Piramida emerytalna sypie się*

 

Piramida finansowa, jaką jest polski system emerytalny, sypie się jak domek z kart i w związku z tym wśród polityków pojawiają się coraz ciekawsze pomysły, by ten skonstruowany w PRL-u skansen nadal utrzymywać przy życiu. Jednak nie licząc niedawnej wypowiedzi wicepremiera Waldemara Pawlaka, nikt nie chce otwarcie przyznać, że system ten od dawna jest bankrutem, niepotrafiącym utrzymać się ze zbieranych i tak wysokich składek i do którego co roku trzeba dopłacać miliardy z pieniędzy podatników.

 

Łączne wydatki na emerytury i renty w Polsce w 2012 roku wynoszą gigantyczną kwotę 191,4 mld zł, w tym Fundusz Ubezpieczeń Społecznych – 176,2 mld zł, KRUS-owski Fundusz Emerytalno-Rentowy – 15 mld zł oraz Fundusz Emerytur Pomostowych – 240 mln zł. Jak wynika z ustawy budżetowej, składki emerytalne tylko w 68 procentach pokrywają wydatki na emerytury. Dlatego coroczne dotacje budżetowe do ZUS-owskiego Funduszu Ubezpieczeń Społecznych są bardzo duże i stanowią największą pozycję w polskim budżecie państwa. W 2011 roku dotacja z budżetu do ZUS-u wyniosła ponad 44,5 mld zł, a zgodnie z ustawa budżetową, w 2012 roku dotacje i subwencje do obowiązkowych ubezpieczeń społecznych przekroczą 55 mld zł – to niemal piąta część wydatków budżetu, a mimo to oraz faktu, że emerytury są głodowe i tak brakuje pieniędzy. Według prognozy wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, w latach 2013-17 na wypłatę wszystkich świadczeń zabraknie w ZUS 325,7 mld zł. Już nawet Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki z PSL, powiedział otwarcie (co spotkało się z konsternacją co poniektórych), że nie ma co liczyć na emerytury z państwowego systemu.

W związku z tym pojawiają się coraz to nowsze i bardziej oryginalne pomysły, by jakoś „ratować” ZUS, cały system emerytalny, a tym samym budżet państwa i całe finanse publiczne przed nieuchronnym bankructwem w sytuacji coraz mniejszej dzietności Polek. Za czasów reform premiera Jerzego Buzka remedium na niewydolność ZUS-u miały być teoretycznie prywatne, ale mocno przeregulowane Otwarte Fundusze Emerytalne (tzw. „drugi filar”) oraz jako tzw. „trzeci filar” – niewiele mniej przeregulowane Indywidualne Konta Emerytalne, do których niedawno dołączyły Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. W 1999 roku utworzono też Fundusz Rezerwy Demograficznej, który miał gromadzić pieniądze na kompensację tzw. „powojennego wyżu demograficznego”. Jednak z chwilą „reformy” rządu premiera Donalda Tuska z 2011 roku, która polegała na zmniejszeniu składki na OFE z 7,3 procenta do 2,5 procenta płacy (by przekazać więcej pieniędzy ZUS-owi), fundusze te praktycznie straciły większe znaczenie. Niestety obecne władze przywłaszczyły sobie też środki finansowe z FRD na bieżące wypłaty rent i emerytur (14,5 mld zł w ciągu trzech lat). Mimo że ten pierwszy krok ma pozwolić do 2020 roku na zmniejszenie potrzeb pożyczkowych państwa o 190 mld zł, to i tak nadal brakuje pieniędzy.

Dlatego rząd Tuska, wzorem innych państw europejskich, proponuje kolejną reformę: podwyżkę wieku emerytalnego do 67 roku życia w tempie trzech miesięcy rocznie. Należy zauważyć, że ta reforma podnosi wiek emerytalny o dwa lata tylko w przypadku mężczyzn, bo odnośnie kobiet wiek emerytalny ma zostać podniesiony z 60 do 67 roku życia, czyli aż o siedem lat (no ale przynajmniej feministki powinny być z tego powodu zadowolone, bo to one najgłośniej domagają się równouprawnienia). Pomysł szefa rządu popiera Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan, która jednocześnie mówi o konieczności stworzenia możliwości odejścia na emeryturę w wieku 65 lat osobom, które pracowały i płaciły składki na ubezpieczenie przez co najmniej 40 lat. Równocześnie przedsiębiorcy zalecają zmiany, które spowodują ich zdaniem możliwości tworzenia miejsc pracy dla tych osób, które później będą przechodzić na emeryturę. Proponują oni między innymi ograniczenie dopłat do emerytur uprzywilejowanych i przeznaczenie części odzyskanych w ten sposób pieniędzy na aktywizację zawodową i poprawę opieki zdrowotnej, zmniejszenie obciążeń najniższych wynagrodzeń podatkami i składkami, dofinansowanie i zwiększenie efektywności publicznych służb zatrudnienia, kontraktowanie usług firm zajmujących się aktywizacją zawodową oraz zniesienie przedemerytalnego okresu ochronnego, który zniechęca do zatrudniania osób starszych.

Jednak pojawia się ogromny sprzeciw społeczeństwa wobec tego pomysłu. Za utrzymaniem aktualnego wieku emerytalnego opowiedział się Jarosław Kaczyński, prezes PiS. Przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego protestowały między innymi pielęgniarki, a związki zawodowe sprzeciwiają się temu, gdyż ich zdaniem doprowadzi to do wzrostu bezrobocia. W związku z tym NSZZ „Solidarność” w stosunkowo krótkim czasie zebrał ponad półtora miliona podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie. Związkowcy zapowiadają też duże demonstracje na wiosnę i podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej Euro 2012. – Fora internetowe czy sondaże jednoznacznie mówią że Polki i Polacy nie godzą się podwyższenie wieku emerytalnego – powiedział Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność”. – Platforma Obywatelska oszukała społeczeństwo, bo mogli o tym mówić w kampanii wyborczej. Rządzący po wyborach zapominają, kto ich wybiera, mają patent na mądrość, ignorują dialog społeczny – dodał. Podobnego zdania jest konkurencyjna organizacja zawodowa o pochodzeniu PRL-owskim – OPZZ, która popierana przez SLD w zamian proponuje, by wprowadzić możliwości przejścia na emeryturę po przepracowaniu 35 lat przez kobiety i 40 lat w przypadku mężczyzn. Sam premier Tusk szczerze powiedział, że nie zamierza poddawać projektu podwyżki wieku emerytalnego pod referendum, bo zostałoby przez niego przegrane. Zaszantażował nawet, że jeśli jego pomysł nie przejdzie, to będzie trzeba radykalnie podnieść podatki: VAT do absurdalnej wysokości 31 procent, a składkę emerytalną z 19,5 procenta do 30 procent pensji oraz obniżyć wypłacane przez ZUS świadczenia o połowę. Z kolei sam ZUS, aby przekonać Polaków do podniesienia wieku emerytalnego, ma przeprowadzić kampanię propagandową o czekających głodowych emeryturach w przypadku nieprzyjęcia reformy. Z kolei jak informuje „Rzeczpospolita”, urzędnicy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej ruszą w teren i na specjalnych konferencjach zorganizowanych w kliku dużych polskich miastach będą przekonywać Polaków do konieczności zmian w systemie emerytalnym.

Tymczasem problem wieku emerytalnego jest wtórny. Gdyby system został skonstruowany na zdrowych zasadach, tzn. gdyby każdy pracownik miał swoje konto emerytalne, to mógłby w każdej chwili przechodzić na emeryturę i żadne państwowe regulacje w tej kwestii nie byłyby potrzebne. Gdyby zrobił to zbyt szybko, to jedynym skutkiem, byłyby niskie świadczenia. Z kolei ktoś, kto wolałby pracować dłużej, emerytury pobierałby wyższe (jeśli dożyje). Po prostu każdy by miał wypłacane tyle, ile zaoszczędził w czasie pracy. Jednak w obecnym chorym systemie, odziedziczonym po Polsce Ludowej, kiedy wpływy do FUS są wydawane na bieżące emerytury, taka opcja nie jest możliwa.

Ale bieżący system stwarza jeszcze inne problemy, które wskazał Jose Piñera, minister ds. pracy i polityki społecznej i twórca rynkowego systemu emerytalnego w Chile za rządów gen. Augusto Pinocheta. Mianowicie pojawia się wyłom między płacącymi (podatnikami) a beneficjentami (emerytami) systemu i politycy muszą manewrować pomiędzy tymi grupami. Politycy mogą przed wyborami obiecywać aktualnym i przyszłym emerytom różne rzeczy, a co gorsze, obiecanki te realizować, co tylko pogarsza kondycję finansów publicznych. Niektóre europejskie kraje oficjalnie są zadłużone na około 100 procent swojego Produktu Krajowego Brutto. Jednak jeśli dodamy do tego obiecane emerytury dla osób, które teraz pracują, to okaże się, że dług publiczny wynosi 200, a może i ponad 300 procent PKB! Tymczasem po zapłaceniu olbrzymich podatków ludzi najzwyczajniej już nie stać na to, by oszczędzać prywatnie na emeryturę. Na koniec 2011 roku zaledwie 814 tysięcy Polaków oszczędzało na IKE, a według twórców reformy emerytalnej z 1999 roku miało to być 7 milionów osób.

Odwrotnie jest w Chile. Jak podczas jednej z wolnościowych konferencji w Bukareszcie opowiadał Piñera, dzięki pozostawieniu każdemu pracownikowi jego pieniędzy, może on je następnie zainwestować poprzez prywatne konta emerytalne. Tym samym każdy pracownik, nawet ten, który zarabia najmniej, zamienia się we właściciela kapitału. Te pieniądze są później inwestowane w zdywersyfikowane i bezpieczne instrumenty. Taki system emerytalny zachęta ludzi do pracy, do oszczędzania i do głosowania na polityków, którzy zapewnią wzrost gospodarczy, bo gdyby źle zarządzali gospodarką, to ludzie otrzymają mniejszą emeryturę. Chilijska reforma okazała się wielkim sukcesem. – A jeśli politycy będą dobrze zarządzali, tak jak miało to miejsce w Chile, to wtedy, po 40-45 latach oszczędzania, otrzymasz wysoki zwrot ze swojego kapitału i w wieku 65 lat twoja emerytura nie będzie zależała od polityków, nie będziesz musiał się martwić o stan budżetu państwa, czy jest nadwyżka, czy deficyt – mówił Piñera. – System emerytalny tak zdynamizował chilijską gospodarkę, że wzrost gospodarczy podwoił się. Zwykle na takim wzroście korzystają głównie ludzie bogaci, którzy zainwestowali w akcje najlepszych firm. Tymczasem w rzeczywistości średni zysk pracownika, jaki wypracowały dla niego fundusze emerytalne, wynosił 10 procent rocznie powyżej inflacji przez 26 lat. Tak więc była to ogromna kreacja bogactwa dla przeciętnego pracownika, podczas gdy państwowe systemy w każdej chwili mogą zbankrutować i być może młodzi ludzie, którzy teraz pracują, nie dostaną żadnych emerytur – dodał reformator.

Niestety w Polsce nikt nie proponuje systemu chilijskiego, a OFE, które częściowo były do niego podobne, zostały jeszcze bardziej zmarginalizowane. W zamian Prawo i Sprawiedliwość wyszło z pomysłem reformy systemu emerytalnego na wzór kanadyjski. Tam nie ma składek emerytalnych, a emerytura wypłacana jest bezpośrednio z budżetu (państwo oszczędza na strukturze biurokratycznej takiej jak polski ZUS). Jednak jest to emerytura w bardzo niskiej wysokości, wystarczającej jedynie na przeżycie. Resztę każdy Kanadyjczyk ma sobie sam zainwestować z zarobionych pieniędzy lub zaoszczędzić na rynku w jakikolwiek inny sposób. Problem polega na tym, że projekt PiS-u, który został dokładnie opisany i skomentowany w tygodniku „Najwyższy CZAS!”, ma niewiele wspólnego z systemem kanadyjskim.

Tymczasem premier Donald Tusk już mówi o kolejnej „reformie”. Po podniesieniu składki rentowej z 4,5 procenta na 6,5 procenta pensji brutto płaconej przez przedsiębiorców swoim pracownikom, szef Platformy Obywatelskiej chce jeszcze radykalnie zwiększyć im składki odprowadzane na emerytury – z około 600 zł do kwoty od 400 zł do 2400 zł miesięcznie, co dla niektórych przedsiębiorców może oznaczać wzrost obciążeń nawet o 300 procent! W tej sytuacji na takie zaciśniecie kajdan u szyi ludzie coraz bardziej zaczynają się buntować. Propozycja została skrytykowana przez przedsiębiorców i wolnorynkowych ekonomistów. Wśród rządzących pojawił się też pomysł wprowadzenia częściowej emerytury dla osób po 60 roku życia, które nie mogłyby znaleźć pracy, a zgromadziły kapitał pozwalający na wypłatę świadczenia wynoszącego nie więcej niż emerytura minimalna.

Należy zaznaczyć z całą mocą, że na chwilę obecną państwowa emerytura to nie tylko świadczenie nieadekwatne do sumy wniesionych wpłat, ale to również mniej wolności, gdyż składki emerytalne płacone są pod przymusem, a nawet w momencie przejścia na emeryturę ludzie nie mogą sobie wypłacić teoretycznie własnych pieniędzy. Redaktor Sławomir Staszak oświadczył nawet publicznie, że nie przyjmie od ZUS-u żadnej emerytury, gdyż to oznaczałoby jawną kradzież – bo przecież składki pobierane są pod przymusem. – Gotówka na koncie pozwala decydować, kiedy i ile na co wydać oraz kiedy przejść na emeryturę bez oglądania się na decyzję rządu – słusznie zauważył natomiast w wywiadzie ze mną Grzegorz Sowa, przedsiębiorca z Piotrkowa Trybunalskiego, który zaprzestał płacenia składek na ZUS i bezpardonowo krytykuje teorię umowy międzypokoleniowej, odkąd po ponad 20 latach odkładania składek emerytalnych ZUS wyliczył mu emeryturę na… 200 zł miesięcznie. – Można też zabezpieczyć swoją emeryturę, kupując mieszkania i je później wynająć, czyli żyć z czynszów. Sposobów jest mnóstwo, a wszystkie lepsze niż ZUS – dodaje. Sowa zauważa też jeszcze jedną istotną rzecz: rządzący wmawiają Polakom, że trzeba płacić na emerytury dla poprzedniego pokolenia, a przecież poprzednie pokolenie, które teraz jest na emeryturze, też płaciło składki emerytalne do ZUS! Tylko że te składki zostały rozkradzione przez państwo. Sowa chce zacząć od małych kamieni, które z czasem zamienią się w wielką lawinę, która zniszczy ten system. Przedsiębiorcę już popierają inni biznesmeni i internauci. Na forach internetowych i pod artykułami na temat działań Sowy znajduje się wiele ciepłych komentarzy pod adresem tego pioniera.

Niestety patologia polskiego systemu emerytalnego nie polega wyłącznie na istnieniu ZUS-u. Do tego dochodzi głęboko deficytowy KRUS oraz fakt, że spore grupy polskiego społeczeństwa są uprzywilejowane, jak mundurowi, sędziowie, prokuratorzy, górnicy czy nauczyciele i mogą przechodzić na wcześniejszą emeryturę, niektórzy nawet już po kilkunastu latach pracy. Warto zaznaczyć, że teraz do likwidacji przywilejów emerytalnych dla urzędników państwowych i działaczy partyjnych (a niektórzy z nich nabierają prawa do emerytury już po przepracowaniu 10 lat) przymierzają się nawet Chiny. Z kolei proponowanej przez PO likwidacji KRUS-u programowo sprzeciwia się Waldemar Pawlak, którego zgoda oznaczałaby samobójstwo wyborcze dla jego partii. Podobny skutek dla każdej władzy miałaby likwidacja przywilejów emerytalnych.

Poza tym ZUS to marnotrawstwo i ciągłe afery. Do gigantycznych nadużyć finansowych dochodziło podczas informatyzacji tej instytucji. W styczniu tego roku poinformowano, że ZUS przez bałagan zgubił 40 mln zł. Z kolei jak podał „Super Express”, w latach 2010-11 członkowie zarządu ZUS odbyli zagraniczne podróże służbowe na łączną kwotę niemal 393 tys. zł, a jednemu z mieszkańców Kłodzka, ZUS z powodu bałaganu wypłacał rentę rodzinną o 15 lat za długo, co kosztowało podatników około 100 tys. zł. Najnowszym pomysłem Zbigniewa Derdziuka, prezesa ZUS-u jest założenie przez tę instytucję… chóru. Nie ma się więc co dziwić, że na obsługę administracyjną ZUS w tym roku wyda gigantyczną kwotę prawie 3,9 mld zł, za którą można by wybudować 120 km autostrad (przy wysokich polskich cenach budowy tych dróg).

Zdaniem dr. Roberta Gwiazdowskiego, prezydenta Centrum Adama Smitha, zamiast opodatkowywać pracę, pieniądze na emerytury należałoby pozyskać z VAT-u i akcyzy, gdyż z roku na rok będzie przybywało emerytów, a ubywało osób pracujących, a to z ich wynagrodzeń są finansowane emerytury. Jest to słuszne jeszcze z tego powodu, że wysokie składki na ubezpieczenia społeczne hamują rozwój przedsiębiorczości i tworzenie nowych miejsc pracy. Już teraz firmy lepiej sobie radzą, jeśli mogą płacić składki na ZUS w obniżonej wysokości. Z danych GUS-u wynika, że w 2004 roku, rok przed wprowadzeniem tej ulgi, pierwszy rok działalności przetrwało 62 procent firm, podczas gdy w 2010 roku wciąż działało aż 77 procent przedsiębiorstw założonych w 2009 roku.

Cała ta emerytalna piramida finansowa nadal by jako tako funkcjonowała, gdyby nie zwiększająca się długość życia, narastający problem z dzietnością i emigracja. Z jednej strony jeszcze w 1950 roku Polki żyły średnio 60 lat, a Polacy – 55. W 2010 roku było to odpowiednio ponad 80 lat i ponad 72 lata. Z drugiej strony polskie i europejskie kobiety nie chcą już mieć tylu dzieci co wcześniej. Polki rodzą coraz mniej dzieci – jak podaje GUS, podczas gdy w 1990 roku urodziły 550 tysięcy dzieci, to teraz rodzą około 400 tysięcy dzieci rocznie (391 tysięcy w 2011 roku). Dlatego PSL, które zgadza się na podniesienie wieku emerytalnego, chce rozwiązać ten problem w oryginalny sposób. Proponuje mianowicie obniżenie wieku emerytalnego dla matek (3 lata za każde urodzone dziecko) oraz podniesienie kapitału emerytalnego matek lub ojców (o jakim kapitał mówią ludowcy?) o 10 procent za każde dziecko. Ze strony tej partii, a konkretnie Jolanty Fedak, byłej minister pracy i polityki społecznej, pojawiła się także propozycja dopisywania do kapitału emerytalnego matek kwoty około 20-30 tysięcy zł. Dodatkowo statystyki mówią, że około 2 miliony Polaków wyemigrowało za granicę i pracując, w obcym państwie budują dobrobyt i płacą składki na emerytury. I właśnie z powodu zmniejszania się liczby Polaków eksperci już mówią, że podniesienie wieku emerytalnego do 67 roku życia może nie wystarczyć, by uratować system.

Oficjalnie państwowy system emerytalny istnieje po to, by na starość nikt nie umierał z głodu. A przecież w przeszłości społeczności ludzkie zawsze opiekowały się ludźmi starszymi. Tak czy inaczej rządzący chcą w ten sposób uchronić osoby nieoszczędzające podczas swoich lat pracy, by w podeszłym wieku nie musiały umierać pod mostem. Ale ludzie nie oszczędzają właśnie dlatego, że nie stać ich na to po zapłaceniu horrendalnie wysokich składek na obowiązkowe ubezpieczenie społeczne. I kółko się zamyka. Ile byłoby takich osób w społeczeństwie, gdyby nie było składek na ZUS? 5-10-20 procent? Błąd polega na tym, że państwo wprowadza prawo dla całego społeczeństwa, by chronić patologiczną mniejszość! Czyż nie powinno być odwrotnie? To patologiczna mniejszość powinna dostosowywać się do reszty społeczeństwa. To samo zresztą dotyczy służby zdrowia czy edukacji.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w 4 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2012 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24