącym fiskalizmie, ale na pewno nie mamy do czynienia ze zmianą radykalną, jak sugerują niektórzy eksperci. Ponadto Gilowska opowiada się za ulgą prorodzinną w postaci kwoty wolnej od podatku (ponad 3 tys. zł na każde dziecko w rodzinie), co pozostawi kolejne pieniądze w portfelach polskich rodzin. Do tego dojdzie zmiana zasad opodatkowania energii elektrycznej, co spowoduje, że odbiorca zapłaci mniejszą akcyzę o około 10%. No ale przecież skądś te pieniądze muszą być. Zapłacą palacze, bo zgodnie z projektem Ministerstwa Finansów wzrośnie akcyza na wyroby tytoniowe. Zapłacą też właściciele domów, ponieważ Ministerstwo Budownictwa chce wprowadzić nowy 5% podatek od wartości gruntów objętych planami miejscowymi, których właściciel nie chce sprzedać. Jednak najbardziej może uszczuplić nasze portfele ewentualny  podatek katastralny; miejmy nadzieję, że spekulacje na temat jego wprowadzenia okażą się wyssane z palca. Podsumowując tematykę podatkową, należy stwierdzić, że podczas rządów PiSu coś drgnęło na lepsze. Prorynkowe Centrum im. Adama Smitha ogłosiło, że w tym roku dzień wolności podatkowej jest obchodzony 8 dni wcześniej niż w roku ubiegłym. Dawno nie nastąpiło tak znaczne polepszenie sytuacji polskiego podatnika. Czekamy na więcej.

Polski sejm poparł też rząd stojący twardo na stanowisku niegodzenia się na system głosowania na zasadzie podwójnej większości zapisany w Traktacie Konstytucyjnym UE, optując za tzw. systemem pierwiastkowym. To, jaki będzie system głosowania, ma niewielkie znaczenie, ale działania te mają inny niezamierzony, a bardzo pozytywny skutek: mogą znacznie opóźnić wdrażanie europejskiej konstytucji (niestety te przypuszczenia okazały się być płonne). Tymczasem Parlament Europejski zajmuje się… definicją wódki. Ciekawe kiedy zajmie się definicją brudu w skarpetkach? To jest żenujące, żeby poważne międzynarodowe ciało zajmowało się takimi sprawami, jak definicja wódki, oscypka, banana, marchewki itp. Każdy wytwórca powinien móc nazywać swój produkt, jak mu się podoba i to klienci zakupami zdecydują, czy było to trafne posunięcie, czy też nie. Na pewno nie jest to kwestia na tyle ważna, aby zajmowano się nią na forum międzynarodowym, chyba że nic lepszego nie ma do roboty. Podobnie jak sprawa z teletubisiami, która została wymyślona chyba tylko po to, żeby odwrócić uwagę od problemów codzienności albo by pokazać, że Ewa Sowińska, Rzecznik Praw Dziecka, jest do czegoś potrzebna. Biorąc przykład z eurodeputowanych, z inicjatywy posłanki Elżbieta Łukacijewskiej z PO posłowie proponują, by wszystkie psy – bez względu na rasę – uznać za zwierzęta gospodarskie. To i tak lepiej, żeby posłowie zajmowali się takimi bzdurami, niż psuli prawo i nakładali kolejne haracze na społeczeństwo.

Ministerstwo Skarbu Państwa do końca tego roku zamierza zakończyć prywatyzację Zakładów Azotowych Tarnów, a Ministerstwo Transportu przyjęło harmonogram prywatyzacji PKP Intercity. Z kolei Sławomir Urbanek, wiceminister skarbu państwa, zapewnił w sejmie o gotowości prywatyzacji nawet 100% polskich stoczni, jednak proces ten się opóźnia, mimo że np. w przypadku Stoczni Gdynia domagają się tego zarówno zarząd, jak i pracownicy, a nawet związki zawodowe. Co gorsza, w związku z żądaniami Komisji Europejskiej zmniejszenia mocy produkcyjnych z pewnością ewentualna cena sprzedaży stoczni będzie znacznie niższa, niż mogłaby być bez tego ograniczenia. Według Instytutu Globalizacji „dalsze zwlekanie z prywatyzacją przemysłu stoczniowego może przynieść tylko jeden efekt – zadłużone zakłady nie przetrwają zimy”. Niestety obecny rząd, podobnie zresztą jak poprzedni z SLD, także nie robi nic, by sprywatyzować spółki węglowe. Prywatyzacji sprzeciwiają się zarówno roszczeniowe górnicze związki zawodowe, jak i mafia węglowa, która z państwowych spółek czerpie nielegalne dochody, okradając tym samym nas-podatników. Opóźnia się także liberalizacja państwowej poczty, nie mówiąc już o jej prywatyzacji, mimo że nie wywiązuje się ona ze swoich obowiązków. Wskaźniki terminów doręczania przesyłek są niższe od minimalnych wymagań określonych w rozporządzeniu ministra infrastruktury i nie spełniają też norm europejskich. W terminie trzech dni po wysłaniu poczta dostarcza do adresata zaledwie 60% listów ekonomicznych, nie wspominając o tym, jaki odsetek pozostałych w ogóle nie trafia do odbiorcy. Tymczasem Ministerstwo Skarbu Państwa stworzyło listę 77 państwowych firm nieprzeznaczonych do prywatyzacji. Cieszy tylko fakt, że spółki spoza listy mają jak najszybciej trafić do sprzedaży, także poprzez aukcje. Dobrym za to pomysłem jest projekt Ministerstwa Sprawiedliwości częściowej prywatyzacji zakładów karnych. Ponadto do 2012 r. mają powstać cztery więzienia sfinansowane przez prywatnych inwestorów. System prywatnych więzień doskonale sprawdza się w krajach anglosaskich. Tymczasem do końca maja br. dochody z prywatyzacji wyniosły zaledwie niecały 1 mld zł.

80% respondentów uważa, że nauczycielom należą się wyższe pensje, a 60% Polaków solidaryzuje się ze strajkującymi lekarzami. No to niech im płacą z własnej kieszeni – niech się samoopodatkują na ich rzecz. Niestety nie mają pieniędzy, bo rząd już im je zabrał w podatkach, obiecując, że zapewni darmową edukację i służbę zdrowia i nie do końca wywiązuje się ze swoich obietnic. Podobna sytuacja jest w RPA, gdzie protestują nauczyciele czy w Zimbabwe, gdzie z kolei strajkują lekarze. Niech zostanie ten państwowy, nieudolny system, ale równocześnie ci, co posyłają dzieci do prywatnych szkół lub leczą się prywatnie powinni mieć możliwość ulg podatkowych w wysokości 100% poniesionych wydatków do wysokości np. 90% zapłaconej składki na publiczną edukację czy ochronę zdrowia. To byłoby chociaż częściowo sprawiedliwe. Rząd nadal prowadziłby państwową edukację i publiczne szpitale, a ci co woleliby się uczyć i leczyć w prywatnych szkołach i szpitalach, na państwowe systemy płaciliby znikome podatki. Bo ludzie powinni mieć wybór, a obecny system powoduje, że przeciętnego obywatela na taki wybór nie stać (dlatego należy pochwalić pana Krzysztofa Olędzkiego, Rzecznika Praw Ucznia i Rodzica, który wezwał polityków do zniesienia przymusu szkolnego, likwidacji karty nauczyciela, wprowadzenia równych zasad finansowania wszystkich szkół). Tylko że w takiej sytuacji w krótkim czasie te państwowe instytucje popadłyby w jeszcze większą ruinę, gdyż większość ludzi przeszłaby do systemu prywatnego i nie miałby kto płacić na utrzymanie państwowego marnotrawnego systemu. Ale to już nie byłby problem wszystkich Polaków, tylko niewielkiej mniejszości. Jednak taki system też do końca nie byłby dobry, bo większość ludzi młodych płaciłaby całą składkę na służbę zdrowia, a nie chorowałaby, więc nic nie mogliby sobie odliczyć. Z kolei ci sami ludzie kilkadziesiąt lat później wydawaliby na prywatną służbę zdrowia kilka razy więcej, niż wynosi ich składka i nie mogliby w całości tych wydatków odliczyć od podatku. Czyli nie mogliby zaoszczędzić pieniędzy z młodości, by za nie wykupywać na starość prywatne usługi lecznicze.

Tymczasem dziennikarze „Wprost” postawili trafną diagnozę przyczyn strajku lekarzy. Ministrowie Zbigniew Religa, Zbigniew Ziobro i reszta rządu rozpoczęli nagonkę na biorących łapówki, skutkiem czego wielu lekarzy przestało je brać. Niektórzy pacjenci obawiają się, że w gabinecie może być kamera i z tego powodu przestali dawać łapówki. Tak więc zmniejszyły się te uzupełniające choć nielegalne dochody lekarzy. Trzeba być jednak świadomym faktu, że nawet gdyby lekarzom podniesiono pensje do takiej wysokości, o jaką walczą, to i tak nadal przyjmowaliby łapówki, ponieważ system pozostałby taki sam. Dlatego najlepszym rozwiązaniem jest całkowita prywatyzacja służby zdrowia, którą popiera Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy. Jednak nie jest to chyba możliwe za kadencji tej koalicji, choć premier Jarosław Kaczyński zastanawia się nad przeprowadzeniem referendum w tej sprawie. Tymczasem lekarze zwalniają się z pracy – i bardzo dobrze. Im szybciej zbankrutuje publiczna służba zdrowia tym lepiej. Na pewno część z lekarzy, którzy odeszli z pracy, wyjedzie za granicę, a część zatrudni się w prywatnych placówkach medycznych. A jak podają media, prywatna służba zdrowia w Polsce ma się doskonale. I dzięki napływowi nowych lekarzy na pewno będzie się jeszcze lepiej rozwijać z dobrym skutkiem dla swoich pacjentów. Nie strajkuje też żaden inny sektor prywatny. Dlaczego? Bo nie rządzą tam działające zwykle na szkodę polskich pracowników związki zawodowe i nie utrzymuje się on, w przeciwieństwie do sektora publicznego, z podatków, które w każdej chwili można podnieść, by spełniać zachcianki swoich pracowników, kosztem reszty społeczeństwa. Ubocznym skutkiem prywatyzacji byłby zanik tego typu strajków i protestów.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w nr 7/8 „Opcji na Prawo” z 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24