Państwo wypiera rynek*

 

Państwo wypiera z rynku prywatne podmioty, kiedy podmioty publiczne prowadzą działalność za pieniądze podatników, w tym także realizując tzw. inwestycje publiczne, które w rzeczywistości niewiele mają wspólnego z normalnymi inwestycjami, a także poprzez wydawanie unijnych dotacji. Efektem jest gorsza jakość usług, rosnące ceny i korupcja, mniejszy wybór konsumenta i marnotrawienie pieniędzy podatników, a przy okazji propaganda o dobroci rządzących.

 

Po okresie odwrotu państwa od ingerencji w gospodarkę, co rozpoczęło się na przełomie lat 80. i 90. i było kontynuowane w latach 90. aż do początku lat 2000., czego symbolem jest przede wszystkim szeroka prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych i państwowego mienia, nastąpił okres stabilizacji, by wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej powrócił czas coraz większego wtrącania się państwa w procesy gospodarcze, czego symbolem są unijne dotacje. Dużą aktywność na tym polu zawdzięczamy (w negatywnym znaczeniu tego słowa) rządom „liberała” Donalda Tuska, który wdrażał coraz co nowsze etatystyczne pomysły. – Rząd, który myśli strategicznie, powinien dostrzegać, że dla stabilności i tempa rozwoju gospodarki ma wielkie znaczenie to, ile przedsiębiorstw podlega wpływom polityków. Im więcej, tym gorzej – słusznie mówił w 2010 roku prof. Leszek Balcerowicz.

 

…kamieni kupa

 

W 2010 roku Szczecińska Wyższa Szkoła Sztuki Użytkowej została znacjonalizowana poprzez wejście w skład finansowanej ze środków publicznych Akademii Sztuki. W tym samym roku pojawił się też pomysł, by bank BZ WBK został wykupiony przez państwowy PKO BP, a dwa lata później rząd PO-PSL rozważał nacjonalizację bankrutującej firmy PBG, która budowała autostrady. Za tym ostatnim rozwiązaniem optował Waldemar Pawlak, ówczesny wicepremier i minister gospodarki z PSL, a także Leszek Miller, szef SLD. Przeciwko nacjonalizacji opowiedział się prof. Robert Gwiazdowski z Centrum Adama Smitha, który stwierdził, że w miejsce zbankrutowanych firm budowlanych na rynku pojawią się lepiej działające nowe biznesy. Przed Euro 2012 wydano miliardy z kieszeni podatników na stadiony, które kosztowały znacznie więcej niż pierwotnie planowano. Na przełomie 2013 i 2014 roku ponownie znacjonalizowano częściowo sprywatyzowane wcześniej ubezpieczenia emerytalne.

Flagowym pomysłem rządu Tuska był program Inwestycje Polskie, w ramach którego utworzono spółkę Polskie Inwestycje Rozwojowe. To właśnie o tym programie Bartłomiej Sienkiewicz, minister spraw wewnętrznych tego rządu, powiedział kultowe już słowa „Chuj, dupa i kamieni kupa”. Do tego dochodzi cała masa innych projektów publicznych, jak obowiązkowy abonament na publiczne radio i telewizję, wspieranie przychylnych władzy gazet reklamami i ogłoszeniami państwowych przedsiębiorstw i urzędów (np. warszawscy urzędnicy tuż po wygranych wyborach na prezydenta Warszawy przez Hannę Gronkiewicz-Waltz podpisali z Agorą umowę na publikację ogłoszeń o wartości ponad 1 mln zł), utworzenie w 2005 roku Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który dotuje wybrane (po myśli władzy) produkcje filmowe czy utworzenie w 2009 roku Narodowego Instytutu Audiowizualnego, który prowadzi portale internetowe, wydaje książki czy nagrywa koncerty i spektakle teatralne. Na dodatek w swoim exposé premier Ewa Kopacz napomknęła o „bezpłatnym dostępie do porad prawnych”.

Za rządu Donalda Tuska doszło do nacjonalizacji (a właściwie komunalizacji) rynku zbierania śmieci. W efekcie jest drożej i gorzej, a lasy mamy nadal zanieczyszczone. W ponad połowie oddziałów regionalnych Lasów Państwowych stwierdzono, że problem nielegalnych wysypisk narasta – śmieci w lasach przybywa! Jak wylicza Instytut Sobieskiego, w 2013 roku ceny odbioru odpadów komunalnych wzrosły o prawie 30 procent w stosunku do roku 2012, głównie w efekcie regulacji środowiskowych i biurokratycznej obsługi nowego systemu. Problemy mają nawet osoby, które chcą działać zgodnie z prawem, np. brakuje dostępu do kontenerów, a działkowcy w weekendy nie mogą pozbyć się śmieci.

Rząd PO-PSL jeszcze głębiej ingerował w system edukacyjny, mimo że i tak większość placówek oświatowych finansowanych jest z podatków. W 2013 roku wprowadzono limit opłat 1 zł za godzinę zajęć w prowadzonych przez gminę przedszkolach publicznych w czasie przekraczającym 5 godzin „bezpłatnego” nauczania, wychowania i opieki. Nowa ustawa całkowicie zakazała przedszkolom publicznym pobierania jakichkolwiek opłat od rodziców ponad ustaloną złotówkę, tym samym likwidując wolność wyboru rodziców. Chodziło o eliminację z rynku prywatnych firm, które oferowały przedszkolakom dodatkowe zajęcia w sytuacji mizerii oferty przedszkola publicznego. Podobny mechanizm wprowadzono rok później przy tzw. „darmowym podręczniku” (najpierw dla pierwszoklasistów, a docelowo dla pozostałych klas). Mimo że ten finansowany przez podatników podręcznik niezbyt nadaje się do zajęć, to zakazano rodzicom kupować książek alternatywnych, tym samym uderzając w prywatne wydawnictwa. W efekcie nauczyciele, nie chcąc korzystać z MEN-owskiego marnej jakości podręcznika, po kryjomu kserują potrzebne materiały, co poniektórym przypomina tajne komplety za okupacji. Mimo że przed ingerencją w rynek podręczników ostrzegały doświadczenia norweskie i węgierskie, gdzie doszło do obniżenia jakości edukacji, to dla rządu nie miał to znaczenia, bo „darmowy podręcznik” to przede wszystkim możliwość decydowania przez resort edukacji o treści, która będzie przychylna dla władzy. Dla rządzących nie liczy się też fakt, że na projekt e-podręcznika, który okazał się kolejnym bublem, według różnych wyliczeń podatnicy wydali od 1 mln do 1,7 mln zł. „Dla porównania całkowity koszt naszego zestawu ‘Wolna przedsiębiorczość’ to zaledwie 150 tys. zł. To by było na tyle, jeżeli chodzi o efektywność państwa” – komentuje Instytut Misesa.

 

Decyduje biurokrata

 

Kolejny pomysł rządu Donalda Tuska, podpowiedziany – żeby było ciekawiej – przez związki zawodowe, to znacjonalizowanie składowania węgla. Państwowe Składy Węgla miały zostać utworzone przez państwową Kompanią Węglową, Katowicki Holding Węglowy i Weglokoks. W efekcie miano doprowadzić do upaństwowienia 30 procent obrotu węglem, ale pomysł – jak na razie – na szczęście nie został zrealizowany. Inny koncept, który niestety jest już w trakcie realizacji, to utworzenie Państwowego Funduszu Mieszkań na Wynajem, który już dokonał zakupu pierwszych lokali, a wkrótce ma nabyć kolejne w największych miastach. Zgodnie z planami przez cztery lata fundusz kupi i wynajmie około 20 tysięcy lokali. Na program przeznaczono aż 5 mld zł, więc dla polityków i urzędników otworzyło się nowe spore pole do korupcji. Tymczasem niedorozwój polskiego rynku mieszkań na wynajem nie jest spowodowany niedomaganiem rynku, lecz faktem, że firmy i ludzie boją się wynajmować z powodu regulacji, które uniemożliwiają eksmisję ludzi z zajmowanych lokali. Paradoksalnie efektem państwowej interwencji będzie zmniejszenie możliwości mieszkaniowych Polaków, gdyż na skutek zakupów funduszu wzrosną rynkowe ceny mieszkań. – Wzrost popytu o 10% niemal z dnia na dzień spowoduje wzrost cen. Jeżeli dodamy do tego nowe wymogi kredytowe – 10% wkładu własnego, to musimy założyć, że część osób zmuszone będzie poczekać z zakupem swojego mieszkania. Co zrobią? Dalej będą wynajmować. To z kolei wpłynie na wysokość czynszu. Czyli pośrednią konsekwencją tańszych mieszkań na wynajem będą wyższe ceny najmu. Teraz już spekuluję, ale podejrzewam, że jeżeli ceny najmu pójdą w górę, to ceny najmu FMnW będą również proporcjonalnie wyższe. Czyli dzięki błogosławieństwu państwa, ceny dotowane będą na poziomie dzisiejszych rynkowych – napisał Tomasz Wróblewski, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute. „Kiedy rząd kupuje na normalnym rynku, to nie jest jego ożywienie tylko destabilizacja. Polacy zainwestowali w mieszkania na wynajem. Zapłacili rządowi od tego podatki, za które rząd postanowił stworzyć im nieuczciwą konkurencję” – komentuje na Facebooku Centrum Adama Smitha. Najnowszym pomysłem jest wzmocnienie pieniędzmi podatników firm farmaceutycznych, gdyż posłowie PO chcą wprowadzić nowe obowiązkowe szczepionki dla dzieci.

Podobne nacjonalizacje i przejmowanie rynku czy branż gospodarczych przez podmioty publiczne mają niestety także miejsce na poziomie samorządowym. Gminy, powiaty i województwa za pieniądze polskich i unijnych podatników budują teatry (Grzegorz Sobota napisał na blogu, że na każdy spektakl rozdmuchuje się niebotycznie budżety, „bo i tak pieniądze muszą się znaleźć”), opery, muzea, parki wodne, orliki, organizują imprezy kulturalne, koncerty (artyści dostają honoraria od podatników, a nie od słuchaczy) czy tworzą „darmowy” Internet i „bezpłatną” komunikację miejską, tym samym wypierając z rynku podmioty prywatne. – Władze województwa podkarpackiego za kwotę 140 mln budują Centrum Wystawienniczo-Kongresowe, o którym z góry wiadomo, że zawsze będzie przedsięwzięciem deficytowym. Wygląda na to, że politycy budują je tylko po to, żeby ktoś mógł zarobić na budowie. W Krośnie prezydent stworzył Centrum Dziedzictwa Szkła. Miało ono przyciągać turystów i na tym mieli zarabiać mieszkańcy. W praktyce mieszkańcy dopłacają do Centrum, żeby przyjeżdżali turyści. W Rzeszowie prezydent zaczyna ciąć inwestycje, np. ograniczając plany budowy czteropasmowej obwodnicy do dwupasmowej. Znajduje za to pieniądze na grające fontanny. A zadłużenie miasta niebezpiecznie się zwiększa, zwłaszcza w związku z nadchodzeniem terminu spłaty kredytów, na co jedynym pomysłem jest rokowanie długu – mówi w rozmowie z „Najwyższym CZAS-em!” Damian Małek, prezes Regionu Podkarpacie KNP.

„Darmową” komunikację miejską uruchomiono w podwarszawskich Ząbkach (w efekcie zwiększonego popytu przy tej samej podaży w „bezpłatnych” autobusach pojawił się taki tłok, że ludzie zaczęli zostawać na przystankach), w Żorach w woj. śląskim, w Lubinie w woj. dolnośląskim, w Gostyniu w woj. wielkopolskim, a podobny pomysł na Warszawę prezentował Jacek Sasin, kandydat PiS na prezydenta stolicy, mimo tego, że doszłoby do spadku jakości usług właśnie w wyniku „darmowości”. To ten sam mechanizm, który działa w przypadku „bezpłatnej” służby zdrowia. Z grudniowego raportu NIK wynika, że działania NFZ zmierzające do zmniejszenia czasu oczekiwania pacjentów na badania i zabiegi spowodowały… wydłużenie tego czasu! Na przykład w ciągu dwóch lat w pracowniach tomografii komputerowej średni czas oczekiwania wzrósł z 25 dni do 43 dni (o 72 procent), a w oddziałach chirurgii urazowo-ortopedycznej z 77 dni do 95 dni (o 23,4 procent). Dzieje się tak dlatego, że nie działa rynek, tylko o wszystkim decyduje biurokrata. Mimo to samorządy wojewódzkie tworzą kolejne spółki kolejowe (ostatnio województwo małopolskie).

 

Bank Dyzmy

 

Gigantyczną ingerencją w rynek jest realizacja publicznych „inwestycji” współfinansowanych z pieniędzy unijnych. Jak pokazało doświadczenie, dodatkowe miliardy z Unii Europejskiej, które zostały przeznaczone dla biedniejszych obszarów Polski Wschodniej na rozwój i zmniejszenie różnic w dochodach ludności, nie tylko nie przyspieszyły rozwoju i nie wyrównały owych różnic… ale je pogłębiły! Jeden z ekspertów nie potrafił wyciągnąć właściwego wniosku, że w związku z tym po prostu te fundusze nie działają, albo mają skutek przeciwny do zamierzonego. Zamiast tego powiedział, że… tych unijnych funduszy było za mało i potrzebne jest ich więcej! Czy ci ludzie nie myślą? Czy nie potrafią wyciągać właściwych wniosków? Mają tak zakute łby rządową i unijną propagandą?

A jak działa mechanizm dotacji i dlaczego są one nieskuteczne obrazowo wyjaśnił eurodeputowany KNP Janusz Korwin-Mikke. Jak napisał, „dotacje na badania naukowe wcale nie rozwijają nauki, one tylko promują takich naukowców i takie badania, które są zgodne ze stanowiskiem i poglądami przywódców Komisji Europejskiej”. Jeśli utworzy się „jakąś Europejską Komisję Badań Naukowych i da jej pieniądze – dużo pieniędzy – to natychmiast młodzi naukowcy zamiast prowadzić ryzykowne badania zaprzeczające oficjalnej nauce – zaczną robić projekty mogące uzyskać akceptację Komisji. Im więcej da na to pieniędzy – tym gorzej dla nauki. (…) Maria Skłodowska-Curie pomogła odkryć rad i odkryła polon – bez demokracji, walki o prawa kobiet, programu ERASMUS i całej Unii Europejskiej”. Do nieproduktywnego szastania pieniędzmi publicznymi dochodzi nie tylko w socjalnej Europie. Republikański senator Tom Coburn zidentyfikował 100 rządowych programów marnotrawiących rocznie 25 mld USD amerykańskich podatników.

Nieuczciwą ingerencją państwa w rynek są także indywidualne zwolnienia podatkowe konkretnych podmiotów gospodarczych, np. nowych inwestorów czy firm działających w SSE, inkubatorach przedsiebiorczości lub parkach przemysłowych. Z tej bajki jest także najnowszy pomysł Ministerstwa Skarbu Państwa, by małym i średnim firmom umożliwić szybkie otrzymanie pomocy publicznej w celu ratowania ich lub przeprowadzenia restrukturyzacji. Tymczasem państwo nie tylko nie powinno pomagać żadnym firmom: ani dużym koncernom, ani średnim, ani małym firemkom, ale powinno całkowicie odczepić się od gospodarki, a wszelkie wprowadzane przepisy powinny być neutralne z uwagi na ich wpływ na rynek. W przeciwnym razie nadal będziemy marnować miliardy podatników na kolejne banki zbożowe Nikodema Dyzmy, tym bardziej że procesy prywatyzacyjne zostały praktycznie wstrzymane (mimo że majątek państwa nadal pozostaje gigantyczny).

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 51/52 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2014 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24