Erotyczna wolność słowa*

Paląc papierosy Marlboro i popijając coca-colę, na płaskim monitorze firmy Samsung czyta dokument napisany w programie firmy Microsoft. Czyżby był to jakiś zachłyśnięty globalizacją kapitalista? A może doktrynerski neoliberał? Nietrafione! To 28-letni Sławomir Sierakowski, redaktor naczelny skrajnie lewicowej „Krytyki Politycznej”. W ten sposób w pełni korzysta z dobroci produktów globalnego kapitalizmu i wolnego rynku, który tak gruntownie krytykuje. Podstawowym celem wydawców tego kwartalnika jest bowiem „wprowadzenie i umocnienie w sferze publicznej lewicowego projektu walki z ekonomicznym i kulturowym wykluczeniem”.

Co więcej, jak lewicowcy chwalą się na swojej stronie internetowej, do ich działalności hojnie dokładają podatnicy! Wydawanie kwartalnika i prowadzenie witryny internetowej w 2007 roku dofinansowane zostało mianowicie ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Operacyjnego „Promocja czytelnictwa”. Ponadto pismo ukazuje się dzięki wsparciu finansowemu Wydawnictwa Naukowego PWN, a także Fundacji im. Stefana Batorego. Środowisko „Krytyki Politycznej” w 2006 roku stworzyło w centrum Warszawy REDakcję, czyli ośrodek wymiany myśli, gdzie organizowane są spotkania, dyskusje, warsztaty, pokazy filmowe i wystawy. W styczniu 2008 roku inicjatywa ta otrzymała nagrodę kulturalną „Wdechy 2007” w kategorii Miejsce Roku przyznawaną przez warszawski dodatek niezrównanej „Gazety Wyborczej”.

Tymczasem dwulicowi lewicowcy oburzają się, że Empik zdecydował, iż nie będzie sprzedawał pism erotycznych w swoich salonach, bo nie przynoszą one odpowiedniego zysku i tylko zajmują miejsce na półkach. Podniesiono larum, że zagraża to wolności słowa. Ale problem nie dotyczy tylko niszowej prasy erotycznej. Podobnie jest na przykład z konserwatywno-liberalnym „Najwyższym CZASem!”, nowym kwartalnikiem „Stańczyk Królewski” czy choćby „Opcją na Prawo”, które to periodyki można dostać w nielicznych punktach z prasą. I to dla lewicowców nie jest oczywiście żadna dyskryminacja. Dlaczego nie domagają się oni od kiosków Ruchu, by w każdym sprzedawano nasz miesięcznik? Oczywiście to powinna być suwerenna decyzja każdego handlowca, jakie tytuły zamierza dystrybuować. Bo to on ponosi koszty tej transakcji, a sprzedaż gazet to taka sama działalność gospodarcza, jak każda inna – firma musi przynosić zysk, a nie oglądać się na humory co poniektórych. Jeśli jakieś czasopismo słabo się sprzedaje i zostaje wycofane przez niektórych dystrybutorów, to nie znaczy, że ogranicza się wolność słowa. Zainteresowany czytelnik zawsze może iść do konkurencji, czy kupić tytuł wysyłkowo albo go po prostu zaprenumerować. Jest wiele możliwości.

Choć z prenumeratą wysyłkową może być problem. Związkowcy z „Solidarności” żądają bowiem podwyżki płac dla pracowników Poczty Polskiej w wysokości 700 zł (nie wystarcza im 500 zł podwyżki, co zaproponowała dyrekcja poczty), grożąc bezterminowym strajkiem generalnym, który ma się rozpocząć na początku maja br. Jak twierdzi dyrekcja, podwyżka o 700 zł doprowadziłaby do utraty przez pocztę płynności finansowej. Z kolei jeśli dojdzie do tego strajku, to z pewnością wielu klientów, w szczególności duże firmy, podejmie decyzję o zaprzestaniu korzystania z usług państwowej poczty na rzecz prywatnych konkurentów. I bardzo dobrze. Im szybciej upadnie państwowa poczta tym lepiej. I nie jest to mój odosobniony pogląd. Podobnego zdania jest choćby Grzegorz Gorzelak, profesor nauk ekonomicznych z Uniwersytetu Warszawskiego. Należałoby tylko jeszcze zlikwidować ustawowy monopol Poczty Polskiej na drobne wysyłki. Zyskają na tym wszyscy. Firmy prywatne, na przykład InPost czy PAF Operator Pocztowy, które będą mogły przejąć rynek i klienci, którzy teraz na listy i inne przesyłki muszą niekiedy czekać nawet dwa tygodnie (i to priorytet!). Jeśli list przyjdzie po tygodniu od wysłania, to świadczy to o wyjątkowym szczęściu. Kiedy spytałem urzędnika w lokalnej placówce pocztowej w Czeladzi, dlaczego tak się dzieje, to z rozbrajającym uśmiechem na ustach odpowiedział: „Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Nie powinno tak być. Na terenie Polski każdy list powinien dojść w ciągu trzech dni”. Niezły dowcipniś! Jak na razie zamiast prywatyzacji rząd przyjął projekt ustawy o komercjalizacji Poczty Polskiej i przekształceniu jej w spółkę akcyjną, w której jedynym akcjonariuszem będzie Skarb Państwa. Dopiero na 2013 rok planowana jest pełna liberalizacja usług pocztowych w Polsce, czyli przesyłek o wadze do 50 g.

Nie tylko Polacy mają problem z pocztą. W międzynarodowym porcie lotniczym we Frankfurcie nad Menem kilkugodzinny strajk pracowników niemieckiej poczty, którzy również domagają się podniesienia wynagrodzeń, spowodował opóźnienia w dostawach ponad pół miliona przesyłek międzynarodowych. Z kolei 2 maja niemieccy pocztowcy zapowiedzieli strajk generalny. To skutek podjudzania nieświadomych pracowników przez myślących wyłącznie o własnym interesie działaczy związkowych. Jak oszacowała „Rzeczpospolita”, polskie państwowe firmy wydają na utrzymanie związków zawodowych aż 110 mln zł rocznie. Zgodnie z prawem muszą pokrywać koszty związkowych etatów i udostępniać im pomieszczenia, a w niektóre przedsiębiorstwa muszą pokrywać wydatki na wynajętych przez związkowców prawników, organizację negocjacji czy samochody służbowe dla związkowych bonzów (takim samochodem z kierowcą dysponuje na przykład Dominik Kolorz, przewodniczący Sekcji Krajowej Górnictwa Węgla Kamiennego NSZZ „Solidarność”). Jak podaje dziennik, tylko w górnictwie na utrzymanie związków zawodowych w trzech największych spółkach węglowych wydaje się rocznie ponad 40 mln zł, czyli 377 zł na zatrudnionego.

Dopóki państwowa Poczta Polska nie zostanie sprywatyzowana lub zlikwidowana, nic się nie zmieni na lepsze. Tak samo jest w innych branżach obsługiwanych przez państwowych urzędników, a nie przez konkurujące ze sobą prywatne firmy. Weźmy drogi. Dlaczego remont ulicy w Opolu rozpoczęto właśnie w piątek popołudniu podczas największego natężenia ruchu? Dlaczego remont wiaduktu pomiędzy Katowicami a Sosnowcem trwa dłużej niż wybudowanie całego osiedla przez prywatnego dewelopera trzy kilometry dalej? Dlaczego podatnicy, którzy sfinansowali budowę autostrady A4 z Katowic do Wrocławia, w roli kierowców wkrótce za przejazd będą musieli płacić po raz drugi na bramkach? Mało tego, pracownicy urzędów powinni być wdzięczni każdemu podatnikowi za to, że ich utrzymuje. Tymczasem nie potrafią nawet uprzejmie się odezwać. Kiedy przyniosłem do Urzędu Skarbowego w Będzinie moje roczne rozliczenie podatkowe, wszyscy pracownicy właśnie opuszczali urząd, ponieważ było już po godzinie 15 – spóźniłem się jakieś dwie minuty. Oczywiście nikt już nie zamierzał odebrać ode mnie PITu. Co więcej, nieuprzejmy ochroniarz nie tylko nie chciał mi pomóc, ale na dodatek nie miał ochoty ze mną rozmawiać i wyzywał mnie od pijaków:  – Niech pan przyjdzie, jak pan wytrzeźwieje! – krzyknął do mnie groźnie. Trafił jak kulą w płot, bo nie miałem alkoholu w ustach chyba ze trzy miesiące. A może w Polsce należałoby wprowadzić kodeks zachowania urzędników, który wdrożony niedawno w Serbii nakazuje biurokratom m.in. „profesjonalizm i uprzejmość”, „udzielanie w porę prawdziwych informacji”, a także „poszanowanie osobowości i godności obywateli”?

Czy nasze najwyższe władze też są pokroju ochroniarza w urzędzie skarbowym? Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, usunął kilku polskich niewygodnych mu dyplomatów, w tym doprowadził do dymisji Zdzisława Jana Ryna, ambasadora w Argentynie. Już wcześniej profesor Ryn był szykanowany przez obecne władze tego resortu. Mianowicie w grudniu 2007 roku na czas wizyty Bogdana Borusewicza, marszałka Sejmu, w Buenos Aires, który wziął udział w uroczystości zaprzysiężenia nowej prezydent Argentyny Cristiny Fernandez Kirchner, ambasador Ryn został urlopowany, by nie spotkał się z marszałkiem. Świadczy to o małości władz polskiego MSZ i pana Borusewicza, jeśli to z jego inicjatywy doszło do takiej sytuacji. Tylko raz osobiście spotkałem profesora Zdzisława Ryna i wywarł on na mnie bardzo pozytywne wrażenie. To nie jest pierwszy lepszy urzędas biorący łapówki czy karierowicz łasy na stanowiska i przywileje. Uważam go za wyjątkowo porządnego, przyzwoitego, skromnego człowieka o bardzo wysokim poziomie kultury i intelektu oraz wielkiej wiedzy. Jak niewielu z polskich ambasadorów w egzotycznych krajach profesor Ryn, lekarz psychiatra kliniczny, specjalista od patologii społecznych, zwiedził wiele zakątków Ameryki Południowej, w szczególności Andy, podczas gdy większość polskich przedstawicieli poza stolicę obcego kraju nawet nie wyściubi nosa i niewielkie ma pojęcie o kraju, w którym pracuje. Poza wydawaniem służbowych pieniędzy nic ich nie interesuje. Ponadto profesor Ryn jest autorem ciekawych i wartościowych książek i wielu prac naukowych, a także członkiem elitarnego amerykańskiego The Explorers Club, wcześniej był ambasadorem w Boliwii i Chile. Jestem pewny, że dobrze reprezentował interesy Polski w Ameryce Południowej. I nie bronię profesora Ryna dlatego, że jestem zwolennikiem ojca Rydzyka, gdyż nie słucham Radia Maryja, tak znienawidzonego przez różową „Gazetę Wyborczą” i ludzi pokroju Sławomira Sierakowskiego.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w numerze 5 miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24