Precz z dochodowym!*

„Podatki to kradzież” – prof. Murray Rothbard

Ministerstwo finansów majstruje przy podatku dochodowym od dochodów osób fizycznych, zamiast całkowicie zlikwidować ten szkodliwy podatek.

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Elżbieta Chojna-Duch, wiceministerka finansów, odkryła rąbka tajemnicy. Ulga odsetkowa będzie „miała bardziej elastyczną formę przemieszczania między bankami”, co ma na celu utrzymanie ulgi w przypadku, gdy kredytobiorca będzie chciał zmienić bank. Ma zostać zlikwidowana ulga meldunkowa (teraz dzięki niej można uniknąć płacenia podatku od dochodu ze sprzedaży mieszkania albo domu, w którym było się zameldowanym co najmniej rok), a w jej miejsce wprowadzone zostanie zwolnienie od podatku od sprzedaży nieruchomości, gdy podatnik w ciągu dwóch lat przeznaczy uzyskane ze sprzedaży środki na inne cele mieszkaniowe. Zmiany nie ominą także ulgi prorodzinnej:

- Chcielibyśmy, aby była odliczana proporcjonalnie, tzn. powiązana z miesiącami posiadania dzieci – mówi Chojna-Duch. – Gdy dziecko rodzi się w grudniu, niezasadne wydaje się korzystanie z ulgi pełnej, na cały rok.

Ministerstwo zastanawia się również nad rozszerzeniem ulgi prorodzinnej także na opiekunów prawnych. Ponadto nie wiadomo, czy plany obniżenia tzw. podatku Belki i podatku dochodowego od dochodów osób prawnych z 19 proc. do 18 proc. zostaną zrealizowane. W resorcie nadal trwają obliczenia i analizy z tym związane. W związku z ewentualną obniżką fiskus boi się utraty około 3 mld zł. Czyżby ministerialni urzędnicy na czele z prof. Janem Vincentem Rostowskim nie słyszeli o krzywej Laffera?

Tymczasem wszystkie te kosmetyczne zmiany nie mają większego znaczenia. Nikt, oprócz dr Roberta Gwiazdowskiego, prezydenta Centrum im. Adama Smitha, nie mówi o konieczności całkowitej likwidacji szkodliwych podatków dochodowych. Podczas spotkania zorganizowanego dla członków śląskiej Platformy Obywatelskiej dr Gwiazdowski, opisał trzy najważniejsze przyczyny, dla których podatki te powinny zostać zlikwidowane. Po pierwsze, generują one niewspółmiernie wysokie koszty w stosunku do dochodów. Po drugie, pozwalają na ciągłą inwigilację obywateli przez państwo, ponieważ urzędnicy mają pełny wgląd w finanse podatników. Po trzecie wreszcie, problemem przy tych podatkach zawsze jest ustalenie, co jest, a co nie jest dochodem, co powoduje trudności interpretacyjne prowadzące czasami do absurdalnych sytuacji i skutkujące stratami wielu przedsiębiorców, jak i osób fizycznych, nie mówiąc o samym aparacie państwowym.

W Polsce podatek dochodowy od osób fizycznych zaczął obowiązywać od 1 stycznia 1992 roku. W pierwszym roku wpływy z tego podatku wyniosły 23,5 proc. wszystkich wpływów budżetowych. W kolejnych latach rosły i szczyt osiągnęły w 1996 roku, kiedy to ponad 35 proc. dochodów budżetu pochodziło właśnie z tego podatku. Jednak w kolejnych latach wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych ciągle spadały, by w bieżącym roku wynieść zaledwie 12,8 proc.

Te 12,8 proc. to 36,1 mld zł. Jednak w rzeczywistości suma ta jest jedną wielką fikcją, gdyż w jej skład wchodzą także podatki z, jak to określiło Centrum im. Adama Smitha, tzw. dochodów „wirtualnych”, czyli dochodów ludzi otrzymujących pieniądze od państwa. Dotyczy to tzw. budżetówki (około 2,5 mln osób) oraz emerytów i rencistów (około 7,5 mln osób). Jak napisano w publikacji z okazji Dnia Wolności Podatkowej, który w tym roku w Polsce wypadł 14 czerwca, „emeryci, renciści i pracownicy „budżetówki” (…) płacą podatek „wirtualny”, gdyż sprowadza się on do wypłacania przez państwo emerytury czy pensji i równoczesnego odbierania części tych pieniędzy jako podatku”.

Ponadto około 10 milionów podatników to tzw. „podatnicy wyzerowani”, którzy „również zmuszani są do przelewania z pustego w próżne, ale w przeciwnym kierunku. Najpierw wpłacają zaliczki na podatek, a następnie dzięki ulgom, zwłaszcza uldze rodzinnej, otrzymują zwrot tych pieniędzy, czyli podatek zostaje „wyzerowany”. 20 milionom podatników rząd pracowicie oddaje to, co wcześniej zabrał, albo zabiera to, co dał”!

Należy do tego dodać fakt, że koszty administracyjne związane z poborem tego podatku wynoszą w Polsce ponad 2 mld zł rocznie. Niewiadome są koszty podatników i przedsiębiorców związanych z płaceniem tego podatku (wydatki na wyspecjalizowanych doradców, strata czasu na korespondencję z urzędami skarbowymi, kontrole, kary, sprawy sądowe, egzekucje). W 2007 roku podatnicy skarżący administrację skarbową wygrali prawie co trzecią sprawę. Kwestionowali ponad 20 tysięcy decyzji urzędów skarbowych, a 9,5 tysiąca razy wyroki sądów pierwszej instancji. Nikt nie obliczył także kosztów emocjonalnych stosowania przymusu wobec podatników.

Według obliczeń Centrum Adama Smitha w rzeczywistości w Polsce podatek dochodowy od dochodów osób fizycznych płaci zaledwie 4 mln osób, a faktyczny „zysk” dla budżetu to zaledwie 22 mld zł. Oznacza to, że z podatku dochodowego od dochodów osób fizycznych pokrywanych jest około 7 proc. wydatków budżetowych i zaledwie 4 proc. całkowitych wydatków publicznych.

Tegoroczne wydatki budżetowe to ponad 310 mld zł, a całkowite wydatki publiczne wynoszą 45,12 proc. PKB, czyli około 555 mld zł. Aby zrozumieć, jak wielka jest to kwota, warto sobie uświadomić, że państwo polskie średnio wydaje ponad 1,5 mld zł dziennie, ponad 63 mln zł na godzinę i ponad 17,5 tysiąca zł na sekundę! Oznacza to, że przeciętny Polak, włączając w to niemowlaków, bezrobotnych i emerytów, płaci rocznie podatki i różnego typu składki w wysokości ponad 14,6 tysiąca zł rocznie, czyli ponad 1200 zł miesięcznie. Na Polaka pracującego przypada ponad 33,6 tysiąca zł rocznie, czyli aż 2800 zł miesięcznie!

Jakie są zalety likwidacji podatków dochodowych? Po pierwsze, zwiększona zachęta do pracy i prowadzenia działalności gospodarczej, co podniesie poziom produkcji krajowej i wzrost konsumpcji, a tym samym wzrost poziomu życia i mniejsze bezrobocie. Po drugie, wzrost dochodów wszystkich dawnych podatników i wzrost ich oszczędności. Po trzecie, brak ulg podatkowych spowoduje, że ludzie nie będą wydawać irracjonalnie pieniędzy, tylko po to, by uniknąć podatków albo załapać się na ulgi. Po czwarte, lepsze warunki do konkurencji gospodarczej na arenie międzynarodowej. Po piąte, brak ograniczenia wolności podatników – państwo (urzędnicy) nie zna dochodów obywateli. Warto przypomnieć powszechny pogląd w XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii, zgodnie z którym „podatek dochodowy jest ciężarem zbyt ohydnym, by nakładać go na człowieka, gdyż ujawnia stan jego finansów urzędnikowi podatkowemu”. Po szóste, brak szarej strefy i ukrywania dochodów oraz kombinacji i oszustw podatkowych (aktualnie około 14 proc. polskiego PKB, czyli ponad 170 mld zł powstaje w szarej strefie). Po siódme wreszcie, brak jakichkolwiek kosztów związanych z poborem podatku dochodowego. Czy zrozumie to minister Rostowski i wiceministerka Chojna-Duch?

Biorąc pod uwagę dotychczasowe wypowiedzi wysokich urzędników resortu finansów, nie ma się co do tego łudzić, ponieważ nie znają oni podstawowych praw ekonomicznych. Jacek Dominik, wiceminister finansów, autorytarnie stwierdził, że to nie podatki zawarte w cenie paliwa decydują o jego wysokiej cenie na polskich stacjach! Z kolei minister Rostowski uważa, że na obniżce benzyny na paliwa skorzystałyby przede wszystkim firmy naftowe, powiększając swoją marżę, a nie klienci ostateczni, czyli kierowcy. Taka argumentacja miała przekonać premiera Donalda Tuska i wicepremiera Waldemara Pawlaka, by nie obniżać akcyzy. A przecież zarówno podstawowe prawa ekonomiczne, jak i polska praktyka z czasów, kiedy rząd Leszka Millera obniżył akcyzę o 25 groszy na litrze, mówią całkowicie co innego.

- Obniżka akcyzy o 20 groszy na litrze oznaczałaby spadek cen na naszych stacjach własnych o taką właśnie kwotę plus VAT – zapewnił Paweł Olechnowicz, prezes Grupy Lotos.

* Niniejszy wywiad został opublikowany w nr 27 „Najwyższego CZASu!” z 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24