Wskaźnik G*

Dzięki uchwalonemu przez posłów i senatorów tzw. wskaźników G i Gg (dla gmin) oraz P i Pp (dla powiatów) Leszno musiało w tym roku wpłacić do budżetu państwa 2 mln zł na tzw. część równoważącą subwencji ogólnej dla gmin oraz dla powiatów.

Co oznaczają te tajemnicze wskaźniki? Wskaźnik Gg oblicza się, dzieląc sumę dochodów podatkowych wszystkich gmin w Polsce przez liczbę mieszkańców kraju, a wskaźnik G to liczba, która wyniknie z podzielenia dochodów podatkowych danej gminy (podatków lokalnych oraz udziału w podatkach dochodowych od osób fizycznych i prawnych) przez liczbę jej mieszkańców. Z kolei wskaźniki P i Pp to analogiczne współczynniki, ale w odniesieniu do powiatów.

Gmina Leszno miała takiego pecha, że jej mieszkańcy więcej zarabiają, więcej pracują i więcej posiadają niż średnio statystyczna gmina w Polsce, przez co płacą wyższe podatki niż w przeciętnej polskiej gminie. Za to, że są tak pracowici i przedsiębiorcy, są dodatkowo karani tym, że część wspólnie wypracowanych dochodów muszą przekazywać do wspólnego budżetowego worka, z którego z kolei w ramach wyrównywania dobrobytu poprzez subwencje ogólne pieniądze otrzymają gminy, gdzie ludzie mniej pracują, mniej posiadają i są ogólnie biedniejsi. W szczególności fundusze te otrzymają gminy, w których wysokie są wydatki na pomoc społeczną, w tym na dodatki mieszkaniowe. Z kolei w odniesieniu do powiatów dodatkowe pieniądze otrzymują te z nich,  w których większe jest bezrobocie. Impuls jest jasny: opłaca się mieć w gminie i powiecie wysokie bezrobocie i duże potrzeby związane z patologicznymi rodzinami, które nie mają ani na życie, ani na opłacenie mieszkań i które przez to są klientami gminnej pomocy społecznej. A jest o co się bić. Mówimy o kwocie prawie 450 mln zł rocznie.

Tymczasem jeśli chcemy zlikwidować ubóstwo i patologie, to nie tędy prowadzi droga. Jak napisał w swojej książce „Bez korzeni” amerykański socjolog Charles Murray po wielu latach badań polityki społecznej USA, „liczba ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa przestała zmniejszać się w okresie, gdy środki budżetowe, którymi dysponowały programy pomocy socjalnej, i tempo wzrostu wysokości tych środków były najwyższe”. Po prostu nie opłaca się być pracowitym i wydajnym, jeśli za nicnierobienie również można się utrzymać. W ten sposób zamiast znikać rozszerzają się patologie społeczne. Z kolei jak pisze amerykański ekonomista George Gilder w książce „Bogactwo i ubóstwo”, „jest faktem, że wyjątkowo trudno przekazać ludziom środki w sposób, który im rzeczywiście pomoże. Nadmierna dobroczynność wyrządza krzywdę swym beneficjentom, demoralizując ich lub doprowadzając do uzależnienia, które może zrujnować ich życie”. I dodaje że pomoc społeczna nie likwiduje negatywnych zjawisk, którym miała przeciwdziałać, a jest wręcz odwrotnie: „im więcej federalnej pomocy udziela się bezrobotnym, rozwiedzionym, zboczeńcom, oraz marnotrawcom, tym bardziej powszechne staną się wady, tym bardziej alarmujący będzie zakres załamania społecznego”. Tak jest na całym świecie. Nawet w Nowej Zelandii wraz ze wzrostem nakładów na opiekę społeczną rośnie też strefa biedy.

Mało tego. Również sami pracownicy centrów pomocy społecznej nie są zainteresowani zmniejszeniem się ich klientów. Bo przecież gdyby nikt nie potrzebował pomocy socjalnej, to gdzie by oni pracowali? Dlatego biurokratycznych dobroczyńców nie interesuje nawet fakt, by patologiczne rodziny wyrwały się z tego stanu. Jest dokładnie odwrotnie. Według Najwyższej Izby Kontroli aż 70 proc. skontrolowanych w 2001 roku jednostek na szczeblu powiatu w ogóle nie interesowało się efektywnością wydawanych przez nie środków finansowych. Co gorsza, w Polsce ponad połowę budżetu pomocy społecznej pochłaniają koszty – płace dla urzędników pomocy społecznej oraz utrzymanie wykorzystywanej przez nich infrastruktury. Według Stefana Oleszczuka, byłego burmistrza Kamienia Pomorskiego, „analiza efektywności wykorzystania środków przydzielanych przez wojewodów i rady gmin prowadzi do wniosku, że około 90 procent pieniędzy jest marnowane”.

Dlatego nie można karać bardziej pracowitych i zaradnych po to, by nagradzać nieudaczników życiowych i maruderów oraz nieproduktywnych biurokratów, którzy przy tym nieźle się używią. Jeśli mieszkańcy gminy Leszno są bardziej pracowici niż mieszkańcy średnio pracowitej gminy w Polsce, to właśnie oni powinni w całości korzystać z owoców swojej pracy, a nie przekazywać ich tam, gdzie bezrobocie i wydatki na cele socjalne są wysokie. To kłóci się z poczuciem zwykłej, ludzkiej sprawiedliwości.

* Niniejszy artykuł został przygotowany dla serwisu internetowego „Puls Leszna” w maju 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24