Jak uratować zadłużone kraje?*

Dwa miesiące temu pisałem o tym, że jedną z ważniejszych przyczyn kryzysu zadłużeniowego w Grecji były unijne dotacje, które doprowadziły do nadmiernych wydatków państwa. Na dodatek wiele z tych inwestycji realizowanych przy współfinansowaniu z Unii Europejskiej było nietrafionych i niepotrzebnych. To musiało się tak skończyć. Powstaje pytanie: w jaki sposób Grecja najszybciej mogłaby wyjść z tarapatów, w które wpędzili ją nieodpowiedzialni socjaliści?

Logicznie myśląc, lekiem na nadmierne zadłużenie powinno być odejście od zaciągania kredytów na rzecz ich spłacania. Prof. Krzysztof Rybiński z SGH nie ma żadnych wątpliwości, że Grecy „przeżrą pieniądze”, które otrzymają od UE i MFW, a jedynym ratunkiem dla Grecji jest ogłoszenie bankructwa i ustalenie wysokości rat, na które zostanie rozłożony dług.- Nie można leczyć długów kolejny zadłużaniem się – zauważa z kolei amerykański inwestor Wilbur Ross. Tymczasem co robi Grecja? Zamiast zaciągać pasa i zaczynać spłacać swoje gigantyczne zadłużenie oraz zmniejszyć podatki, by rozruszać gospodarkę, prosi o kolejne kredyty. Już nie od prywatnych spekulantów, bo ci przestali wierzyć w wypłacalność Grecji, a od innych socjalistycznych rządów na Starym Kontynencie. W rezultacie w nagrodę za takie skandaliczne prowadzenie się od dekad Grecja otrzyma kolejne wielomiliardowe kredyty! Chyba nikt nie wierzy, że zostaną one kiedykolwiek spłacone (tak twierdzi m.in. Thorsten Polleit, główny niemiecki ekonomista banku Barclays Capital).

Gdyby Komisji Europejskiej rzeczywiście zależało na naprawie finansów publicznych w państwach unijnych czy choćby w stefie euro, to nie ratowałaby Grecji ani żadnego innego kraju przed nieuchronnym bankructwem, które jest bezpośrednim skutkiem nadmiernych wydatków państwowych tamtejszych socjalistycznych rządów. Zamiast tego Komisja Europejska mogłaby zarządzić po pierwsze, zakaz deficytów budżetowych w państwach członkowskich i po drugie, obowiązek spłaty wszystkich długów publicznych zaciągniętych przez polityków w imieniu podatników i mieszkańców w określonym czasie, np. 10 lat, a w szczególnych przypadkach (tam, gdzie zadłużenie przekracza 100 proc. PKB), powiedzmy, 15 lat. Konieczność zaciskania pasa równocześnie spowodowałaby ograniczenie interwencjoniymu i etatyzmu. Nie mając odpowiednich środków finansowych, państwo musiałoby wycofać się z wielu dziedzin życia gospodarczego i społecznego, co tym samym uzdrowiłoby te dziedziny, a problem z bankructwem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Należy po prostu wprowadzić zdrowe finanse publiczne, tak jak zdrowe są finanse większości gospodarstw domowych, bo takie wymusza rynek, gdyż nie da się więcej wydawać, niż się zarabia. Państwo nie powinno wydawać połowy produktu krajowego! Na dodatek głównie na szkodzącą biurokrację i demotywujące cele socjalne! Tymczasem taką właśnie politykę od dekad prowadzą nie tylko państwa Eurokołchozu, ale także Stany Zjednoczone czy Japonia.

Bankructwo nie bierze się z księżyca. To tylko dający się łatwo przewidzieć efekt prowadzenia nieodpowiedzialnej polityki finansowej. To trudny moment, kiedy rynek mówi: „przez lata żyliście ponad stan i teraz będzie bolało, bo teraz musicie za to wszystko zapłacić”. Tymczasem Komisja Europejska wbrew logice mówi Grecji: „wydawaliście więcej niż mieliście, to teraz w nagrodę damy wam jeszcze więcej kredytów”. Grecja ma dostać do 2012 roku 110 mld euro! Jeśli pakiet pomocowy zadziała, to zadłużenie Grecji wzrośnie z obecnych 115 proc. PKB do 150 proc. PKB w 2013 roku! Tak wzgląda oddłużanie? Grecja z zadłużeniem na poziomie 150 proc. PKB będzie bardziej wiarygodna dla rynków finansowych? Największy ciężar pomocy mają ponieść Niemcy, które są zadłużone na około 80 proc. PKB i aby sprostać temu zadaniu, będą musiały ograniczyć własne wydatki budżetowe. Cięcia budżetowe w Niemczech do 2014 roku mają wynieść ponad 80 mld euro.

Mało tego, uniourzędasy wymyślili, by taki szkodliwy mechanizm pomocy wprowadzić na stałe. Ministrowie finansów unijnych krajów członkowskich ustalili, że Europejski Mechanizm Stabilizacyjny będzie dysponował kwotą 750 mld euro, a Herman Van Rompuy, przewodniczący Rady Europejskiej, twierdzi nawet, że będzie on jeszcze większy. Pomocy Grecji sprzeciwiła się tylko Słowacja, która jako członek strefy euro ma partycypować w kredytach dla Grecji i zażądała, by rząd w Atenach najpierw zmniejszył wynagrodzenia w sektorze państwowym i wydatki socjalne. Tymczasem mechanizm pomocy dla bankrutujących państw wprost będzie zachęcał do utrzymywania złej polityki finansowej państw i do dalszego rozpasania wydatków, bo w razie czego Unia przecież pomoże. To nie wszystko: Komisja Europejska ma emitować euroobligacje, a pieniądze z nich uzyskane przekazywać państwom, które ze względu na niskie ratingi (wynikające z dużego zadłużenia i deficytu finansów publicznych właśnie) są zmuszone płacić więcej za pożyczane na rynku pieniądze. Komisja Europejska proponuje też, aby od 2011 roku kraje członkowskie wzajemnie kontrolowały swoje budżety (to całkiem typowe dla socjalistów, którzy uważają, że urzędnik rozwiąże wszyskie problemy) i nawzajem gwarantowały sobie kredyty (co jeszcze bardziej zachęci do brania kredytów, a nie do koniecznych oszczędności). Jeszcze ciekawszą propozycję ma kanclerz Niemiec Angela Merkel. Mianowicie chce zmniejszyć gorączkę pacjenta nie poprzez leki, a poprzez sfałszowanie skali w termometrze! Merkel zaproponowała utworzenie „niezależnej europejskiej agencji ratingowej, która działałaby ze zrozumieniem europejskiej kultury gospodarowania i zasady socjalnej gospodarki rynkowej”.

A sytuacja całego Eurokołchozu nie jest za ciekawa i mówi się, że kolejne kraje będę potrzebowały pomocy, by uniknąć bankructwa. Wśród nich wymienia się Włochy, Irlandię, Hiszpanię czy Portugalię. Tymczasem niektórzy politycy poszli jednak po rozum do głowy i mając nóż na gardle, wreszcie planują ograniczać wydatki publiczne. Bankrutująca Grecja planuje w ciągu trzech lat zaoszczędzić 30 mld euro poprzez zmniejszenie wynagrodzeń w strefie publicznej i emerytur (przestraszła się słowackiego sprzeciwu?). Z kolei dodatkowych dochodów mają jej przysporzyć podwyżki podatków (od nieruchomości, VAT na towary konsumpcyjne ma wzrosnąć z 21 do 23 proc., a akcyza na papierosy, paliwo i alkohol – o 10 pkt proc.) oraz prywatyzacja (elektrownie, koleje, wodociągi, kasyna). Hiszpania (deficyt budżetowy wynosi 11,2 proc.) planuje obniżki płac w sektorze publicznym (także parlamentarzystów), redukcję wydatków na cele socjalne (które w ciągu 6 lat socjalistycznych rządów wzrosły aż o 50 proc!) oraz wydatków na inwestycje publiczne, co ma przynieść oszczędności na poziomie 15 mld euro w ciągu 2 lat. Włochy, gdzie dług publiczny przekracza jak w Grecji 115 proc. PKB, przyjęły program oszczędnościowy, który przewiduje cięcia budżetowe na poziomie 24,9 mld euro w ciągu 2 lat. Przede wszystkim mają zostać zredukowane wydatki na administrację publiczną – o 20 proc. O 10 proc. zostaną obniżone pensje ministrów, senatorów i deputowanych, a także wynagrodzenia członków zarządów firm kontrolowanych przez państwo. Także nowy konserwatywny rząd Wielkiej Brytanii, której dług publiczny dochodzi do 80 proc. PKB, zarządził cięcia wydatków publicznych w wysokości 6,2 mld GBP, które mają dotyczyć głównie biurokracji. Francja, której dług publiczny przekracza 83 proc. PKB, chce w ciągu 3 lat obciąć wydatki budżetowe o 45 mld euro. Z kolei Rumunia chce radykalnie uszczuplić sektor publiczny – planuje zwolnić aż 125 tys. osób pracujących w sektorze państwowym, a pozostałym zmniejszyć wynagrodzenia o 25 proc. Bułgaria zamierza zmniejszyć wydatki publiczne o 20 proc. Przeciwko cięciom i oszczędnościom we wszystkich krajach protestują destruktorzy o nazwie związki zawodowe. Tymczasem nikt nie zwraca uwagi, że kraje strefy euro, nie wyłączając Niemiec i Francji, nie przestrzegały ustalonego w Maastricht przez nich samych limitu 3-procentowego deficytu budżetowego. Jaka jest zatem szansa, że będą przestrzegać innych ustaleń?

Mimo szalejącej w Europie recesji i problemów zadłużeniowych Unia Europejska nie zamierza oszczędzać. Europejski Bank Centralny buduje we Frankfurcie nową siedzibę za 870 mln euro, a Rada Europejska rozbudowuje się w Brukseli – za 315 mln euro buduje nową siedzibę dla przewodniczącego Hermana Van Rompuya, co wymusza traktat lizboński. Unijna Dyrekcja Generalna Komisji Europejskiej ds. Sprawiedliwości, Wolności i Bezpieczeństwa zostanie podzielona na dwa departamenty, tworząc kolejne stanowiska biurokratycznne. Z kolei deputowani Parlamentu Europejskiego postanowili zwiększyć swoje i tak już gigantyczne uposażenia. A co ciekawe, Bruksela chce, by na ratowanie strefy euro pieniądze wyłożyła także… Polska! Mimo że nasz kraj znajduje się poza tą strefą. Pierwszy do pomocy rzucił się minister finansów Jacek Rostowski. Pytanie brzmi – czy polscy podatnicy zostaną obciążeni kwotą „tylko” niecałego 1 mld euro czy aż 28 mln euro. Zobaczymy.

* Niniejszy wywiad został opublikowany w 7-8 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2010 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24