Siedem lat w UE*

 

W maju minęło siedem lat od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Co w polskiej gospodarce i strefie publicznej zmieniło się na lepsze, a co na gorsze? Jakie mamy korzyści z członkostwa, a jakie straty?

 

Ogólny dobrobyt w Polsce liczony różnymi danymi statystycznymi z pewnością wzrósł, ale z drugiej strony pogorszyły się wskaźniki dotyczące sektora publicznego. Pytanie jednak brzmi: czy stało się to dzięki członkostwu Polski w Eurokołchozie, czy też mimo tego członkostwa? Pamiętajmy, że Polska w wyniku 45 lat panowania komunizmu, w 1989 roku gospodarczo stała na bardzo niskim poziomie, więc sporo było miejsca do nadrobienia zaległości w stosunku do państw Zachodu. I w roku 2004, kiedy wchodziliśmy do Eurosojuza, proces nadrabiana zaległości z pewnością nie był ukończony. A jednak wzrost gospodarczy choć niewiele, to jednak był po wstąpieniu już nieco niższy niż w latach poprzednich. Mianowicie w latach 1994-2004 średnioroczny wzrost Produktu Krajowego Brutto Polski wyniósł 4,5 procenta, podczas gdy w latach 2005-2011, czyli już po wejściu do Eurokołchozu – 4,3 procenta. Tymczasem zdaniem Anity Błochowiak, posłanki SLD, Polska, aby mogła dogonić zachodnie gospodarki, powinna rozwijać się w tempie 6-7 procent rocznie. W 2004 roku Produkt Krajowy Brutto Polski był na poziomie 884,2 miliarda złotych, podczas gdy w 2011 roku wyniósł 1,47 biliona złotych, co oznacza wzrost o 66 procent, jednak po uwzględnieniu inflacji wzrost ten będzie wyglądał znacznie skromniej i okaże się, że średniorocznie wyniósł on w latach 2004-2011 zaledwie niecałe 1,5 procenta.

Według danych unijnego urzędu statystycznego Eurostat, w 2004 roku PKB Polski na osobę według parytetu siły nabywczej wyniósł 51 procent średniej unijnej, podczas gdy w 2009 roku (z tego roku są najnowsze dane) – 61 procent, co oznacza wzrost rzędu 19,6 procenta, jednak należy mieć na uwadze, że także średnia unijna w tym okresie spadła po wstąpieniu 12 nowych biedniejszych krajów do bloku. Warto także porównać Polskę z innymi krajami naszego regionu. W tym czasie ten sam wskaźnik wzrósł na Słowacji o 28 procent, w Rumunii – o 35,3 procenta, w Bułgarii – o 25,7 procenta, a w Macedonii, która nigdy nie była członkiem Eurokołchozu – o 33 procent. Tak czy inaczej, licząc w liczbach bezwzględnych nieuwzględniających inflacji, dość znacznie wzrosła w Polsce w tym okresie średnia płaca brutto, bo aż o 59 procent – z 2289 złotych w 2004 roku do 3633 złotych aktualnie. Mimo drastycznych wzrostów cen paliw w ostatnim czasie, za średnią płacę brutto Polak może teraz kupić 699 litrów benzyny bezołowiowej 95 oktan, podczas gdy w 2004 roku było to 619 litrów. Coraz więcej Polaków stać na posiadanie własnego samochodu. Jak informuje Interia.pl, dziesięć lat temu po polskich drogach jeździło niecałe 10 milionów samochodów osobowych, podczas gdy obecnie jest ich około 16 milionów. Po wstąpieniu Polski do Unii znacznie spadło też bezrobocie – z ponad 19 procent w 2004 roku do 9,5 procenta w 2008 roku, po czym zaczęło ono znowu rosnąć, do 12,6 procenta aktualnie.

Ogólne dane gospodarcze Polski również się poprawiły. Znacznie wzrosły inwestycje – ze 120,5 miliarda złotych w 2004 roku do 218,6 miliarda złotych w 2009 roku (najnowsze dane Eurostatu), czyli o ponad 81 procent. Znacząco zwiększyła się także wymiana handlowa Polski z zagranicą – ze 130 miliardów euro w 2004 roku do 248,3 miliarda euro w 2010 roku – co jest zjawiskiem bardzo korzystnym. W tym okresie eksport zwiększył się niemal dwukrotnie (o 97 procent) z 59,7 miliarda euro do 117,4 miliarda euro. Z kolei import wzrósł o 83,5 procenta z 71,3 miliarda euro do 130,9 miliarda euro. Tak dobre rezultaty były możliwe głownie dzięki czterem wolnościom, które są fundamentem i największą korzyścią z bycia członkiem Unii Europejskiej: swoboda przepływu osób (w tym strefa Schengen), towarów, usług i kapitału pomiędzy państwami-członkami. Niestety Unia ogranicza te same wolności w kontaktach z państwami trzecimi. Jednak wolności te przynoszą także niekorzystne skutki: emigrację młodych ludzi za pracą, którzy w rezultacie w Wielkiej Brytanii czy Holandii, a nie w Polsce budują dobrobyt. Dla polskiej gospodarki oznacza to odpływ wartościowych pracowników, utrudniając równocześnie zbilansowanie polskiego systemu emerytalnego.

Znacznie gorzej wyglądają dane związane ze strefą publiczną, czyli zarządzaną nie przez siły wolnego rynku, lecz przez przekupnych polityków i nieudolnych biurokratów. Od 2004 roku do dziś niemal podwoiło się zadłużenie sektora publicznego – według licznika długu opracowanego przez Stowarzyszenie KoLiber, w czerwcu tego roku dług publiczny przekroczył 838 miliardów złotych (57 procent PKB), podczas gdy jeszcze w 2004 roku wynosił 430 miliardów złotych (45,7 procenta PKB). Prawie dwukrotnie zwiększył się także koszt obsługi długu publicznego – z 22,5 miliarda złotych w 2004 roku do 42,2 miliarda złotych w 2011 roku – aktualnie to druga pozycja w budżecie po wydatkach na ZUS. Dla porównania wydatki budżetu w 2011 roku na obronę narodową zaplanowano na poziomie 27,2 miliarda złotych, a na wymiar sprawiedliwości – zaledwie niecałe 3,9 miliarda złotych!

Dług sektora finansów publicznych musiał w tym okresie się zwiększyć, ponieważ zwiększyły się wydatki publiczne – z 42,6 procenta PKB w 2004 roku do 46,6 procenta PKB w 2011 roku, a deficyt sektora finansów publicznych, który w 2004 roku wynosił 42 miliardy złotych, w 2011 roku poszybował do 75,4 miliarda złotych. Licząc w liczbach bezwzględnych, a nie stosunkiem do PKB, wydatki polskiego sektora finansów publicznych zwiększyły się z 399 miliardów złotych w 2004 roku do 697,7 miliarda złotych w 2011 roku, czyli aż o 75 procent! W tym czasie wydatki samego budżetu państwa wzrosły ze 197,7 miliarda złotych do 313,5 miliarda złotych.

Wzrost wydatków to właśnie efekt między innymi wejścia Polski do Unii Europejskiej. W wyniku konieczności realizacji i implementacji unijnego prawa oraz konieczności przyjmowania dotacji z Brukseli w sposób niewyobrażalny wzrosła ilość urzędników – z 350 tysięcy w 2004 roku do prawie pół miliona obecnie. I to właśnie dotacje unijne, które tak dużo nas kosztują, a na dodatek wprowadzają element nieuczciwej konkurencji i deformują rynek, obok nadmiernej biurokracji i unijnych regulacji, które jak się wylicza, kosztują polską gospodarkę około 5 miliardów euro rocznie, są najbardziej szkodliwym zjawiskiem, które przyniosła ze sobą Unia. Samo zaś członkostwo w bloku powoduje konieczność uchwalania ton aktów prawnych, aby w ten sposób wprowadzać coraz to nowsze regulacje z Brukseli. Ma to jeszcze jeden negatywny wpływ na przedsiębiorczość – małą pewność prawa.

Co ciekawe, unijne dotacje dla sektora badawczo-rozwojowego spowodowały… spadek innowacyjności polskiej gospodarki. Co gorsza, przy inwestowaniu z pomocą unijnych dotacji bierze się pod uwagę najczęściej wysokość wydanych pieniędzy, a nie jakość wykonanych inwestycji, co powoduje, że same inwestycje stają się kosztowne, a jednocześnie często niepotrzebne. Z kolei jeszcze większe niebezpieczeństwo z uwagi na brukselskie regulacje tkwi w kwestiach związanych z ochroną środowiska – w tej dziedzinie Unia życzy sobie tak wysokich inwestycji oraz od 2013 roku ponoszenia kosztów nabywania praw do emisji dwutlenku węgla, że polska gospodarka może z tego powodu zbankrutować. Sama składka unijna Polski w 2011 roku wynosi 15,7 miliarda złotych, a różnego rodzaju kosztowne strategie, których przygotowywanie na polskich władzach wymusza Unia Europejska, jak udowodnił prof. Krzysztof Rybiński, nie miały wpływu na funkcjonowanie polityki.

Wskaźniki gospodarcze Polski, takie jak bezrobocie, średnia płaca, inwestycje czy handel zagraniczny, czyli to, za co odpowiada sektor prywatny, po wejściu naszego kraju do bloku poprawiły się. Z kolei strefa publiczna (biurokracja, finanse publiczne – wydatki publiczne, zadłużenie) jest w gorszym stanie. Ogólny wniosek jest taki, że wszelkie wolności, jakie mamy dzięki Unii Europejskiej, są dla krajów członkowskich korzystne, a różnorakie regulacje płynące z Brukseli (w tym prawo dotyczące minimalnych stawek podatkowych i dotacje unijne, także te dla rolnictwa), które starają się te wolności ograniczać, zmniejszają także potencjał wzrostu naszego dobrobytu. W rezultacie członkostwo w Eurosojuzie z jednej strony pobudza wzrost gospodarczy, a z drugiej – go hamuje. Najlepszym rozwiązaniem byłoby przyjęcie samych wolności, a odrzucenie szkodliwych unijnych regulacji. Niestety taka opcja nie istnieje i członkostwo w Unii wraz z wolnościami niesie ze sobą bagaż toksycznych przepisów, które muszą zostać przyjęte pod groźbą wysokich kar.

* Niniejszy komentarz został opublikowany w 7-8 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2011 r.

 

Jedna odpowiedź to “Siedem lat w UE”

  1. bobola pisze:

    Mam wrazenie, ze Szanowny doktorant zbyt optymistycznie ocenia dorobek III RP i wspolpracy europejskiej. Co zas tyczy sie wykresu PKB to nieuwzglednienie dewaluzcji PLN powoduje, ze widzi Pan wzrost tam gdzie go nie ma. http://bobolowisko.blogspot.com/2011/06/jak-znalezc-wyjscie-z-sytuacji-bez.html

Zostaw odpowiedź

web stats stat24