Przemyt papierosów*

Trzy dni to zdecydowanie za mało, aby dokładnie zwiedzić Lwów. My w ciągu tego czasu zobaczyliśmy najważniejsze zabytki, liznęliśmy historię tego miasta i przyjrzeliśmy się życiu jego mieszkańców. Niestety miło spędzany czas mija szybko. Nadszedł dzień powrotu do Polski.

Jesteśmy w olbrzymim socrealistycznym kilkupiętrowym budynku Dworca Stryjskiego zbudowanym w stylu z lat 70-tych poprzedniego stulecia. Kupujemy bilet powrotny na autobus do Przemyśla za 32 hrywny, czyli około 23 zł (dla porównania podróż z Przemyśla do Lwowa kosztuje zaledwie 15 zł) i idziemy w stronę czekającego autobusu marki Ikarus na ukraińskiej rejestracji z tej samej epoki. Odjazd za 15 minut. Ładujemy bagaże i wchodzimy do środka. Oprócz nas, kierowcy i znajomej kierowcy jedzie jeszcze dwoje Polaków i pięć osób z Ukrainy. Podchodzi do mnie towarzyszka kierowcy i grzecznie pyta:

-                     Czy może pan wziąć do swojego bagażu karton papierosów?

-                     Nie, wolę nie brać – odpowiadam.

Jedziemy. Za chwilę znajoma kierowcy pochodzi do mnie po raz drugi:

-                     Kierowca powiedział, że musi Pan wziąć karton papierosów do swojego bagażu! – rozkazuje kładąc akcent na słowo „musi” i informuje – pan może przewieść przez granicą jeden karton.

-                     Tak, ale ja już jeden karton mam schowany w głównym bagażu – odpowiadam zdegustowany jej niemiłym tonem.

Niezadowolona kobieta wraca na swoje miejsce.

Mrówki

Po kilkunastu minutach jazdy autobus zatrzymuje się na poboczu drogi, za rondem wchodzącym w skład obwodnicy Lwowa. Słyszę wrzaski. Patrzę za okno: rozkrzyczany tłum kobiet szturmuje autobus. Kierowca wpuszcza po kolei kasując od każdej z nich po 15 hrywien, bez pokwitowania, oczywiście. Kobiety z wielkimi bagażami rozsiadują się w autobusie. Pozostało niewiele wolnych miejsc. Autobus rusza. Po kilkunastu kilometrach jazdy kierowca zatrzymuje pojazd po raz drugi. Kolejny tłum kobiet napiera na wejście. Jest wielki wrzask, krzyk a także płacz. Każda chce wejść do środka.

-         Ja muszę jechać!

-         Dla mnie musi być miejsce, bo w autobusie jest już moja córka!

-         Dla mnie na pewno się znajdzie jedno miejsce!

-         Nie muszę siedzieć, tylko mnie wpuśćcie do środka! – kobiety przekrzykują się i rozpychają łokciami. Dochodzi do kłótni i wyzwisk.

Cała scena trwa już dobrych kilkanaście minut. Kierowca nie jest w stanie poradzić sobie ze szturmującym pojazd tłumem kobiet. Widać, że chętnie wpuściłby wszystkie te panie, ale dawno już skończyły się wolne miejsca. Z końca autobusu Ukrainki krzyczą do kierowcy, żeby już zamykał drzwi i jechał. Wreszcie jakimś cudem udaje mu się wyperswadować kobietom chcącym wejść do środka, że nie ma więcej wolnych miejsc i żeby opuściły autobus. Kierowca słysząc płacz i wyzwiska pod swoim adresem ze strony kobiet, którym nie udało się wejść do pojazdu, zamyka drzwi. Jedziemy dalej. Jedna z kobiet podchodzi do mnie i prosi:

-         Czy może Pan wziąć do swojego bagażu karton papierosów? Pan jako Polak może przewieść przez granicą jeden karton.

-         Nie mogę, bo jeden karton już wiozę – odpowiadam uprzejmie.

-         Rozumiem.

Z powodu wysokiej temperatury powietrza na dworze, w autobusie jest straszny zaduch. Nagle co chwilę słyszę odgłos odklejanej taśmy klejącej. Odwracam się i widzę jak kobiety otwierają kartony papierosów (głownie marki LM), spłaszczają rogi paczek i następnie przyklejają je sobie taśmą klejącą do rąk pod szerokimi rękawami bluzek i do nóg pod luźnymi nogawkami spodni, wkładają je też do majtek i pod biustonosze. Cały ten rozgardiasz trwa do samej granicy. Wreszcie dojeżdżamy. Na szczęście nie ma kolejki, przed nami tylko jeden autokar. Czekamy. Nagle z sufitu autobusu koło mojego fotela spada lampa i rozbija się z trzaskiem na podłodze. Nikt nie zareagował. Po jakimś czasie po rozbitym szkle wychodzimy z autobusu na terminal. W okienku oddajemy paszporty. Jedna z Ukrainek prosi mnie:

-         Może mi Pan pożyczyć 300 dolarów? Oddam je zaraz za granicą. Może być w złotówkach. Ja muszę mieć te pieniądze, aby pokazać polskiemu celnikowi.

Odmówiłem. Po kilkudziesięciu minutach urzędnik oddaje kierowcy paszporty pasażerów. Wszyscy krzyczą, aby jemu najpierw oddać dokument. Wielki rozgardiasz. Kto pierwszy dostanie dokument a kto ostatni?

Polska kontrola

Podjeżdżamy na polskie przejście graniczne. Kobiety poprawiają ubrania i bieliznę, chowają ostatnie paczki papierosów. Czekamy. Do autobusu wchodzi polski strażnik graniczny. Wśród kobiet wielka poruchawa. Wszyscy pokazują paszporty. Ukrainki otwierają je na stronie z polską wizą (wizę wielokrotnego wjazdu Ukraińcy dostają za darmo, ale muszą wystać kilkanaście godzin w kolejce przed polskim konsulatem) i dodatkowo muszą się wykazać odpowiednią sumą pieniędzy w zależności od deklarowanych dni pobytu w Polsce. Mundurowy sprawdza pobieżnie i wychodzi z pojazdu. Czekamy. Ukrainki spoglądają na piesze przejście graniczne:

-         Stefa już przeszła – mówi jedna.

-         O, widzę Okasanę! Tej się udało – wskazuje palcem druga.

-         Ja też mogłam dzisiaj iść pieszo – mówi trzecia.

Patrzę przez ramię do paszportu Ukrainki siedzącej przede mną. Na ośmiu stronach dokumentu same pieczątki z polskiego przejścia granicznego, jedna pod drugą, w dwóch kolumnach na każdej stronie. Razem ze sto pieczątek. Podjeżdżamy autobusem kilka metrów. Wychodzimy na terminal do polskiej kontroli celnej. Czekamy. Tym razem dobre pół godziny. Ukrainki znowu poprawiają wystające gdzieniegdzie spod ubrań paczki papierosów. Zmieniają położenie paczek uwierających w majtkach i pod biustonoszami. Gdyby tutaj były kamery, to celnicy bez problemu wiedzieliby kto i gdzie schował w ubraniu przemycany towar. Ale kamer nie zainstalowano. Wreszcie przychodzi dwóch celników.

-         Bagaże na stół – warknął do nas celnik bardzo niegrzecznie.

-         Co mamy zrobić z bagażami? – pytam, udając że nie zrozumiałem.

-         A, to wy jesteście Polakami, skąd wracacie? – celnik całkowicie zmienia ton na przyzwoity.

-         Wracamy ze Lwowa – pada moja odpowiedź.

-         W takim razie proszę przejść do autobusu – powiada celnik uprzejmie wskazując nam ręką drogę. Czy są jeszcze inni Polacy? – pyta się naszej grupy – jeśli tak to proszę do mnie do kontroli.

W tym samym czasie Ukrainki wyciągają swoje bagaże na specjalne stoły. Celnicy arogancko i z poniżeniem traktują kobiety, krzycząc na nie obraźliwym tonem. Mimo to kontrola przebiega dość sprawnie. Większość pań przechodzi ją bez większego problemu. Niektóre z nich nie zostały jednak przepuszczone przez granicę. Znowu jesteśmy w autobusie. Nie ma kobiety, która chciała pożyczyć ode mnie dolary.

-         Kto cię dzisiaj kontrolował? – pyta uśmiechnięta Ukrainka koleżanki – przemytniczki.

-         Buldog, nie było problemu – odpowiada pierwsza też zadowolona z przebiegu kontroli celnej.

Polscy celnicy są dobrze znani przez przedsiębiorcze panie i mają nawet swoje przezwiska. Celnicy z pewnością również dobrze znają mrówki – przemytniczki. Jedziemy. Niestety tylko kilkadziesiąt metrów. Autobus staje, aby wysadzić ukraińskie kobiety. Kolejny udany dla nich dzień. Zarobią dzisiaj więcej niż wynosi miesięczna emerytura na Ukrainie. Pewnie niedaleko czeka hurtownik – odbiorca papierosów. Jeszcze w tym samym dniu powrót na Ukrainę. Cała procedura przejazdu przez ukraińsko-polską granicę trwała aż 3,5 godziny. Ile byśmy czekali, gdyby przed nami stała kolejka autobusów?

Jak mogłoby być

Po co to wszystko piszę? Jak wyglądałaby sytuacja, gdyby nie było granic celnych? Przewóz papierosów przez granicę nie byłby przestępstwem tylko zwyczajną działalnością gospodarczą. Nie istniałoby wtedy zjawisko nielegalnej działalności mrówek i traktowania ich jak ludzi podrzędnej kategorii. Każdy mógłby to robić legalnie, nie bawiąc się z celnikami w kotka i myszkę. Polacy paliliby tańsze ukraińskie papierosy i dzięki temu mieliby więcej pieniędzy na inne swoje potrzeby. Zwiększony popyt spowodowałby nieznaczne zwiększenie ceny ukraińskich papierosów, ale biorąc pod uwagę fakt, że importem zajmowałyby się specjalistyczne firmy prywatne, cena papierosów sprzedawanych w Polsce byłaby niższa niż obecnie papierosów przemycanych. Ukraińskie fabryki produkujące papierosy rozwijałyby się, natomiast polskie zakłady papierosowe musiałyby zbankrutować, chyba że polscy biurokraci obniżyliby lub zlikwidowaliby akcyzę i podatki nałożone na ten przemysł. Wtedy cena polskich papierosów bardzo by się obniżyła i z czasem doszłoby do wyrównania cen z papierosami ukraińskimi.

Jednak takie liberalne myślenie jest całkowicie obce zarówno polskim urzędnikom jak i unijnym biurokratom. Wolą nakładać haracz na konsumentów papierosów, aby mieć więcej pieniędzy w budżecie, choć oficjalnie opowiadają bajki o tym jak bardzo im zależy na zdrowiu palaczy, co jest wierutnym kłamstwem. Ponadto nakładają wysokie cła na import, aby również z tej strony czerpać profity lub go uniemożliwić poprzez brak opłacalności. Jest to zwykłe obdzieranie z pieniędzy osób palących. W związku z wysokimi cenami używek mają oni mniej pieniędzy na inne potrzeby. Kupią mniej biletów do kina, mniej książek, mniej kosmetyków czy ubrań. Ucierpią na tym te wszystkie branże przemysłowe, ponieważ będą one miały mniejszy obrót i mniejsze zyski niż gdyby sprzedawane papierosy były tańsze. Wzrośnie bezrobocie. Niestety politycy o lewicowych poglądach gospodarczych tego nie rozumieją lub w ogóle ich to nie interesuje.

Tak działa pazerne socjalistyczne państwo opiekuńcze, które lepiej wie od jednostki, co jest dla niej dobre. Gazety rozpisują się, że dzielni celnicy udaremnili kolejny przemyt tylu to a tylu paczek/kartonów/kontenerów papierosów i dzięki temu Skarb Państwa nie stracił tylu to a tylu milionów złotych. Celnicy zostają wynagrodzeni za to, że palacze będą musieli zapłacić państwu haracz kupując papierosy droższe, bo z legalnego źródła. Tymczasem żadne państwo nie jest w stanie całkowicie zlikwidować przemytu, a celnika łatwo jest skorumpować. Wykrywana kontrabanda to tylko czubek góry lodowej. I bardzo dobrze, bo wolny handel bez międzypaństwowych ceł to powiew normalności w morzu zakazów, nakazów, podatków i różnorakich opłat, które stosują współczesne państwa przesiąknięte na wylot biurokratyczną bezmyślnością. Amerykański ekonomista prof. Tomasz Sowell napisał, że „wymiana handlowa niesie ze sobą równoczesną korzyść dla wszystkich jej uczestników”, a jak twierdzi wybitny ekonomista ze szkoły austriackiej prof. Ludwig von Mises „wszyscy byliby dziś bogatsi, gdyby cła protekcyjne nie przegoniły w sztuczny sposób produkcji z lokalizacji korzystniejszych do mniej korzystnych” skutkując zmniejszeniem wydajności ludzkiej pracy.

PS1. Jeśli jakiekolwiek z wydarzeń opisanych w powyższym artykule nosi znamiona przestępstwa lub wykroczenia, to niniejszy tekst należy traktować jako zawiadomienie odpowiednich służb o popełnieniu tego niedozwolonego czynu.

PS2. Autor nigdy nie palił papierosów.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 38 tygodnika „Najwyższy CZAS!” z 2004 r. pod pseudonimem Jakub Słodki

Zostaw odpowiedź

web stats stat24