Komentarz do „Opcji na Prawo” – maj 2007*

Ministerstwo edukacji narodowej przygotowuje projekt ustawy, zgodnie z którym nauczycielom, którzy będą zezwalać na propagowanie homoseksualizmu na terenie szkół lub w miejscu wypoczynku młodzieży, będzie groziło dyscyplinarne wyrzucenie z pracy oraz grzywna lub ograniczenie wolności. I bardzo dobrze. Bo propagowanie homoseksualizmu w szkołach nie jest wyssane z palca, jak twierdzą ci dewianci. Już w 2005 roku Krakowska Grupa Gejów i Lesbijek wydała broszurę propagującą zboczone zachowania, a za pieniądze z ministerstwa edukacji odbywały się warsztaty, które zorganizowała Kampania przeciwko Homofobii, podczas której młodzież była przekonywana, że płeć jest kwestią umowną i można ją zmienić nawet kilka razy w życiu. Moda na szerzenie homoseksualizmu przychodzi do nas z Zachodu. Jak informuje brytyjski dziennik „Daily Mail”, dzieci w tamtejszych zerówkach (!) już wkrótce mają się uczyć z książek, w których bohaterami są homoseksualiści. W jednej z bajek książę poszukuje żony, ale żadna z trzech kandydatek nie przypada mu do gustu i szczęśliwie zakochuje się dopiero w bracie jednej z nich. Inne bajki opowiadają o młodej astronautce, która ma dwie mamy i o miłości dwóch pingwinów płci męskiej. W finansowanym przez rząd, a jakże!, programie pilotażowym bierze udział 14 szkół.

Ministerstwo edukacji ma pełne prawo decydować, czy w podległych im szkołach powinno się zakazywać propagandy homoseksualnej (która zdaniem wiceministra Mirosława Orzechowskiego jest deprawacją dzieci), czy też nie. Dopóki to państwo jest właścicielem szkół i płaci na ich utrzymanie, może, a nawet powinno, w nich rządzić. Może nawet wymyślić, by nauczycielami byli sami Indianie albo sami łysi. Romana Giertych, minister edukacji narodowej, chce też, aby kuratorzy sprzeciwiali się nominacji na dyrektorów szkół osób, które odmówią poddania się lustracji. Tak jak w prywatnych firmach, gdzie wyłącznie właściciel decyduje, kogo zatrudnić, również nie można mieć pretensji do ministra, że płaci i stawia warunki. Dlatego właśnie kwestią podstawową jest w ogóle istnienie państwowych szkół. Państwowe szkoły zawsze będą podlegały naciskom ministra edukacji, skądkolwiek by on się nie wywodził, czy z prawicy, czy z lewicy. I zawsze w szkołach będzie indoktrynowana propaństwowa linia polityczna aktualnego rządu. I nie powinna się na to obrażać w szczególności przybudówka SLD, jaką jest Związek Nauczycielstwa Polskiego. Oni robią to samo, tylko z lewicowego, postępowego punktu widzenia. Niech sobie przypomną poczynania minister Krystyny Łybackiej czy ministra Jerzego Wiatra. Dlatego wszystkie szkoły powinny być prywatne, gdyż podobnie jak państwowa telewizja, państwowe radio, państwowa agencja prasowa i państwowe urzędy szerzą aktualną rządową propagandę. Dobrze że nie istnieje państwowy Internet!

Również z inicjatywy Romana Giertycha parlament znowelizował ustawę o systemie oświaty, zgodnie z którą w szkołach podstawowych i w gimnazjach będą obowiązywać jednolite szkolne stroje, natomiast w szkołach ponadgimnazjalnych o wprowadzeniu mundurków może zdecydować dyrektor placówki po zasięgnięciu opinii rady rodziców. Wreszcie jakiś porządek. Tymczasem w Polsce coraz więcej rodziców przepisuje swoje dzieci ze szkół publicznych do prywatnych, gdyż podobno obawiają się nowych pomysłów Giertycha. I bardzo dobrze. W ten sposób postępuje oddolna prywatyzacja szkół. Im szybciej się przepiszą, tym lepiej.

Tygodnik „Wprost” rozdmuchał rzekomą wielką aferę dotyczącą różnego typu korupcji w państwowej służbie zdrowia, w której podejrzanych jest prawie 300 osób. Tymczasem to nie jest żadna afera. To jest codzienność. To jest skutek istnienia korupcjogennych regulacji w tej dziedzinie. I nie pomoże tu ani żadne Centralne Biuro Antykorupcyjne, ani specjalny zespół antykorupcyjny w ministerstwie zdrowia, ani intensywna współpraca z europejskimi organizacjami zajmującymi się walką z korupcją (jak myśli Paweł Trzciński, rzecznik resortu zdrowia). Korupcję można jedynie zwalczyć poprzez zlikwidowanie jej przyczyn, czyli poprzez deregulację i prywatyzację. Aby firmy farmaceutyczne nie wręczały łapówek odpowiednim ministerialnym komisjom za wpisanie ich leków na listę leków refundowanych, jedynym rozwiązaniem jest po prostu likwidacja takiej listy. Bo niby dlaczego za te leki mają płacić podatnicy (7 mld zł w tym roku), wzbogacając firmy farmaceutyczne? Na dodatek, jak podaje „Gazeta Wyborcza”, patologie są tak wielkie, że lekarze wypisują recepty na nieistniejących pacjentów, a apteki płacą pacjentom za kupowanie u nich leków refundowanych. Aby skorumpowani ordynatorzy nie kupowali do szpitali wyłącznie leków czy sprzętu medycznego od firm, które dały im łapówkę, działając na szkodę szpitala, bo zwykle te leki są droższe niż inne (firma farmaceutyczna w koszty musi sobie wliczyć również łapówki), te szpitale muszą być prywatne. Wtedy prywatny właściciel kupi najtańszy i najlepszy specyfik, bo przecież nie będzie działał na swoją szkodę, a kwestia łapówkarstwa samoistnie zniknie. Również aby pacjenci nie wręczali łapówek za przyspieszenie terminu operacji, służba zdrowia musi być prywatna. Bo dopóki będzie państwowa, kolejki zawsze będą istnieć – taka sama sytuacja występuje w publicznych szpitalach nie tylko w Polsce, ale także w znacznie bogatszych od naszego krajach: w Kanadzie, Szwecji, Australii czy Nowej Zelandii. Wtedy to co wręczy pacjent lekarzowi nie będzie się nazywać łapówką tylko zapłatą za usługę leczniczą. A w kieszeni pacjenta-podatnika zostaną pieniądze, które teraz musi płacić w ramach obowiązkowej składki na służbę zdrowia.

Tymczasem Zyta Gilowska, wicepremier i minister finansów, obiecuje zwiększenie nakładów na nieefektywną i marnotrawną służbę zdrowia o kolejne 21 mld zł w ciągu 3 lat, a Zbigniew Religa, minister zdrowia, proponuje podwyższenie obowiązkowego haraczu na państwową służbę zdrowia. Jednocześnie nowelizacja prawa farmaceutycznego ogranicza konkurencję poprzez możliwość otwarcia tylko jednej apteki na 4 tys. mieszkańców. Kto otrzyma zezwolenie? Farmaceuta, który zaproponuje najwyższą łapówkę odpowiedniemu urzędnikowi. W ten sposób zwalcza się w Polsce korupcję. A na dodatek skutkiem braku konkurencji ceny leków prawdopodobnie wzrosną o kilkanaście procent. Tak w naszym kraju dba się o biednego pacjenta. Nie wspominając o tym, że w wojewódzkich szpitalach państwowych choremu, który potrzebuje dobrego wyżywienia, aby szybciej wyzdrowieć, na śniadanie i kolację serwuje się wyłącznie chleb z margaryną i z niczym więcej!

Jak już mowa o wicepremier Zycie Gilowskiej, to w wywiadzie z „Dziennikiem” stwierdziła, że w czasie jej urzędowania podwyżek podatków nie było i nie będzie. A akcyza na benzynę? A proponowana akcyza na autogaz i olej opałowy? A proponowana akcyza na węgiel i koks? A nowy podatek katastralny? A renta planistyczna? A wzrost opłat za papierosy? A 22-procentowy VAT na mieszkania budowane systemem gospodarczym i domy oraz mieszkania o większej powierzchni? Z kolei „wielka” reforma finansów publicznych według prof. Gilowskiej polega na tym, że w miejsce zlikwidowanych instytucji państwowych, w których pracuje 100 tys. osób, zostaną powołane nowe struktury. No to gdzie ta reforma i oszczędności? Nie mówiąc już o tym, że pazerne związki zawodowe na siłę będą dążyły do zachowania status quo – wystarczy przypomnieć sobie niedawne protesty ośmiu central związkowych przeciwko proponowanej reformie administracji skarbowej i lustracji zatrudnienia.

Z kolei sejm betonuje patologie. Z 3 do 6 miesięcy ma zostać wydłużony okres ochronny dla lokatorów, niepłacących za użytkowanie mieszkania. Jan Sułowski, prezes Krajowego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych, powiedział, że wydłużenie okresu ochronnego dla lokatorów, którzy bezkarnie nie płacą za użytkowanie mieszkania, może doprowadzić do „zachwiania płynności finansowej spółdzielni” i że spowoduje to „obniżenie jakości warunków zamieszkiwania osób, wywiązujących się z obowiązków płatniczych”. Już widzę sytuację, gdy lokatorzy kończą płacić na wiosnę. Później mają 6 miesięcy ochrony, a od jesieni zakaz wyrzucania z mieszkania z powodu okresu zimowego. Czyli roczny nieoprocentowany kredyt.

Tymczasem polskie stocznie i FSO nie mogą w pełni wykorzystywać swoich mocy produkcyjnych, gdyż z powodu dotacji, jakie przedsiębiorstwa te otrzymały od państwa, nie zgadza się na to Bruksela. Czy zmniejszaniem produkcji buduje się dobrobyt? I jeszcze płacą za to polscy podatnicy. To samo było z górnictwem – ileż to Polska otrzymała kredytów z Banku Światowego na zamykanie kopalń? Tymczasem jak ma się rozwijać gospodarka, jeśli prywatny biznes też jest dyskryminowany. Według ministerstwa gospodarki każdego miesiąca polskie przedsiębiorstwa muszą poświęcić średnio 560 godzin na wypełnianie raportów i sprawozdań dla administracji publicznej. Z kolei raport firmy PricewaterhouseCoopers i Banku Światowego pokazuje, że Polska jest na 10. miejscu w Unii Europejskiej i 71. na świecie pod względem łatwości płacenia podatków. Polski przedsiębiorca poświęca rocznie na wypełnianie zobowiązań podatkowych aż 175 godzin. Aby bardziej nękać przedsiębiorców, senat poparł ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy, która zakłada zaostrzenie kar dla pracodawców za nieprzestrzeganie prawa pracy. Ponadto polski przedsiębiorca musi czekać średnio aż 1000 dni na rozpatrzenie wniosku przed sądem gospodarczym, podczas gdy w UE jest to od 30 do 60 dni. I właśnie można się cieszyć planowanym usprawnieniem w tej ostatniej sprawie. Nowy sposób procedowania w sądach ma bowiem umożliwić szybsze o połowę (niestety tylko!) rozpatrywanie spraw gospodarczych.

Pozytywnym natomiast zdarzeniem jest to, że wreszcie ruszyła deubekizacja. Przygotowana przez PiS ustawa o usunięciu komunistycznych symboli z życia publicznego oprócz pozbawienia byłych esbeków przywilejów (najniższe możliwe emerytury, czyli około 600 zł i 10 lat zakazu obejmowania setek tysięcy stanowisk publicznych, takich jak ministrowie, dyplomaci, dyrektorzy szkół, pracownicy naukowi, szefowie banków, firm ubezpieczeniowych i spółek giełdowych) za propagowanie komunizmu, przewiduje również zmiany PRL-owskich nazw ulic i placów, gloryfikujących komunizm oraz zdjęcie pomników, popiersi i tablic pamiątkowych o takim charakterze. Lepiej późno niż wcale. W 35-tysięcznej Czeladzi, gdzie mieszkam, na początku transformacji zmieniono niektóre reżimowe nazwy ulic, ale wiele z nich nadal funkcjonuje. Dumnie stoją dwa komunistyczne pomniki: jeden, odnowiony kilka lat temu, ku czci Armii Radzieckiej z wielką czerwoną gwiazdą na środku, znajdujący się na jedynym rondzie w mieście, a drugi – przy Urzędzie Miejskim! – w hołdzie pierwszej komunistycznej Radzie Miejskiej, która została wybrana w 1927 roku. Mamy też osiedle 35-lecia PRL i Szkołę Podstawową im. Stanisławy Łakomik, komunistycznej aktywistki oświatowej oraz ulice: Mariana Buczka (komunistycznego działacza międzywojennego), Stefana Okrzei (lewicowego terrorysty), 27 Stycznia (wyzwolenie Czeladzi przez Armię Czerwoną) czy 1 Maja. Najwyższy czas, by ulice za swoich patronów miały bardziej zasłużone osoby czy rocznice historyczne. Na początek proponuję Ronalda Reagana, Ludwiga von Misesa, Stefana Kisielewskiego czy ekonomistę Adama Heydla.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w miesięczniku „Opcja na Prawo” z maja 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24