Czekamy na deregulację*

Związkowcy domagają się, by działalność górnika-związkowca liczyła się do emerytury jak praca pod ziemią. Tymczasem przywileje te kosztowałyby państwo kilkaset tysięcy złotych rocznie i nie mają żadnego uzasadnienia. Przecież nie pracują oni pod ziemią, w szczególnie niebezpiecznych warunkach. Skandalem w ogóle jest fakt, że Sejm zajmuje się problemem 200-300 osób. Parlament powinien uchwalać prawa na bardzo ogólnym poziomie, a nie szczegółowe, dotyczące kilkuset osób. To jest kpina z systemu prawnego. W ten sposób przyznaje się przywileje coraz to nowym grupom zawodowym i lobbingowym, nie zważając na coraz wyższe koszty po stronie coraz bardziej ciemiężonych podatników. Tu kilkaset tysięcy, tam parę milionów, gdzie indziej pół miliarda i okazuje się, że wychodzi z tego więcej niż cała dziura budżetowa. Tymczasem, jak wiadomo, im więcej uchwala się ustaw, tym mniej są one trwałe, prowadząc do ciągle zmieniającej się dżungli prawnej, która dezorientuje ludzi i znacznie utrudnia działalność gospodarczą, dla której stałość prawa jest wartością nadrzędną. Ale z drugiej strony im większy gąszcz przepisów prawnych, tym łatwiej ukryć oszustwa i malwersacje finansowe polityków i urzędników. A o to w tym wszystkim chodzi.

Według raportu Najwyższej Izby Kontroli w 2006 roku Izba ujawniła nieprawidłowości o łącznej wysokości aż ponad 10,1 mld zł. Z dokumentu wynika, że nie było istotnej poprawy w infrastrukturze komunikacyjnej i transportowej, w pozyskiwaniu dochodów dla budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego, w gospodarowaniu środkami publicznymi, w finansowaniu potrzeb społecznych, projektów i programów rozwojowych, w restrukturyzacji i prywatyzacji ani w zarządzaniu majątkiem publicznym. Jak podkreśla NIK, nadal istnieją luki i sprzeczności w przepisach, nie zwiększyło się poszanowanie dla prawa, nie poprawiły się sposób i efekty zarządzania publicznym majątkiem oraz nie zmniejszyły zagrożenia dla środowiska naturalnego i szeroko pojętego bezpieczeństwa obywateli. Tylko czy to coś da? Czy zostaną pojęte kroki w celu dalszej eliminacji tych zagrożeń i nieprawidłowości w przyszłości? Wątpliwe. Zarówno władzy rządzącej, jak i opozycji nie byłoby to na rękę, bo przecież z tego żyją.

Po profesorze Bronisławie Geremku i Adamie Michniku, teraz były prezydent Aleksander Kwaśniewski szkaluje imię Polski poprzez krytykę za granicą demokratycznie wybranych polskich władz. Stwierdził mianowicie, że „pod rządami braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich Polska mogła stać się międzynarodowym pośmiewiskiem z powodu anachronicznego konserwatyzmu premiera i prezydenta”. Ponadto Kwaśniewski oskarża braci Kaczyńskich o …nacjonalizm. A przecież nacjonalizm to nie jest nic złego. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego jest to „postawa i ideologia uznająca interes własnego narodu za wartość najwyższą”. I właśnie wszyscy uczciwi politycy powinni się tym cechować. Ale przecież dla Geremka czy Kwaśniewskiego ważniejsza jest perspektywa unioeuropejska. Jednak tu nie tylko o to chodzi. Także o to by dopiec swoim politycznym wrogom na arenie międzynarodowej. A potem Vaclav Havel, były prezydent Czech, opowiada brednie o zagrożeniu demokracji w Polsce. Dlaczego politycy, szczególnie lewicowi, nie mogą prać swoich brudów na własnym podwórku?

Należy przyklasnąć Platformie Obywatelskiej, która jako jedyna partia oprócz Unii Polityki Realnej obiecuje widoczne obniżenie podatków, jeśli wygra wybory. Platforma planuje obniżyć podatek dochodowy od osób prawnych z 19% do 10% oraz wprowadzić liniowy podatek dochodowy od osób fizycznych na poziomie 15% wraz z 3-tysięczną kwotą wolną na podatnika i każde dziecko (obecnie rząd proponuje zwiększyć kwotę zmniejszająca podatek na każde dziecko ze 120 zł do 572,54 zł), a ponadto wprowadzić kotwicę wydatkową, zgodnie z którą każdego roku wydatki nie będą mogły się zwiększać o więcej niż wskaźnik inflacji, co ma pozwolić na całkowite zlikwidowanie deficytu budżetowego w ciągu trzech lat. Szkoda tylko, że platformersi zapomnieli o obniżeniu podstawowej stawki VATu z 22% do 15%, co deklarowali przed poprzednimi wyborami. No i nie ma mowy o zmniejszeniu najbardziej dokuczliwego podatku – akcyzy na paliwa. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Drugi pomysł Platformy Obywatelskiej, który Rada Krajowa partii przyjęła przez aklamację, nie jest już tak mądry. Według tej niedorzecznej uchwały jedno z trzech pierwszych miejsc na listach wyborczych tej partii ma zostać zarezerwowane dla kobiet. Nie jest ważne, że może w danym okręgu nie będzie żadnych działaczek, które nadawałyby się do startu w wyborach. Będzie trzeba takich gorączkowo szukać, nawet jeśli kompetentni będą jedynie mężczyźni. Z pewnością obniży to ogólny poziom kandydatów na listach wyborczych tej partii, gdyż część z nich zostanie wpisana nie ze względu na kompetencje, a ze względu na płeć. Bo gdy któraś z kobiet jest lepsza od mężczyzny, to nie potrzebuje parytetów, by być na czele listy wyborczej. Kiedy doczekamy się parytetów dla eskimosów, homoseksualistów, ekoterrorystów i feminazistek?

Parlament przyjął ustawę regulującą tzw. telepracę, która określa m.in. sposoby zatrudniania telepracowników, ich prawa i obowiązki pracodawcy. Pracodawca będzie miał obowiązek dostarczenia telepracownikowi niezbędnego sprzętu, pokrycia kosztów jego instalacji, serwisu i konserwacji, a także będzie musiał zapewnić pomoc techniczną, niezbędne szkolenia i ubezpieczenie. Spowoduje to zrównanie tego typu pracy z normalnie wykonywaną, co zaskutkuje tym, że będzie ona niechętnie wybierana przez pracodawcę. Jeśli przedsiębiorcę telepraca ma kosztować tyle samo co praca tradycyjna, to wybierze tą drugą formę, gdyż wtedy ma bezpośredni nadzór nad pracownikiem. Właśnie dzięki tej regulacji wielu telepracowników może stracić pracę.

Jednym z ważniejszych elementów głębokiej wolnorynkowej reformy nowozelandzkiej gospodarki w latach 1980. była jej gruntowana deregulacja, która przyniosła rewelacyjne skutki. Tymczasem według najnowszego raportu kanadyjskiego Instytutu Frasera pod względem wolności gospodarczej Polska zajmuje dopiero 56. miejsce na 141 badanych państw, pozostając w tyle za takimi krajami, jak Kostaryka, Armenia, Kazachstan, Botswana czy Peru. Jak podaje „Rzeczpospolita”, w Polsce od 1989 roku liczba koncesji i zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej i dopuszczeń do wykonywania zawodu wzrosła ze 135 do 255. Nie milkną na szczęście pomysły deregulacji gospodarki. Jacek Kościelniak, minister w Kancelarii Premiera i szef międzyresortowego Zespołu do spraw Przywrócenia Wolności Gospodarczej, przedstawił organizacjom pracodawców propozycje liberalizacji koncesji i zezwoleń, co określa drugim etapem Pakietu Kluski. Zespół ma wskazać, na ile regulacje ograniczające wolność gospodarczą wynikają z regulacji unijnych, a na ile z bujnej inicjatywy polskiej administracji. Ma się zmniejszyć m.in. liczba pozwoleń potrzebnych do budowy, ma być łatwiejszy dostęp do zawodów i licencji prawniczych, gminy nie będą ustalać liczby punktów sprzedaży napojów alkoholowych, a psycholodzy nie będą potrzebowali zezwoleń na prowadzenie własnej praktyki. Niewiele tego, ale zawsze coś. Panu Kościelniakowi proponuję jeszcze wziąć pod uwagę patologiczne zjawiska wynikające z przeregulowania i opieszałości urzędników. Czterech bezrobotnych łodzian założyło mianowicie firmę, która załatwia przerejestrowanie samochodu w wydziale komunikacji, gdyż ludzie nie chcą tracić cennego czasu na stanie w wielogodzinnych kolejkach. Oby takich firm było jak najmniej.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w nr 10 „Opcji na Prawo” z 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24