Zakazali handlu pietruszką*

 

31 sierpnia Sejm przegłosował nowelizację Kodeksu wykroczeń, zgodnie z którą za handel poza miejscem do tego wyznaczonym przez władze gminy będzie groziła grzywna do 5 tysięcy złotych.

 

To już drugie podejście parlamentu w tej sprawie. W 2009 roku sejmowa Komisja „Przyjazne Państwo” zgłosiła projekt ustawy, w myśl której za handel na chodniku należała się grzywna lub nawet wtrącenie do więzienia. Pomysł przepadł, bo sprzeciwiły mu się wszystkie partie poza PO. – By udowodnić, że jest to realny problem, trzeba wskazać, że nielegalny handel jest bolączką wielu polskich miast. Można wymienić: Warszawę, Łódź, Poznań, Kraków, Gdańsk, Sopot czy Kołobrzeg – mówił w Sejmie Paweł Orłowski, poseł sprawozdawca z PO. – Spacerując po wielu reprezentacyjnych ulicach, potykamy się rzeczywiście, mówiąc kolokwialnie, o stragany z towarami niewiadomego pochodzenia. (…) taki nielegalny handel pociąga za sobą wiele różnych negatywnych skutków, m.in.: wprowadzanie do obrotu towarów niewiadomego pochodzenia, łamanie prawa związanego z porządkiem publicznym, ograniczanie konkurencji, ponieważ równolegle istnieją miejsca wyznaczane do prowadzenia takiego handlu – targowiska, gdzie sprzedający uiszcza opłatę targową, ale nielegalny handel wywołuje również taki skutek, jak zakłócanie estetyki przestrzeni publicznej, o czym bardzo głośno dzisiaj mówimy w kontekście publicznej przestrzeni miejskiej – argumentował za wprowadzeniem zakazu poseł Orłowski.

Jednak prawdziwą przyczynę nowej regulacji ujawnił inny poseł PO. – Handlujący łamią szereg przepisów – nie płacą podatku dochodowego, opłaty targowej, podatku VAT, składek na ubezpieczenia społeczne, emerytalne, rentowe, wypadkowe etc., a więc ZUS, KRUS, nie płacą składek zdrowotnych, a więc do Narodowego Funduszu Zdrowia – mówił otwartym tekstem Adam Szejnfeld. Za ustawą, która przeszła minimalną większością głosów 202 : 199, opowiedzieli się posłowie PO, a przeciwko byli posłowie PiS, PSL i co ciekawe SLD. Ustawa przeszła, bo aż 53 posłów nie wzięło udziału w głosowaniu.

Posłowie większością głosów 212 : 181 odrzucili też poprawkę PiS, która przewidywała, że kara grzywny nie dotyczyłaby sprzedaży grzybów, owoców leśnych i płodów rolnych. Przed odrzuceniem tej poprawki Stanisław Pięta, poseł PiS, pytał w Sejmie posła Orłowskiego: „Jak to jest, panie pośle, że przeszkadzają wam ubodzy ludzie sprzedający runo leśne, wyroby rękodzieła, owoce? Jak to jest, że tacy ludzie wam przeszkadzają, a to, że Rycho, Miro i Zbycho okazują się niewinni – nie?”. Po odrzuceniu poprawki przez Sejm, Czesław Hic, inny poseł PiS, mówił: „Co to oznacza? Mianowicie to, że emeryci i renciści nie będą mogli dorobić do swoich ubogich rent i emerytur. Ta przysłowiowa babcia zostanie wykluczona i praktycznie nie będzie mogła sprzedawać ani kwiatów, ani owoców, ani płodów rolnych. My jako Prawo i Sprawiedliwość nie zgadzamy się z tym”.

Uchwalona przez Sejm ustawa zawiera bardzo niebezpieczny przepis, który zakłada możliwość przepadku towarów przeznaczonych do sprzedaży nawet w przypadku, gdyby były one własnością handlarza. Wielu komentatorom ustawa ta przypomina powołanie przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej, która rekwirowała towar, a następnie dzieliła go wśród obywateli Polski Ludowej. Można ją też porównać do bezwzględnego zakazu handlu żywnością na ulicach, jaki w 2010 roku wprowadziły lewackie władze Wenezueli.

Akcje ograniczania handlu na chodnikach były już prowadzone w wielu gminach w Polsce, między innymi w Łodzi, Katowicach czy Zakopanem. Władze Łodzi rozpoczęły walkę z tzw. „pudlarzami”, głównie bezdomnymi i bezrobotnymi sprzedawcami, którzy w pudłach składują bardzo tanie i cieszące się popularnością towary. Najpierw karano ich mandatami (wypisano ich kilka tysięcy), których jednak kupcy nie byli w stanie płacić, więc następnie straż miejską w Łodzi wyposażono w możliwość rekwirowania towaru. Towar zabierano nawet handlarkom, które miały wykupione miejskie opłaty, tzw. placowe, a sprzedaż była ich jedynym źródłem utrzymania. Za akcją ograbiania i zwalczania uczciwie pracujących handlarzy stał zarówno Jerzy Kropiwnicki, prezydent Łodzi w latach 2002-10 z Chrześcijańskiego Ruchu Samorządowego, jak i Tomasz Sadzyński, p.o. prezydenta Łodzi z PO. – Nonsensem jest twierdzenie, że uliczni handlarze niszczą miejsca pracy. Łodzianie kupują od nich za grosze potrzebne sprzęty domowe, ubrania czy przysłowiową pietruszkę. W ten sposób oszczędzają pieniądze, które mogą wydać na inne potrzeby, i dać pracę osobom w innych branżach. Handlarz uliczny sprzedający filcowe wkładki do butów nie za np. 10 złotych, ale za 5 złotych, może zabierze pracę pani ze sklepu obuwniczego w centrum handlowym. Ale da ją sobie oraz pani z cukierni z tego centrum handlowego, w której za zaoszczędzone pieniądze ktoś kupi sobie słodką bułkę – słusznie argumentuje Mateusz Szczeciński z fundacji Projekt Łódź. – Eliminując szarą strefę, skazujemy pracujących w niej ludzi na bezrobocie, a ich klientów na wzrost kosztów życia – dodaje.

W lutym 2011 roku radni Katowic przyjęli uchwałę, która zakazuje handlu obnośnego w centrum miasta, a straży miejskiej nakazano karać handlarzy mandatem w wysokości 500 złotych oraz rekwirować towar. Z kolei w Zakopanem mandaty nakładane przez policję i straż miejską nie wystraszyły drobnych kupców i władze miejskie zdecydowały się na wynajęcie firm ochroniarskich, które miały zwalczać handel na Krupówkach. Akcję podjęto z inicjatywy właścicieli sklepów usytuowanych przy tej ulicy. Zdaniem Wojciecha Solika, wiceburmistrza Zakopanego, handlarze „przeszkadzają”, „stanowią niebezpieczeństwo” oraz „psują wizerunek miasta”.

Nowe prawo uchwalone przez Sejm to podwójne uderzenie w uczciwych ludzi. Po pierwsze, w przedsiębiorczych sprzedawców, którzy w wielu przypadkach będą musieli iść na bruk albo na zasiłek opłacany przez podatników. Po drugie, w kupujących, którzy tanio i wygodnie mogli kupić potrzebne owoce, kwiaty czy skarpetki. – To nie jest prawo dla ludzi. To jest prawo przeciw ludziom – grzmiał w Sejmie poseł Pięta. – Czy panowie z Platformy Obywatelskiej nie wstydzą się przyjmować przepisów, które uderzą w biednych ludzi i będą instrumentem do szykanowania starszych kobiet? – pytał.

Komu przeszkadza handel na chodniku? W wielu państwach świata to nie tylko sposób na życie, a z drugiej strony możliwość tanich zakupów, ale również ciekawy koloryt. Bez problemu można handlować w Indiach, Tajlandii, Kambodży czy nawet totalitarnej Birmie. Jednak ta ustawa to jeden z klocków domina, układanego przez ministra finansów Jacka Rostowskiego, o nazwie „przykręcenie śruby podatkowej”. Przecież tego typu sprzedawcy nie posiadali zwykle kasy fiskalnej! Regulacja korzystna jest przede wszystkim z punktu widzenia oficjalnych sklepów, dla których „pudlarze” stanowili nieuczciwą czasami konkurencję oraz fiskusa, bo sprzedający na chodniku raczej nie płacili podatków – czyli była to typowa szara strefa. Jednak ludzie nie musieliby uciekać do tego typu działalności, gdyby w wyniku biegunki regulacyjnej (między innymi papierologia, biurokracja, wysokie koszty pracy) i fiskalnej państwa koszy wejścia na rynek i prowadzenia działalności gospodarczej nie były tak wysokie i przez to niedostępne dla wielu przedsiębiorczych osób.

Podobnie zarówno w handlarzy, jak i kupujących uderzał projekt ustawy o likwidacji tzw. szmateksów, który jednak w 2003 roku udało się udaremnić Januszowi Korwin-Mikkemu. Mianowicie stanął on na czele Obywatelskiego Komitetu na rzecz wolnego obrotu surowcami wtórnymi i zwyciężył. Teraz ustawę może jeszcze utrącić Senat lub prezydent Bronisław Komorowski, ale nie ma co na to raczej liczyć z uwagi na fakt, że większość senatorów należy do PO i tej samej proweniencji jest głowa państwa.

Kolejnym elementem układanki ministra Rostowskiego jest prowadzona przez fiskusa akcja z paragonami, która przybiera czasami karykaturalne kształty, a ma na celu zmniejszenie szarej strefy, a tym samym zwiększenie wpływów podatkowych, czyli przyciśnięcie śruby fiskalnej i tak ledwie dyszącej gospodarki i stale ubożejących polskich gospodarstw domowych. W wakacje nad Bałtykiem, w górach i na Mazurach kontrolerzy skarbowi co lato prowadzą akcję „Weź paragon”, sprawdzając, czy sklepikarze lub restauratorzy, a nawet wypożyczalnie jachtów w kurortach i sprzedawcy plażowych zabawek prawidłowo ewidencjonują sprzedaż i usługi. Z kolei w sierpniu br. uzbrojeni inspektorzy Urzędu Kontroli Skarbowej wtargnęli na V Warmińską Ucztę Pierogową w Biesowie (woj. warmińsko-mazurskie), wywołując popłoch i wielkie oburzenie uczestników i organizatorów imprezy.

Inne elementy domina to opodatkowanie tzw. depozytów nieprawidłowych – fiskus chce się dorwać do pieniędzy przelewanych na konto pomiędzy członkami rodziny i ukraść z tego 2 procent. Urzędy kontroli skarbowej zaczęły też kontrole w branży złomiarskiej, której blokowane są konta bankowe i nakładane wysokie grzywny za rzekome wyłudzenia VAT-u. Ponadto tak uszczelniono przepisy, by nie dało się już omijać tzw. podatku Belki poprzez lokaty jednodniowe. W 2010 roku fiskus upomniał się również o haracz od pakietów medycznych opłacanych pracownikom przez firmy. Coraz częściej kontrolowani są także sprzedawcy Internetowi, w tym handlujący poprzez portal aukcyjny Allegro. Fiskus może zażądać też wyższego podatku od sprzedającego mieszkanie, gdy arbitralnie uzna, że cena z aktu notarialnego bez uzasadnionej przyczyny odbiega znacząco od cen rynkowych. Sprawdzane były nawet osoby deklarujące samotne wychowywanie dzieci, co daje pewne preferencje podatkowe, czy rzeczywiście jest to zgodne z rzeczywistością.

Skarbówka podejmuje coraz bardziej absurdalne kroki. Według interpretacji Izby Skarbowej w Bydgoszczy, wyprodukowanie energii elektrycznej i zużycie jej na własne potrzeby jest czynnością, która powinna być opodatkowana akcyzą. Z kolei urzędnicy Izby Skarbowej w Warszawie doszli do wniosku, że należy pobierać podatek od… napiwków. To podobny absurd jak sytuacja z końca zeszłego roku, kiedy japoński fiskus nakazał firmom zajmującym się połowem ryb zapłacenie podatku od… łapówek, które te wręczyły rosyjskim urzędnikom. Ciągle rosną też kary za przestępstwa i wykroczenia wynikające z Kodeksu karnego skarbowego, a ZUS domaga się od pracodawców opłacania składek nawet od… kawy, herbaty i cukru fundowanych pracownikom! Według dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach, pracownik powinien zapłacić podatek nawet od zaproszenia na firmową imprezę integracyjną, także wtedy, gdy nie weźmie udziału w niej udziału! Fiskus żąda też podatku od prezentów spod choinki, bo to darowizny i grozi, że każdy, kto nielegalnie ściąga pliki z Internetu, zapłaci 75-procentowy podatek od ukrywanych dochodów. Równocześnie Ministerstwo Finansów wypowiedziało wojnę zagranicznym ulgom podatkowym – resort renegocjował odpowiednią umowę z Cyprem, a teraz to samo będzie dotyczyć Luksemburga, Singapuru, Malezji i Indii.

Czy taki ucisk podatkowy może trwać w nieskończoność? Czy w końcu czeka nas bunt antypodatkowy zubożałego społeczeństwa na czele z rugowanymi z chodników kupcami? Bo w słowa ministra Rostowskiego, że w 2012 roku nie zostaną podniesione podatki, chyba nikt już nie wierzy w sytuacji, gdy sam podpisał rozporządzenie podnoszące od stycznia maksymalne stawki podatków i opłat lokalnych średnio o 4,2 procenta, czyli więcej niż wynosi inflacja, nie wspominając o wcześniejszym zamrożeniu progów podatkowych w PIT. To samo zresztą w 2009 roku obiecywał Donald Tusk, by potem opowiadać się za podwyżkami jedna po drugiej. A wyrzuceni z chodników handlarki pójdą chyba kraść.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 38 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2011 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24