Paliwo nie stanieje*

 

W sytuacji drastycznych wzrostów cen ropy naftowej na rynkach światowych, które mogą powodować znaczne spowolnienia w gospodarkach, gdzie jest to podstawowy surowiec, najbardziej logicznym rozwiązaniem byłoby obniżenie obciążeń podatkowych nałożonych na ten towar.

 

Choć cena ropy na rynkach światowych nie wróciła jeszcze do rekordowych poziomów sprzed tzw. kryzysu finansowego (ponad 145 USD za baryłkę), to jej wysokość na poziomie około 120 USD za baryłkę (wraz z trendem wzrostowym) może być bardziej zabójcza dla gospodarki niż problemy banków. Z raportu Ernst & Young wynika, że jeśli ropa zdrożeje do 150 USD za baryłkę, to co najmniej jedno z państw strefy euro ogłosi bankructwo, a cały region wpadnie w recesję. Z raportu wynika, że droga ropa szczególnie zagraża gospodarce Irlandii, której PKB może spaść w tym roku z tego powodu o 3 proc., a także Hiszpanii, Grecji i Portugalii.

W tej sytuacji każdy racjonalnie myślący minister finansów powinien natychmiast podjąć decyzję o zmniejszeniu obciążeń fiskalnych nałożonych na produkty naftowe, tak jak zrobiono to w Polsce w 2005 roku, obniżając akcyzę o 25 gr na litrze benzyny. Oczywiście w ramach Eurokołchozu jest to możliwe tylko w bardzo ograniczonym zakresie, jednak taka możliwość istnieje. „Dziennik Gazeta Prawna” wyliczyła, że możliwe byłoby – będąc jednocześnie w zgodzie z unijnymi regulacjami – obniżenie akcyzy, a co za tym idzie VAT-u na tyle, że litr benzyny na stacji staniałby o 30 gr, a oleju napędowego – o 13 gr. Aktualnie akcyza z opłatą paliwową ustalona jest na poziomie 1660,19 zł, czyli 420 euro za 1000 litrów, co oznacza, że opodatkowanie paliwa aż o 61 euro jest wyższe od unijnego minimum, które wynosi 359 euro!

Tymczasem Jacek Rostowski, minister finansów w rządzie PO-PSL, zarzekał się, że resort nie obniży akcyzy na benzynę ani nie wprowadzi nowych ulg podatkowych, dopóki na Polsce ciąży tzw. procedura nadmiernego deficytu. Jak widać, minister finansów woli słuchać zaleceń Komisji Europejskiej, niż działać zgodnie z interesami polskiego społeczeństwa. Według bowiem niektórych ekspertów obniżka akcyzy oznaczałaby stratę przez budżet około 1 mld zł. Całkowicie odmiennego zdania jest Janusz Wiśniewski, ekspert rynku paliwowego i wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej, który twierdzi, że przy takiej decyzji spadają, co prawda, bezpośrednie wpływy podatkowe w związku z obniżeniem akcyzy, ale rośnie zużycie paliw, co te wpływy podnosi. Jednak zwraca też uwagę na inną kwestię. Jeśli obniża się sprzedaż paliw – co ma miejsce w sytuacji wzrostu ich cen – polskie rafinerie zmuszone są do zwiększenia eksportu benzyn, na czym fiskus nic nie zarabia, bo eksport wyrobów akcyzowych jest zwolniony od uiszczania tej opłaty. Dlatego budżet miałby dodatkowe wpływy, gdyby rafinerie sprzedały te paliwa na rynku krajowym.

Podobnie jak minister Rostowski myślał Wolfgang Schäuble, niemiecki minister finansów i bardzo się na swoich wyliczeniach przejechał. Mianowicie chciał on wyrwać od pasażerów samolotowych dodatkowy 1 mld euro rocznie poprzez podniesienie podatku lotniczego. Tymczasem oszczędni klienci przenieśli się na zagraniczne lotniska i niemiecki budżet po dwóch miesiącach obowiązywania podwyżki w 2011 roku zamiast 83,3 mln euro zgromadził z tego tytułu – zgodnie z krzywą Laffera – zaledwie 59,1 mln euro. Podobnie włoski rząd chce podnieść akcyzę na paliwo, by ograbić ludzi z dodatkowych 236 mln euro, co z pewnością mu się nie uda.

A pamiętajmy, że opodatkowanie paliw zostało już zwiększone 1 stycznia br. poprzez podniesienie podatku VAT z 22 proc. na 23 proc. (realny wzrost ceny paliwa o 5 gr na litrze) oraz podniesienie opłaty paliwowej o 1 gr na litrze. Ceny paliw regularnie podbija też tzw. narodowy cel wskaźnikowy, regulujący udział biokomponentów w paliwach, który ciągle rośnie, a aktualnie wynosi 6,2 proc. Dodatkowe 3 gr od litra paliwa to efekt nałożonego przez państwo na koncerny paliwowe obowiązku sprzedaży biopaliwa B100. Od początku maja likwidowane są preferencyjne stawki akcyzowe na biokomponenty dodawane do paliw, co spowoduje, że w rezultacie tylko w związku z tym litr paliwa na stacji wzrośnie o 7-10 gr. Z kolei od stycznia 2012 roku zostaną zlikwidowane dotychczasowe unijne preferencje dla Polski (okres przystosowawczy) i z tego powodu minimalna dopuszczalna akcyza dla naszego kraju akcyza wzrośnie o około 12 groszy na litrze.

Nawet związkowcy i SLD domagają się obniżki akcyzy. Zdaniem Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”, utrzymanie obecnych stawek podatkowych jest „zabójcze” dla budżetów domowych Polaków, a tym samym dla budżetu państwa i gospodarki, dlatego związek grozi niekontrolowanymi protestami społecznymi. A pamiętajmy, że droższe paliwo to nie tylko wyższe koszty transportu indywidualnego i zawodowego. Wyższe koszty transportu w sposób pośredni wpływają na podniesienie cen wszystkich produktów i usług w całej gospodarce. To z kolei oznacza obniżenie realnych dochodów społeczeństwa i spadek stopy życiowej.

Zamiast obniżyć obciążenia fiskalne próbuje się naciskać na państwowe firmy paliwowe. Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki, choć opowiedział się za obniżką akcyzy od paliw, to zdaje sobie sprawę, że za kadencji ministra Rostowskiego jest to mało realne. W związku z tym oczekuje się, iż krajowe koncerny paliwowe Lotos i PKN Orlen będą stosowały marże na możliwie niskim poziomie, by nie podbijać cen paliw. To ręczne sterowanie z pewnością nic nie da, gdyż jak podaje Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego, poziom marży paliwowej na stacjach benzynowych, który w 2010 roku wynosił około 5 proc., obecnie spadł do zaledwie około 2,5 proc.

Znacznie lepszych polityków niż Polska mają inne kraje europejskie i pozaeuropejskie. Parlament Ukrainy przychylił się do prośby rządu i obniżył akcyzę o 50 euro za tonę paliwa, co zmniejszy ceny paliw na tamtejszych stacjach o 5 proc. (cena benzyny u naszego wschodniego sąsiada po wszystkich wzrostach wynosiła niecałe 3,4 zł za litr). Podatki nałożone na paliwa obniżyła też między innymi Korea Południowa, Peru i Jamajka. Z kolei władze Tajlandii postanowiły odpowiedzieć na wzrost cen paliw za pomocą zwiększenia budżetowych dotacji tak, aby cena paliwa nie przekroczyła 30 bahtów (około 1 USD) za litr. Tymczasem kierowcy nie tylko w Europie protestują przeciwko cenom na stacjach paliw. Tak było w całej Bułgarii już trzy razy, a także na Haiti, a podobne plany mieli niezadowoleni Jamajczycy, ale w porę obniżono podatki. Na co czekają Polacy?

Skoro nie możemy liczyć na polskich polityków, to cała nadzieja w nowym amerykańskim prezydencie, który mógłby znieść moratorium na odwierty ropy naftowej na lądzie i u wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Donald Trump, miliarder, który chce kandydować na urząd prezydenta USA z ramienia Partii Republikańskiej, powiedział, że jeśli uda mu się wygrać wybory, to zacznie on prowadzić zdecydowaną i twardą politykę w relacjach z Organizacją Krajów Eksportujących Ropę Naftową, którą obwinia o spekulowanie cenami ropy. Uważa on, że baryłka ropy powinna kosztować maksymalnie 40-50 USD. Podobnie zdaniem Joe Bartona z Partii Republikańskiej, Amerykanie powinni jak najszybciej rozpocząć odwierty ropy naftowej na swoim terytorium, gdyż pozwoli to nawet o połowę zmniejszyć ceny paliwa w USA. Z kolei jak twierdzi Jim Inhofe, senator z Partii Republikańskiej, USA mają wystarczająco dużo ropy, gazu i węgla, aby państwo funkcjonowało przez kolejnych 110 lat, jednak postępowe kręgi w Stanach oraz obecna ekipa prezydenta Baracka Obamy chcą, by ceny paliwa i gazu w Ameryce wzrosły, gdyż dzięki temu będą oni mogli promować „zieloną energię” – czytamy w portalu korwin-mikke.pl.

Tymczasem Eurokołchoz, na umęczone wysokimi cenami paliw gospodarki Starego Kontynentu, chce nałożyć podatek od transportu i spalin, z którego wpływy miałyby trafić bezpośrednio do unijnego budżetu. Od 2013 roku od tony dwutlenku węgla wydzielanego podczas spalania paliw minimalna stawka ma wynosić 20 euro. Na skutek wejścia w życie unijnej dyrektywy można oczekiwać znacznego wzrostu cen paliw, a jej głównym celem jest promocja biopaliw. Według niektórych doniesień medialnych, unijny plan może do 2020 roku podnieść akcyzę na diesel od 47 do 75 eurocentów na litrze. W polskich warunkach oznacza to, że olej napędowy będzie droższy o około 0,6 zł na litrze. Temu pomysłowi ostro sprzeciwił się natomiast Peter Ramsauer, minister transportu Niemiec, a także brytyjski rząd Davida Camerona.

Jedno jest pewne: przy obecnej antyrozwojowej polityce fiskalnej państwa polskiego i Unii Europejskiej nie mamy co liczyć na zmniejszenie haraczy od paliwa, a tym samym na niższe rachunki na stacjach benzynowych. W warunkach polskich cena ropy naftowej to zaledwie niecałe 40,5 proc. (2,1 zł) całkowitej ceny tego paliwa na stacji (5,19 zł). Kolejne prawie 8,7 proc. (0,45 zł) to koszty związane z przerobem, transportem i sprzedażą paliw, a aż 50,9 proc. (2,64 zł) to podatki – akcyza, opłata paliwowa oraz 23-procentowy VAT. Potem tylko warszawscy i brukselscy władcy będą się dziwić, dlaczego gospodarka w Eurokołchozie tak powoli się rozwija. W Europie aktualnie najwyższe ceny benzyny 95 oktan są w Turcji – 7,51 zł, Norwegii – 7,35 zł, Holandii – 6,94 zł, Danii – 6,74 zł, Belgii – 6,6 zł i Szwecji – 6,45 zł (na podstawie www.e-petrol.pl). Dla porównania litr tej samej benzyny na Białorusi kosztuje 2,6 zł, a w Rosji 2,52 zł.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 5 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2011 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24