Wyzysk według ministerstwa*
Biuro Prasowe Ministerstwa Gospodarki i Pracy wydaje (wyłącznie do użytku wewnętrznego) wybitnie propagandowy „Biuletyn Dialogu Społecznego”. Na szczęście w nakładzie jedynie 900 egzemplarzy. W numerze kwietniowym z br. większość autorów zajęło się problemem wyzysku, który podobno jest w Polsce wszechobecny. Już na samej okładce można przeczytać tytuły: „Powrót zwietrzałego pojęcia – na naszych oczach powstaje system wyzysku” czy „Najemne robactwo” określający rzekomo aktualną sytuację pracowników w Polsce.
Można się między innymi dowiedzieć, że „słowo „wyzysk” (…) przeżywa drugą młodość. Zarezerwowane, jak się zdawało, do opisu okresu wczesnego kapitalizmu pasuje, niestety, jak ulał do obecnego”. Według anonimowego autora (czyżby wstydził się tych poglądów albo miał w rzeczywistości inne?) artykułu pt. „Uwaga: WYZYSK” w Polsce panuje „groźny system wyzysku”. Finansowy sukces sklepów „Biedronka” „wyrósł na wyzysku – morderczej pracy setek szeregowych pracowników, głównie kobiet i związanych z tym ich życiowych dramatów”. Niestety „wyzysk uprawiany w supermarketach to wierzchołek góry lodowej. Wyzyskiwani jeszcze bardziej od pracowników „Biedronki” są młodzi ludzie, zatrudnieni przez liczne Agencje Pracy Tymczasowej, a to wielotysięczna armia. Wyzyskiwani są nieletni. Wyzyskiwani są pracujący na czarno, zwłaszcza cudzoziemcy”.
Na szczęście ktoś dba o wyzyskiwanych pracowników: „z tym systemem z wielkim trudem próbuje się zmierzyć państwowa służba ochrony pracy”. Jak to dobrze, że państwo o nas dba! Tylko dlaczego z trudem? I jeśli te służby nas chronią to, dlaczego dopuszczają do opisywanego wyzysku? Mimo to cała nadzieja pozostaje w państwowych służbach: „Państwowa Inspekcja Pracy musi zacząć tropić system naruszania praw pracowniczych, a nie drobne zaniedbania bhp”. W wykrywaniu wyzysku państwu pomagają też dziennikarze: „gdyby nie niektóre media, wyzysk pozostawałby, jak w minionych latach, w podziemiu”.
W kolejnym tekście „Biuletynu” pt. „Różne formy łamania praw pracowniczych” Ewa Tomaszewska, członek Prezydium KK NSZZ „Solidarność” sprzeciwia się łamaniu praw pracowniczych w szpitalach w związku ze spłacaniem ich długów z pensji pracowników: „nawet najgorszy, XIX-wieczny kapitalizm z epoki „Ziemi obiecanej” nie dopuszczał takiego łamania praw własności pracowników”. Pani Ewo, sama Pani potwierdza, że kapitalizm jest lepszy od obecnie panującego socjalizmu. Ależ oczywiście – w aktualnym socjalizmie jest dużo gorzej niż w XIX-wiecznym kapitalizmie, który nie był ani zły, ani drapieżny. W ciągu II połowy XIX wieku w Wielkiej Brytanii bezrobocie wynosiło średnio 4%, a poziom życia robotników wzrósł o 100%. Tak samo było w USA w tym okresie. Podobnie jest w rzekomo krwiożerczym kapitalizmie, który zawładnął azjatyckimi tygrysami: w Korei Południowej bezrobocie wynosi 3,6%, w Singapurze – 3,4%, a na Tajwanie aż 4,5%. A w socjalistycznej Polsce prawie 20%. W kapitalistycznej Korei Południowej poniżej granicy ubóstwa żyje 4% społeczeństwa, w kapitalistycznym Tajwanie – 1%, a w socjalistycznej Polsce – 19%. Należy podkreślić, że w przeciwieństwie do Polski we wszystkich tych krajach państwowe świadczenia socjalne są na bardzo niskim poziomie, wpływ związków zawodowych na gospodarkę jest bardzo słaby, a kodeksów pracy w ogóle nie ma (na przykład w Singapurze, Hong-Kongu, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii czy USA).
Pani Tomaszewska oczywiście podkreśla doniosłą rolę związków zawodowych, które mogą przeciwstawić się temu wyzyskowi: „ograniczanie możliwości do zrzeszania się w związki zawodowe skutkuje tym, że pojedynczy pracownik staje się całkowicie bezradny wobec wszechwładzy pracodawcy”, bo jak twierdzi w wywiadzie pt. „O potrzebie dialogu nawet … tyłka z kijem” dr Ryszard Bugaj „wyzysk w Polsce staje się zjawiskiem coraz powszechniejszym i silniej oddziaływującym na życie społeczne”. Kto jest temu winny? Globalizacja: „o tym, że sfera wyzysku i jego skala we współczesnym świecie rosną nie przesądza otwartość definicji, ale globalizacja, która sprzyja jednym, a nie sprzyja innym, a dokładniej: sprzyja bogatym, a nie sprzyja biednym. Sprzyja też niewątpliwie podnoszeniu wydajności pracy z czego korzyści czerpią głównie ci pierwsi”. Według Bugaja od 15 lat w Polsce realizowana jest liberalna doktryna funkcjonowania gospodarki, państwa i społeczeństwa i „Polska nie ma szans powtórzyć drogi irlandzkiej”. Chyba dlatego, że większość polskich polityków ma poglądy Bugaja. Twierdzi on ponadto, że „przyczyna słabej ekspansywności polskich przedsiębiorstw” leży w zbyt dużej zagranicznej konkurencji i braku protekcjonizmu: Polska źle zrobiła „potulnie otwierając nieprzygotowany rynek i wystawiając nieprzygotowane firmy na zaostrzającą się wskutek globalizacji konkurencję”. Dr Bugaj opowiada, że „nauka ekonomii wie zaś od dawna, że wolny rynek pozostawiony sam sobie to najlepszy kreator nierówności i wyzysku” (rozumiem, że Panu doktorowi chodzi o ekonomię marksizmu i leninizmu) i autorytarnie stwierdza, że w Polsce „poziom wyzysku osiągnął rozmiary ekstremalne”, dlatego musi wkroczyć państwo wraz ze swoim interwencjonizmem i zmienić status stron, bo „dziś pozycja pracodawcy i pracownika tworzą układ krańcowej nierównowagi”. Konieczna jest reprezentacja pracownicza, która będzie patrzyła na poczynania pracodawcy „ograniczając absolutną dziś swobodę i bezkarność poczynań. Dziś nikt nie patrzy pracodawcom na ręce”. Tym bardziej, że „często zaściankowy i niedokształcony jest ten polski biznes”.
Na polskim biznesie wiesza koty i wskrzesza słowo „wyzysk” także publicysta o pseudonimie Jot w tekście pt. „Narzędzia”: „kapitał prywatny związków zawodowych jak do firm nie wpuszczał, tak skutecznie nie wpuszcza” i standardem jest „przepędzanie kijem związków z zakładów”, a co gorsza „część przedsiębiorców (niepaństwowych) robi w firmach z ludźmi, co chce. Tak bezpardonowo, że nawet media, przez lata nie zauważające podobnych praktyk uznały, iż została przekroczona jakaś niewidzialna granica i zaczęły wprowadzać do obiegu to słowo [wyzysk] – niepoprawne dla części związkowców i wymazane z liberalnego leksykonu”. Jot ponadto zionie nienawiścią do prawej strony sceny politycznej: „zza parawanu patriotycznych okrzyków lustracyjno-dekomunizacyjnych wygląda programowa pustka. Żądza zemsty i kilka prostych zamordystycznych recept pokazuje granice i formy dialogu, jakich można się spodziewać w ramach budowy nowego społeczeństwa o zdrowym kośćcu. Prostowanie kręgosłupa będzie się odbywać głównie poprzez dialog moralnej narodowej pięści z wrogim nosem”. A co do tej pory robiła rządząca lewica? Dlaczego doprowadziła do takiego stanu gospodarkę i społeczeństwo, że konieczna jest budowała „zdrowego kośćca”?
Redaktor Naczelny „Biuletynu” Tomasz Jeziorański oraz redaktorka Irena Dryll przeprowadzający wywiad z Bugajem, opłacani prawdopodobnie z pieniędzy podatników (bo nie wierzę, że publikujący lewicową propagandę wyłącznie ze względów ideowych) piszą, że „Polska ma wyjątkowo piękne tradycje partycypacyjne: rady zakładowe odbudowujące prywatne przecież fabryki po 1945 r., rady robotnicze, po 1956 r., samorząd załogi po 1981 r.” Mało tego. Ci sami redaktorzy w wywiadzie z Waldemarem Kuczyńskim krytykują polską prywatyzację i opowiadają się za koniecznością planowania w gospodarce.
W kolejnym artykule pt. „Dwa różne światy” następny anonimowy autor pisze, że holenderscy eksperci związkowi ubolewają nad tym, iż w Polsce tak mało pracowników należy do związków zawodowych. Na przykład w sektorze budownictwa „do związków należy ok. 15% zatrudnionych”, podczas gdy w Holandii 45% podpisało układy zbiorowe. W swoim raporcie Holendrzy przedstawiają swoją rekomendację dla polskiego rządu: „wzmocnić dialog dokonując krytycznej oceny kodeksu pracy i wprowadzając doń zmiany ułatwiające partnerom aktywne działanie”. Chyba tylko po to, aby polska gospodarka stała się mniej konkurencyjna w stosunku do holenderskiej.
Lewicową propagandę na łamach „Biuletynu” szerzy nawet profesor dr habilitowany Juliusz Gardawski z podobno renomowanej Szkoły Głównej Handlowej. W artykule pt. „Polska praca 1999-2004” opisuje on sposoby obniżania kosztów przez polskich przedsiębiorców (według profesora zjawisko dotyczy zarówno małych i średnich, jak i dużych firm prywatnych), np. poprzez płacenie pracownikom części wynagrodzenia „na czarno”, by państwu nie odprowadzać wysokich składek – emerytalnych, rentowych, zdrowotnych czy przez „zmuszanie pracowników do zakładania własnych jednoosobowych firm podwykonawczych”. Według profesora „opisywane zjawisko nie należy do rzadkości, lecz jest często stosowanym sposobem na poprawienie finansów firmowych. Składnia to do zastanowienia się, czy na naszych oczach nie powstaje całkiem nowa, wcześniej nie znana forma wyzysku pracowników przez przedsiębiorców”. Nie ma oczywiście nawet zająknięcia, że wysokie daniny nakładane przez państwo na przedsiębiorców powodują konieczność ich omijania, aby uchronić firmę przed bankructwem. Badania przeprowadzone w SGH wskazują, że pracownicy prywatnych firm negatywnie odczuwają brak związków zawodowych i z tego powodu „mieli poczucie kolektywnego upośledzenia, świadomość, że potencjalnie ważna instytucja została odebrana ich grupie społecznej”.
Jeszcze jeden anonimowy autor w artykule „Chore nie tylko zdrowie” krytykuje „dziką” prywatyzację służby zdrowia, która podobno trwa cały czas: „zwyciężyła opcja podtrzymania gnilnych przekształceń własnościowych, przekształceń poza kodeksem, dzikich, patologicznych”. Oburza się, że „na gruncie owej rzekomo chroniącej prawa pracownicze ustawy autorstwa PiS – zakłady służby zdrowia mogą być z dnia na dzień sprywatyzowane – bez decyzji rządu i bez decyzji parlamentu”. Dla autora tego artykułu fatalna działalność legislacyjna w Polsce nie kojarzy się z horrendalnie wysokimi podatkami, przeregulowaną gospodarką, karygodnym interwencjonizmem państwowym, rozbuchaną biurokracją, co napędza korupcję i szarą strefę, ale z tym, że kilka milionów ludzi „w prywatnych firmach nie ma praw związkowych, samotnym matkom zlikwidowano fundusz alimentacyjny, a starych ludzi wystawia się na pazerność [!] właścicieli kamienic”.
Skandalem jest sam fakt, że pisemka z takimi wierutnymi bredniami są wydawane przez Ministerstwo Gospodarki (!) i Pracy, które utrzymuje się ze zrabowanych ciemiężonym podatnikom pieniędzy. Za te środki finansowe wyrwane Polakom szerzy się wręcz komunistyczną propagandę. Według publicystów „Biuletynu Dialogu Społecznego” fatalnej sytuacji na rynku pracy absolutnie nie jest winne państwo, które tragiczną polityką gospodarczą doprowadziło do niemal 20% bezrobocia, ale żądni zysku przedsiębiorcy prywatni. Tymczasem fakty są takie, że głównym wyzyskującym polskie społeczeństwo jest właśnie państwo, które nakłada na Polaków coraz większe haracze zarówno w postaci coraz wyższych podatków, akcyz i innych opłat, jak i poprzez utrzymywanie monopoli państwowych oraz brak prywatyzacji (w 2003 roku aż 25% PKB Polski było wytwarzane przez nieefektywny sektor państwowy), deregulacji i liberalizacji niektórych branż gospodarki.
* Artykuł ten został opublikowany w nr 25 „Najwyższego CZASu!” z 2005 r.





