Nianie pozostaną w szarej strefie*

Czyżby nasza władza coraz bardziej ograniczała nasze i tak już podeptane przez eurourzędników wolności? Anna Streżyńska, szefowa Urzędu Komunikacji Elektronicznej, chciałaby, aby jej urząd regulował treści umieszczane w Internecie oraz w telefonach komórkowych. Rząd, w osobie Zbigniewa Ćwiąkalskiego, ministra sprawiedliwości, chce ponownie wprowadzić limity przyjęć na aplikacje adwokackie, radcowskie i notarialne, co jeszcze bardziej umocni prawniczy monopol, nieco poluzowany za rządów PiS. Z kolei Ewa Kopacz, minister zdrowia, zamierza podpisać restrykcyjny projekt rozporządzenia „w sprawie warunków wysyłkowej sprzedaży produktów leczniczych wydawanych bez przepisu lekarza”, które spowoduje, że nie będzie możliwa sprzedaż leków przez Internet, co zwiększyłoby konkurencję na tym rynku, a pacjenci mieliby dostęp do tańszych leków. Resort zdrowia chce w inny sposób zmusić firmy farmaceutyczne do konkurencji cenowej. Mianowicie Krzysztof Grzegorek, wiceminister zdrowia, proponuje, by producenci leków, którzy chcą dostać się na listę refundacyjną, musieli licytować ceny swoich leków na aukcjach internetowych. I bardzo dobrze, bo jak na razie, to leki są tak niebotycznie drogie, gdyż firmy farmaceutyczne wydają olbrzymie kwoty na przekupywanie lekarzy przeróżnymi sposobami, by ci przepisywali pacjentom akurat ich specyfiki. Może choć trochę się opamiętają, jeśli zmniejszą im się zyski, które teraz osiągają kosztem podatników. Z drugiej strony być może ukróci to afery związane z pokątnym dopisywaniem medykamentów na listę.

Urzędnicy nie chcą wypuszczać z ręki władzy nad przedsiębiorcami. Pakiet Szejnfelda, który miał zlikwidować bariery dla przedsiębiorczości, jest blokowany przez urzędników średniego szczebla w kilku ministerstwach, którzy zgłosili do niego ponad 300 poprawek. Dyrektorzy departamentów i naczelnicy nie chcą tracić wpływu na przedsiębiorców, bo przecież w ten sposób mogą żądać „gratyfikacji” finansowych za załatwienie koncesji czy zezwolenia. Podobnie biurokraci z ministerstwa finansów odsuwają najbardziej oczekiwane przez biznes zmiany w podatku VAT, co według ekspertów spowoduje, że nasz kraj nadal będzie przegrywać w rankingach atrakcyjności inwestycyjnej z innymi państwami Europy. Jak na razie przyjęty przez rząd projekt nowelizacji ustawy o swobodzie działalności gospodarczej przewiduje, że przedsiębiorca, który nie zatrudnia pracowników, będzie mógł zawiesić działalność na okres do 24 miesięcy. Dlaczego zasięg działania tej zmiany jest tak bardzo ograniczony i nie obejmuje wszystkich rodzajów prowadzenia działalności gospodarczej? – tego rząd nie wyjaśnia. Ale chociaż w drugim kwartale br. resort gospodarki zamierza wprowadzić zasadę „jednego okienka” i zmniejszyć kontrole w przedsiębiorstwach.  Tymczasem Janusz Palikot, szef specjalnej komisji sejmowej „Przyjazne Państwo”, podobno robi wszystko, by w zapowiadanym terminie było gotowych około 200 nowelizacji ustaw, walczących z rządową biurokracją. Czekamy z niecierpliwością na wynik tych prac i z nadzieją na szeroką deregulację gospodarki, bo tylko w ten sposób można rozbujać gospodarkę, tak jak to swego czasu udało się zrobić w Nowej Zelandii – właśnie dzięki niemal rewolucyjnemu uwolnieniu tamtejszej gospodarki z biurokratycznych kajdanów.

Niestety kolejne bzdurne regulacje nadchodzą za to z Brukseli. Zgodnie z decyzją Komisji Europejskiej od 11 marca br. na terenie państw członkowskich tzw. Unii Europejskiej nie będzie można sprzedawać… zapalniczek bez odpowiednich zabezpieczeń, co ma rzekomo zmniejszyć ilość pożarów wywołanych przez dzieci. Ponadto eurodeputowani, w tym także polscy, w ramach walki z supermarketami, a tym samym szkodząc konsumentom, chcą unijnego zakazu kupowania od rolników po cenach niższych niż koszty produkcji oraz ustalenia na 8 procent maksymalnego limitu udziału w rynku dla danej sieci supermarketów. W ten sposób sztucznie ogranicza się konkurencję, a co za tym idzie – powstrzymuje się spadek cen artykułów w sklepach, które byłyby niższe w sytuacji nieskrępowanego wolnego rynku.

Tymczasem w 658 państwowych firmach trwa proces nieodpłatnego zbywania akcji pracownikom, a w Ministerstwie Skarbu zakończono prace nad 4-letnim programem prywatyzacji. Do końca 2011 roku rząd chce sprzedać udziały w tysiącu państwowych firmach za łączną kwotę 27 mld zł. Do prywatyzacji poprzez giełdę ma wreszcie trafić m.in. PKO BP, Poczta Polska i niektóre spółki PKP, a także sama Giełda Papierów Wartościowych. Rząd na razie nie zamierza natomiast sprzedawać swoich udziałów w spółkach surowcowych: Orlenie, PGNiG, KGHM i Lotosie, gdyż obawia się potencjalnego wrogiego przejęcia ze strony Rosji i zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego Polski. Jednocześnie Aleksander Grad, minister skarbu państwa, poinformował, że resort rozpoczął prawie 60 procesów prywatyzacyjnych, a na cały ten rok zaplanowano niemal 300 prywatyzacji, przede wszystkim mają to być małe przedsiębiorstwa mające kłopoty. Minister ponadto zapowiedział: „Ja prywatyzację odblokowałem i zamierzam w ciągu tych najbliższych 4 lat tak poprowadzić procesy prywatyzacyjne, abyśmy za 4 lata mogli powiedzieć, że już zbliżamy się do końca prywatyzacji w Polsce”. Cieszmy się, bo są to bardzo dobre sygnały. Jeśli tak rzeczywiście będzie, to mimo pierwszych niezbyt dobrych wiadomości, okazuje się, że rząd PO jednak zamierza sprzedawać państwowy majątek, tak jak liderzy tej partii zapowiadali podczas kampanii wyborczej.

Niestety aktualna władza, podobnie zresztą jak wszystkie poprzednie rządy, nie zamierza przestać szastać pieniędzmi podatników na cele, na które nie powinny być wydawane. Jak pisze „Super Express” w Koszalinie „za 6 mln zł odremontowano skrzydło więzienne i przerobiono je na luksusową przechowalnię dla zwyrodnialców”. Rząd przyjął Krajowy plan działań na rzecz zatrudnienia, na co w 2008 roku zostanie wydane 8 mld zł. Z góry wiadomo, że pieniądze te pójdą na zmarnowanie, bo państwowe wsparcie finansowe może co najwyżej zmniejszyć zatrudnienie, a nie zwiększyć, co dawno już wykazali ekonomiści szkoły austriackiej (w tym miejscu warto polecić niedawno wydane w Polsce wybitne działo profesora Ludwiga von Misesa pod tytułem „Ludzkie działanie”). Z kolei zgodnie z zapowiedziami premiera Tuska, skądinąd zagorzałego piłkarza, państwo w całości sfinansuje budowę Stadionu Narodowego w Warszawie, a na stadiony w Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu przekaże jedną trzecią kosztów budowy. A ja bym optował za tym, by premier Donald Tusk dał jeszcze kilka miliardzików na pola golfowe i wyciągi narciarskie, bo te sporty bardziej mnie interesują niż nudna piłka nożna!

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przygotowało projekt ustawy, zgodnie z którą stopniowo będzie się zwiększał wymiar urlopu macierzyńskiego i od 2014 roku będzie on wynosił 26 tygodni po urodzeniu pierwszego i następnego dziecka oraz 39 tygodni po urodzeniu więcej niż jednego dziecka. Do 12 tygodni będą z niego mogli korzystać także ojcowie. I gdzie tu równouprawnienie płci? Natomiast Jolanta Fedak, minister pracy i polityki społecznej, uważa, że zasiłek dla osób bezrobotnych powinien być wyższy. Ponadto minister Fedak chce także wprowadzić specjalną ulgę podatkową dla rodzin, które zdecydują się legalnie zatrudnić nianię, co ma spowodować, że opiekunki wyjdą z szarej strefy. Wątpliwe, by to zadziałało. Jaki interes ma podatnik, by wyjść z szarej strefy, a potem męczyć się z tymi wszystkimi papierami, nawet jeśli w rezultacie wyjdzie na zero? Prościej zapłacić niani do ręki i zapomnieć o sprawie, nie głowiąc się nad wysokością ulgi i podatku. Ale widać, że pani minister koniecznie chce się czymś wykazać. Nieważne, że zaszkodzi gospodarce, przedsiębiorcom i samym pracownikom. Ważne, że się wykaże.

O regulacjach prawnych dotyczących zamówień publicznych, skutkiem których urzędnicy z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad musieli wybrać o 124 mln zł droższą ofertę na budowę obwodnicy Wrocławia, gdyż oferent pomylił się o… 47 zł, szkoda pisać, bo to patologia pierwszej wody. Po prostu państwo nie ufa swoim urzędnikom i z góry zakłada, że wszyscy są zainteresowani wyłącznie braniem łapówek. I właśnie pod takich biurokratów została napisana ustawa o zamówieniach publicznych. Ale jak to zwykle bywa, nasi prawodawcy nie byli w stanie przewidzieć wszystkich możliwych sytuacji, bo życie jest bardziej skomplikowane, niż potrafi sobie wyimaginować nawet najbardziej zdolny inżynier społeczny, więc skorumpowani urzędnicy zawsze i tak wiedzą, jak obejść to prawo i przygotują przetarg pod konkretną „zaprzyjaźnioną” firmę. Niestety złe prawo działa także wobec uczciwych urzędników i powoduje straty dla samego państwa, czyli podatników.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w numerze 3 miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24