Jak kradną polskie dzieci*

 

Brytyjskie służby socjalne (wiele mówiący skrót SS – Social Services) przekraczają swoje kompetencje i bez wyraźnych powodów kradną polskie dzieci, by umieścić je w miejscowych rodzinach zastępczych, rozbijając w ten sposób polskie rodziny.

 

Zjawisko to staje się coraz powszechniejsze i nie za bardzo wiadomo, w jaki sposób z tym walczyć. Przeważnie rodzice już na początku postępowania zostają przyparci do muru groźbą utraty dzieci i za późno dowiadują się, gdzie szukać pomocy i jak działa ten system. – Cały dramat naszej rodziny zaczął się na początku września 2011 roku – opowiada „Najwyższemu Czasowi!” Agata Kraska-Baranowska. – Zaczęło się od błahej sytuacji i kłótni rodzinnej. Nie mogłam uruchomić córce gierki w Internecie. Wiktoria zadzwoniła do taty, który niedaleko pracował. Po jej telefonie mąż przyjechał i również gierki nie udało mu się włączyć – kontynuuje. – W przypływie złych emocji po rodzinnej kłótni pobiegł do urzędu gminy Harringey, w której mieszkaliśmy, z prośbą o pomoc. Od tej pory nasze życie zamieniło się w koszmar – wspomina. Zaczęły się ciągłe wizyty w domu, telefony. Podczas pierwszej wizyty pracowniczka socjalna zaproponowała… zabranie dziecka, skoro rodzice sobie z nie radzą. – Dla nas to był szok – mówi Kraska-Baranowska. – Kolejne miesiące były istnym koszmarem dla naszej rodziny. Ciągle przesłuchania, szukanie problemów w przeszłości i wymyślanie problemów, których u nas nie było, co prowadziło do wykończenia psychicznego i fizycznego dziecka i nas – opowiada.

 

Bezprawna klauzula

 

W końcu całą rodzinę wysyłano na terapie psychologiczne, usiłowano zrobić z nich margines społeczny. Kazano też zapisać się na terapię antyalkoholową. – Mnie wysyłano do kilku psychiatrów, jednak żaden nie stwierdził u mnie problemów natury psychicznej – mówi pani Agata. Rodzinie pobrano próbki włosów, aby sprawdzić, czy nie ma problemów z alkoholem bądź narkotykami. Gdy wyniki okazały się negatywne, pracowniczka socjalna (w dodatku Polka) dalej usiłowała znaleźć powód i doprowadzić do odebrania dziecka. – Gdy mając dość tej sytuacji, która całkowicie zburzyła nasz spokój i normalny tryb życia, chciałam z córcią wyjechać do Polski, byłam straszona, że zostanę zatrzymana i zawrócona do Wielkiej Brytanii – wspomina Kraska-Baranowska. Cały czas w tamtym okresie odbywały się przesłuchania każdego członka rodziny oddzielnie i miały miejsce usilne próby nastawienia ich przeciwko sobie. W końcu służby socjalne zmusiły najpierw panią Agatę a potem jej męża Emila do opuszczenia domu. Kobieta została sama z córką, a mąż zamieszkał u przyjaciół. Wtedy pod pozorem, że są w konflikcie, kazano im znaleźć sobie oddzielnych adwokatów i oddać paszporty jednemu z nich. Potem dokumenty w niewyjaśnionych okolicznościach zagubiono.

Sytuacja była coraz gorsza i pod wpływem działań urzędu socjalnego relacje w rodzinie rzeczywiście się pogorszyły. Pracowniczka socjalna cały czas zapewniała, że nie chcą odebrać dziecka, tylko pomóc. – Jednak wszystko co im powiedzieliśmy, zostało potem „ubarwione” w raportach i użyte przeciwko nam – mówi pani Agata. Nawet jej stan zdrowia (problemy z kręgosłupem) wykorzystano jako pretekst, że sama sobie nie poradzi z dzieckiem. – A dlatego w czerwcu 2010 roku przyjechałam z córka do Wielkiej Brytanii, żeby mieć wsparcie męża i by córka czuła się bezpieczniej z obydwojgiem rodziców i babcią, która też tam mieszkała przez 6 lat – opowiada Kraska-Baranowska.

Wielomiesięczna presja i szykany ze strony pracowników socjalnych doprowadziły do kłótni małżonków. W kwietniu 2012 roku Emil Baranowski uderzył żonę, a ona jego. Ich córka była wtedy z babciami w domu. – Pięć dni później pracownicy socjalni w eskorcie policji zabrali nasze dziecko, wydarli ją z piszczącą z moich rąk – mówi Kraska-Baranowska. Wiktoria miała osiem lat. Jako powód podano „ryzyko przyszłej szkody emocjonalnej”. – To ich stała klauzula w przypadku, gdy nie ma jasnych przyczyn do zabrania dziecka i nie dzieje mu się krzywda w domu rodzinnym – mówi pani Agata. – To tak, jakby bez podstaw wsadzić człowieka do więzienia, mówiąc, że jest potencjalnym przestępcą – dodaje. Wiktorię najpierw umieszczono u starszej czarnoskórej kobiety, a w czerwcu 2012 roku przeniesiono do angielskiej rodziny zastępczej, która ma dwóch dorosłych synów, nie wiadomo, czy własnych, czy też adoptowanych.

 

Kto na tym zarabia?

 

Angielska rodzina na polskie dziecko pobiera 2 tys. GBP miesięcznie. Z kolei opieka socjalna za wypełnienie limitów adopcyjnych otrzymuje duże nagrody finansowe. – Domyślamy się, że chodzi tu o opłacalny biznes, a nie dobro dzieci, które są zabierane podstępem i silą od kochających rodziców – uważa pani Agata. Wiktoria została całkowicie oddzielona od polskiej kultury i tradycji, ma coraz większe problemy z wysłowieniem się w ojczystym języku. Mimo zapewnień sędziny nikt nie dba o podtrzymanie jej więzów narodowych i zachowanie tejże tożsamości. Państwo Baranowscy jako rodzice nie mają już na to wpływu. Ilość spotkań z dzieckiem jest wciąż zmniejszana. Dziecko oczywiście bardzo tęskni za rodzicami, nie jest szczęśliwe u angielskiej rodziny i chciałoby wrócić do domu. Obecnie Baranowscy widują córkę raz na dwa miesiące. Ojciec raz na miesiąc i matka raz na miesiąc. Kontakty odbywają się w centrum dla dzieci (w czymś na kształt przedszkola) w obecności angielskiego pracownika socjalnego i tłumacza, który zapisuje każde słowo rodziców.

- Nie jesteśmy żadnymi degeneratami, kochamy naszą córcię ponad wszystko na świecie. Zawsze o nią dbaliśmy i była najważniejsza dla całej rodziny, zwłaszcza że mamy ją jedną – zapewnia pani Agata. – Obecna sytuacja jest tragiczna dla nas, jak i dla babć, które pomagały ją wychować – dodaje. Nie mają znaczenia słowa sędziny, która na końcowej rozprawie powiedziała, że Kraska-Baranowska jest dobrą i pełną poświęcenia matką. Wiktoria urodziła się w Polsce i tam do siódmego roku życia wychowywała się, więc jest pełnoprawnym obywatelem Polski. Jednak polski konsulat mimo wizyty Kraski-Baranowskiej nie udzielił żadnego wsparcia. Zaczęto interesować się sprawą dopiero po liście pani Agaty do Rzecznika Praw Dziecka i jego interwencji. Rozbita przez brytyjski system socjalny polska rodzina cały czas stara się szukać pomocy. Małżonkowie chodzą na terapię, żeby dostać zaświadczenie do sądu, że pracują nad swoim związkiem. Skontaktowali się z brytyjskim posłem Johnem Hemmingiem, który walczy o zmianę prawa i ukrócenie samowoli urzędów socjalnych. Szykują się do apelacji, a na Facebooku założyli stronę „Stop Nielegalnej Adopcji”, gdzie starają się rozpowszechnić skalę tego zjawiska. – W Wielkiej Brytanii nie mogę się leczyć, co uniemożliwia mi normalne życie. Nigdy tam nie pracowałam, nie mam prawa do zasiłku. Nic mnie z tym krajem nie łączy, a mimo to muszę teraz tam tkwić, żeby widywać moją córeczkę – mówi Kraska-Baranowska. – Gdyby można było cofnąć czas, nigdy bym tam nie pojechała, tylko została z córcią w Polsce, gdzie mamy swój dom, rodzinę i byłyśmy bezpieczne – dodaje. – Opieka społeczna zniszczyła naszą rodzinę – podkreśla Emil Baranowski.

W Anglii ponad 25 tysięcy dzieci rocznie (w 2012 roku ponad 27 tysięcy) odbiera się ich prawdziwym rodzinom. Z tego przymusowo i błędnie umieszcza się około tysiąc dzieci rocznie w rodzinach zastępczych. Z roku na rok liczby są coraz większe. W 2012 roku pod opieką państwa pozostawało ponad 67 tysięcy dzieci. 4 tysiące dzieci rocznie wpisywanych jest na listę ryzyka… zanim się urodzą. Należy zaznaczyć, że służby socjalne zakazują rodzicom rozpowiadać o swoim problemie.

 

Była smutna i osowiała

 

Podobne rodzinne tragedie mają miejsce w polskich rodzinach mieszkających w Niemczech. Monice Nowosad, Polce mieszkającej w miasteczku Neuwied w Niemczech urzędnicy Jugendamtu (urzędu ds. młodzieży) odebrali trójkę dzieci. W czerwcu br. Wojciech Pomorski, szef Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, poinformował o tym, jak niemieccy policjanci i pracownicy Jugendamtu odebrali polskiej rodzinie niemowlaka, ponieważ Polacy musieli wyprowadzić się z domu. – Niemieckie sądy rodzinne pod dyktatem Jugendamtu każdą błahostkę mogą wykorzystać, by odebrać dziecko. W tym przypadku Jugendamt zrobił z tego „bezdomność” i w asyście 10 policjantów wyszarpał dziecko polskiej matce, która rzuciła się na nich w obronie swojego zabranego przemocą synka. Policja obezwładniła matkę, rzucając ją na podłogę i wykręcając ręce na plecy! Ojca dziecka trzymali już wcześniej, bo reakcji mężczyzny bardziej się obawiali – relacjonuje Pomorski. – Taki maluch to gratka dla Jugendamtu (…), bo za takie dziecko, które sobie będą sami „wychowywać” i germanizować do 18 roku życia dostają dofinansowanie do 7 tys. euro miesięcznie – dodaje.

W 2012 roku niemieckie Jugendamty odebrały rodzinom 40,2 tys. dzieci. Podobnie jak w Wielkiej Brytanii liczba ta z roku na rok jest coraz wyższa. Nie ma się co dziwić temu procederowi, skoro jak poinformował Markus Matuschczyk, mecenas pomagający niemieckiej rodzinie Schandorff, która uciekła przed Jugendamtem do Polski, „statystyki pokazują, że sprawy związane z odebraniem władzy rodzicielskiej przynoszą niemieckiemu systemowi sądownictwa rodzinnego roczne obroty w wysokości 21 mld euro”. Rodzina Wunderlich musiała płacić 4 tysiące euro miesięcznie za każde dziecko w związku z przymusowym pobytem w rodzinie zastępczej.

Dzieciom polskich rodziców zabrania się używać języka polskiego. Dlatego założone w 2007 roku Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech zajmuje się obroną praw rodziców i dzieci pokrzywdzonych przez Jugendamt i wymiar sprawiedliwości Niemiec i Austrii. Członkowie walczą głównie o respektowanie Traktatu Polsko-Niemieckiego w Niemczech, praw człowieka w Niemczech i w Austrii i o prawo do wychowywania dzieci we własnej kulturze i języku. – W Niemczech jest tego cała masa. Co dzień nowe tragedie – mówi „Najwyższemu Czasowi!” Wojciech Pomorski. – Teraz zabrano w dwa dni po urodzeniu synka polskiej matce i polskiemu ojcu – opowiada o kolejnym przypadku. – Trzeba otwarcie powiedzieć, że tego rodzaju system przypomina raczej Niemcy z okresu III Rzeszy – uważa Matuschczyk.

Podobne problemy zgłaszają też polskie rodziny we Francji czy we Włoszech. Głośny były przypadek z Norwegii, kiedy w 2011 roku detektyw Krzysztof Rutkowski wykradł rodzinie zastępczej polskie dziecko. Mała Nikola Rybak została odebrana polskiej rodzinie, gdyż norweska opieka społeczna uznała, że w polskim domu z pewnością musi się dziać coś niepokojącego, bo w szkole dziewczynka była… „smutna i osowiała”. Więzi rodzinne w Skandynawii są tak bardzo mocno rozluźnione, że służby socjalne nie wierzyły, iż dziewczynka płakała z powodu śmierci babci. Jeszcze gorzej jest w Szwecji, gdzie dziecko może zostać odebrane… za podniesienie na nie głosu, nie mówiąc o daniu klapsa. „W Szwecji i Norwegii obowiązuje lewicowa ideologia, według której dzieci są własnością państwa, a rodzina jest tworem z założenia podejrzanym” – pisał w 2011 roku „Gość Niedzielny”. Niestety ten trend wchodzi również do Polski. Od początku 2012 roku prawie 200 tysięcy dzieci zostało zabranych z ich naturalnych rodzin, z czego ponad 1800 – z powodu ubóstwa.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 46-47 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24