Jeden dzień w Nepalu*
280 km, które dzieli stolicę Katmandu od miejscowości Bhairawa na granicy z Indiami, autobus pokonuje w szaleńczym tempie… 14,5 godziny. Nasz rozklekotany autobus marki tata z bagażami, a także kilkoma pasażerami na dachu jakoś doturlał się do celu.
Nadgraniczne miasteczko Bhairawa przywitało nas porannym upałem i stojącymi w ulicznym śmietniku (śmietnik w znaczeniu wielkiej góry odpadków fruwających dookoła) bezdomnymi krowami pijącymi wodę z kałuży. Przypomniały mi się kilkuletnie dzieci, które poprzedniego wieczoru oferowały w naszym autobusie opiekane na chodnikowym ognisku kolby kukurydzy. Udaliśmy się z naszymi plecakami do hotelu Everest. Aby uciec przed upałem, postanowiliśmy zaszaleć i wynajęliśmy pokój z klimatyzacją, który kosztował 1000 NPR (prawie 40 zł) za dwie osoby (pokój bez klimatyzacji był za połowę tej ceny). Nie zgodziłem się na zapłatę z góry, czego domagał się recepcjonista. Zanieśliśmy nasze plecaki do pokoju hotelowego, gdzie włączyliśmy klimatyzację i nieobciążeni bagażem ruszyliśmy szukać transportu do Lumbini, wioski, gdzie miał urodzić się Budda.
Stanęliśmy na skrzyżowaniu niedaleko naszego hotelu, by zatrzymać jakiś autobus. Oczywiście od razu przyczepiło się do nas kilku rikszarzy rowerowych, ale kiedy powiedzieliśmy im, gdzie chcemy jechać, wszyscy rezygnowali. Nikomu nie chciało się pedałować 20 km w takim upale! Okazało się, że obok jest przystanek autobusowy i nawet czeka jeden autobus jadący w interesującym nas kierunku. Pojazd był już dobrze przeładowany ludźmi, ale kierowca czekał na kolejnych pasażerów. Pomocnik kierowcy pomachał do nas, abyśmy wsiadali, ale mimo szczerych chęci nie mogliśmy znaleźć wolnego miejsca, nawet stojącego. Mimo to wkrótce do autobusu wsiadło jeszcze kilku Nepalczyków i pojazd odjechał. Ale za nim stanął drugi – taki sam, tylko pusty. Wsiedliśmy do środka, byliśmy jednymi z pierwszych potencjalnych pasażerów. Kolejni ludzie powoli wchodzili do autobusu i zajmowali miejsca siedzące. Obserwowaliśmy całą sytuację i w pewnej chwili do pojazdu wszedł Nepalczyk, wtaczając ze sobą wielką butlę gazową, którą umieścił na silniku, zaraz przed nami. Tego było już za wiele. Ze względu na bezpieczeństwo postanowiliśmy opuścić autobus.
Zaczęliśmy szukać taksówki, a także przypadkowych kierowców, ale żądali zbyt wygórowanych kwot za podwiezienie. Wtedy Artur zatrzymał wielką ciężarówkę Leyland, która lata świetności przeżywała jakieś pół wieku temu. Na pace były załadowane betonowe lampy uliczne, które wystawały kilka metrów za końcem pojazdu. Suramari, 27-letni kierowca ciężarki i jednocześnie jej właściciel, z uśmiechem na twarzy zaprosił nas do środka. Jechał w kierunku Lumbini i zgodził się zabrać nas autostopem. Jak się okazało, ciężarówka była w tak złym stanie technicznym, że nie miała nawet licznika prędkości, ale za to w podłodze wielkie dziury, przez które widać było drogę, wylaną asfaltem tylko na szerokość jednego pojazdu. Leyland przypuszczalnie nie przekraczał prędkości 30 km/h, bo szybciej po prostu nie dał rady jechać. – Ta ciężarówka jest moją własnością – powiedział nam dumny Suramari. Rozmawialiśmy o Nepalu i opowiadaliśmy o Polsce. Kierowca cały czas jechał środkiem drogi po asfalcie i ustępował tylko wtedy, gdy z przeciwka jechał pojazd o podobnych gabarytach. Miło gaworząc, przez pół godziny w niemiłosiernym upale przejechaliśmy kilka kilometrów.
Nagle Suramari oznajmił, że idzie zjeść obiad. – Poczekajcie chwilę, ja tylko zjem ryż i jedziemy dalej – powiedział kierowca. Postanowiliśmy poszukać czegoś do picia. Wrócił za około pół godziny, z pełnym brzuchem i zadowolony. – Wsiadajcie, jedziemy dalej! – stwierdził i odpalił swoją maszynę. Po spędzeniu kolejnej pół godziny w szoferce dojechaliśmy do Lumbini. Zwiedzenie miejsca narodzin Buddy oraz parku ze świątyniami buddyjskimi zajęło nam kilka godzin.
W drogę powrotną do Bhairawa wybraliśmy się busem, który był tak przeładowany pasażerami, że wydawało się, iż zaraz po kolei będą strzelać wszystkie opony. Nie było nawet miejsca, by wyprostować kolana. Kierowca busa jechał jak szalony, nie zwalniając nawet wtedy, gdy musiał zjechać poza asfalt, gdy z przeciwka jechała ciężarówka wielkości auta Suramari’ego. W środku ludzie rzygali. Jednak szczęśliwie, a na dodatek bardzo szybko znaleźliśmy się z powrotem w Bhairawa. Umęczeni upałem, cieszyliśmy się, że zaraz dotrzemy do naszego hotelu i spoczniemy w ochłodzonym klimatyzacją pokoju. Niestety okazało się ku naszemu zdziwieniu, że w pokoju jest tak gorąco, jak na zewnętrz, a klimatyzacja nie działa. Poszedłem z pretensjami do recepcjonisty. Ten jakby nigdy nic zapewnił, że teraz już będzie działać. W takiej sytuacji postanowiliśmy się posilić obiadem.
Po posiłku jednak nadal w pokoju było całkowicie gorąco. Kiedy po raz drugi poszedłem do recepcjonisty, ten zaproponował nam drugi pokój, twierdząc, że w pierwszym klimatyzacja jest zepsuta, na co szybko przystałem. Na szczęście znajdował się on na tym samym piętrze i nie trzeba było daleko nosić rzeczy. No i klimatyzacja działała! Jednak pojawił się inny problem. Zauważyliśmy, że po ścianach naszego pokoju biega sobie półmetrowej długości jaszczurka. Postanowiłem to zgłosić u recepcjonisty. Ten zaraz przyszedł na górę z wielką miotłą i zaczął gonić jaszczurkę. Ta uciekała po ścianach i kryła się za meblami. W końcu recepcjonista odsunął szafkę, dorwał biedne zwierzę i zabił miotłą, by usunąć z pokoju zwłoki.
Mieliśmy nadzieję, że to już koniec problemów. I wtedy w całym mieście wyłączono prąd. Tak się dzieje co wieczór w Nepalu. Nasz hotel miał prądnicę, która została wkrótce uruchomiona, ale klimatyzacja na niej nie działała. Całą noc przespaliśmy, a właściwie to niewiele spaliśmy, bo nie było to możliwe w potwornym upale. O godz. 6 rano, bez ostrzeżenia i pukania, do naszego pokoju wszedł recepcjonista i włączył naszą klimatyzację. – Teraz już będzie działać – oznajmił spokojnym głosem. Co z tego, skoro zaraz zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Spakowaliśmy nasze plecaki, by ruszyć w dalszą drogę – do Indii. Lecz najpierw trzeba było zapłacić za pokój.
- Płacę 500 NPR, bo nie działała klimatyzacja – mówię do recepcjonisty.
- Jak to? – zdziwił się. – To był pokój z klimatyzacją, więc kosztuje 1000 NPR – odpowiedział recepcjonista.
- Co z tego, że był z klimatyzacją, skoro ona nie działała całą noc? – pytam.
- Działała, rano ją włączyłem – mówi.
- Płacę 500 NPR – powtórzyłem pewnym, ale spokojnym głosem.
- Ten pokój kosztuje 1000 NPR – upierał się recepcjonista.
Miałem tego dość i nie chciało mi się z nim dalej spierać, bo widziałem, że do niczego to nie prowadzi. Położyłem na recepcyjnym blacie 500 NPR i wyszliśmy z hotelu. Nie za bardzo podobało się to recepcjoniście, ale nie protestował. Na ulicy od razu dopadło nas kilku rikszarzy ze swoimi rowerami.
- Na granicę za 300 NPR – powiedział jeden rikszarz.
- 200 NPR – krzyknął drugi.
- 100 NPR – przelicytował go pierwszy.
Zgodziliśmy się na te 100 NPR. Do granicy było około 4 km. Wyprzedzały nas motocykle z całymi 5-osobowymi rodzinami na siodełku. Oczywiście nikt nie miał kasku, a kobiety siedziały bokiem. Przed granicą manewrowaliśmy pomiędzy stojącymi w kolejce do odprawy ciężarówkami wyładowanymi… gruzem. Kiedy przyszło do płacenia, dałem rikszarzowi 100 NPR (niecałe 4 zł), a ten mi bezczelnie mówi, że byliśmy umówieni na 100 INR (ponad 6 zł). Zaczęliśmy się spierać. Zebrał się wokół nas tłum ludzi. Tłumaczę, że byliśmy umówieni na 100 NPR. Rikszarz nie chciał wziąć zapłaty. Jednak widząc, że dyskusja do niczego nie prowadzi, bo rikszarz upiera się przy swoim, położyłem mu 100 NPR na siodełku rowerowym i poszliśmy dalej z plecakami. Podobnie jak wcześniej hotelowy recepcjonista, rikszarz nie protestował.
Po co ja to wszystko piszę? Po to, żeby uświadomić, że każda skrajność nie jest dobra. Bezpieczeństwo czy jakość usług w Nepalu czy Indiach bardzo różni się od tych pojęć i standardów zachodniej cywilizacji, co nie znaczy, że taką sytuację należy jednoznacznie potępić. Nie jest dobrze, gdy wszystko jest uregulowane i zabronione są jakiekolwiek odstępstwa od normy. Zarówno brak śmietników na indyjskich ulicach, gdzie odpadki wyrzuca się za siebie, jak i patologiczny ekologizm w wydaniu Unii Europejskiej nie jest zjawiskiem korzystnym. Zamiast wydawać miliony na walkę z rzekomym globalnym ociepleniem (wyjątkowo mroźna tegoroczna zima na Półkuli Północnej wskazuje raczej na globalne oziębienie), najpierw trzeba by ludzi w krajach biednych nauczyć wrzucać śmieci do kosza. Ale ekoterroryści tu nie przyjadą, bo nie będą mieli od kogo wyłudzić pieniędzy. Nie jest to normalna sytuacja, gdy co noc jest wyłączany prąd, ale nie można też mówić o komforcie, kiedy z powodu durnych decyzji uniourzędasów, by redukować emisję dwutlenku węgla, ceny prądu rosną jak szalone.
Nie jest dobrze zarówno wtedy, gdy nie obowiązują żadne reguły ruchu drogowego, jak w Indiach czy Nepalu, jak i wtedy, gdy na każdym skrzyżowaniu buduje się kolejne niepotrzebne sygnalizacje świetlne po to tylko, by wykorzystać unijne dotacje. Nie jest dobrze zarówno wtedy, gdy po ulicach jeżdżą 50-letnie autobusy z łysymi oponami i bez świateł, jak i wtedy, gdy bezmózgowi posłowie wprowadzą obowiązek włączania świateł w dzień, obligatoryjne foteliki dla dzieci, pasy bezpieczeństwa, kaski dla narciarzy czy normy bezpieczeństwa (na przykład obowiązek montowania poduszek powietrznych) przy produkcji samochodów powodujące, że są one niebotycznie drogie. W związku z koniecznością przystosowania małego samochodziku Tata Nano do unijnych i amerykańskich norm ekologicznych i bezpieczeństwa samochód ten będzie trzy razy droższy w UE i USA niż w Indiach! Dlaczego nie pozostawi się wyboru konsumentom? Dlaczego nie można sprzedawać tanich samochodów niebezpiecznych dla kierowcy i pasażerów i trzy razy droższych, ale bardziej bezpiecznych po to, by to klient miał suwerenny wybór? Dlaczego nie pozostawi się wyboru każdemu, czy chce zapinać pasy bezpieczeństwa, czy używać fotelika dla swojego dziecka? Lepiej mieć możliwość jazdy tanią nielicencjonowaną taksówką w Nepalu niż drogą, bo licencjonowaną w Europie. Lepiej jest, gdy wszystko można kupić na ulicy (nawet bez przestrzegania jakichkolwiek norm sanitarnych, jak to się dzieje w krajach Trzeciego Świata), niż ograniczenia w handlu, zarówno te unijne, jak i rodzime, takie jak w Zakopanem na Krupówkach czy proponowany przez sejmową komisję „Przyjazne Państwo” zakaz drobnego handlu na chodniku, co miało grozić nawet sankcją aresztu. A już z pewnością lepiej mieć możliwość targowania się w sklepie niż mieć ograniczone prawa konsumenckie z powodu obowiązku istnienia kasy fiskalnej.
* Niniejszy komentarz został opublikowany w 3 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2010 r.





