Państwo uniemożliwia rozwój*
To władza jest winna tego, że dany kraj jest zacofany, bo to właśnie państwo potrafi siać spustoszenie w gospodarce z negatywnymi skutkami dla całego społeczeństwa.
Koszty prowadzenia działalności gospodarczej w wielu krajach trzeciego świata są wysokie, a nawet działalność ta jest niekiedy niemożliwa tylko dlatego, że władza tworzy nieudolne państwowe monopole, reguluje gospodarkę i nie dopuszcza zagranicznej konkurencji do rynku. Skutkiem tego brakuje podstawowej infrastruktury: częste wyłączenia prądu, niebotycznie wysokie ceny usług telekomunikacyjnych, braki dróg, a co za tym idzie – koszmarnie wysokie koszty transportu itp. To z kolei uniemożliwia albo powoduje, że jakiekolwiek inwestycje nie mają sensu.
Dla przykładu połączenie telefoniczne, które w Niemczech kosztuje 0,3 USD, a w Hiszpanii – 0,65 USD, w Algierii – już 3 USD, a w Etiopii – aż 7 USD. Oznacza to, że koszt telefonowania w Etiopii jest aż 23 razy wyższy niż w Niemczech. Ale potencjalni inwestorzy w krajach afrykańskich mają także inne problemy. W Niemczech braki dostaw prądu występują średnio 5 godzin w ciągu całego roku, podczas gdy w Algierii – 12 dni, w Etiopii – 29 dni, a w aż Kenii – 83 dni. Tak funkcjonują państwowe spółki telekomunikacyjne i państwowe elektrownie w Afryce, mające pozycje monopolistyczne. Taka sytuacja praktycznie uniemożliwia prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej. Dobry system dróg jest potrzeby, by sprowadzić surowce, półprodukty do fabryki oraz z drugiej strony – by przetransportować gotowe wyroby na rynki zbytu. Tymczasem jak podała „Gazeta Wyborcza”, na przykład w Ugandzie koszty transportu są tak wysokie, że dla przemysłu tekstylnego oznaczają równowartość 80-procentowego podatku!
Jak twierdzi prof. Henryk Kierzkowski z Graduate Institute of International Studies w Szwajcarii, jeśli nie jest gwarantowany dostęp do energii elektrycznej, jeśli koszt rozmów telefonicznych jest tak wysoki, to nie ma znaczenia fakt taniej siły roboczej. Tam żaden inwestor nie zainwestuje swoich pieniędzy. – Być może jest jakiś genialny producent dóbr przemysłowych, który może coś produkować w Afryce Zachodniej dwa razy taniej niż ktokolwiek w Europie, na Dalekim Wschodzie czy w Stanach Zjednoczonych. Ale jeśli jest on odcięty od telekomunikacji, od systemów dróg, od systemu transportowego, to on nie ma żadnych szans, żeby się z czymkolwiek przebić – uważa prof. Kierzkowski.
Tak więc w biednych krajach brakuje konkurencji, liberalizacji i otwartości rynku na zewnętrznych operatorów. Gdyby zagraniczne firmy telekomunikacyjne czy energetyczne miały dostęp do rynku krajów afrykańskich, to mogłyby zbudować efektywną infrastrukturę. Tymczasem to władza w tamtych krajach tworzy państwowe monopole i ustanawia prawo, które uniemożliwia konkurencję, a tym samym rozwój i pozostawia te kraje w postępującej nędzy.
Także w krajach wysoko rozwiniętych występują negatywne skutki wtrącania się przez państwo do gospodarki, choć w mniejszej skali. Na przykład sektor prywatny produkuje nowoczesne samochody, których możliwości kierowcy nie mogą wykorzystać ze względu na stan dróg budowanych i utrzymywanych przez państwo. To sektor prywatny sprzedaje auta, które mogą rozwijać prędkość ponad 250 km/h, podczas gdy w większości krajów świata prędkość maksymalna na autostradach ograniczona jest do 130 km/h lub 120 km/h. W ramach sektora motoryzacyjnego warto przypomnieć, że przez lata Francja dotowała państwowy koncern motoryzacyjny Renault w podobnej wysokości, ile wynosiły podatki płacone przez prywatny koncern Peugeot. Niewiele osób wie, że na początku XX wieku w wielu miejscach Wielkiej Brytanii poczta była dostarczana cztery razy dziennie. Jednak od tamtego czasu, mimo postępu w formach transportu, państwowe monopole pocztowe tak się rozleniwiły, że teraz dostarczają pocztę zaledwie raz dziennie. Wszystko dlatego, że nie czują oddechu prywatnej konkurencji.
W Polsce w wielu miejscach nie buduje się lub nie rozbudowuje kompleksów narciarskich, bo blokują to urzędnicy, choć sektor prywatny jest gotowy zainwestować w rozwój terenów narciarskich miliony. Przykładem jest szachowanie rozwoju projektu „Siedmiu Dolin” w Beskidzie Sądeckim, gdzie planuje się utworzyć największy w Europie Środkowej ośrodek narciarski, obejmujący Krynicę, Muszynę, Wierchomlę i Łosie. Zamierzeniem inwestorów jest, aby narciarze systemem wyciągów i zjazdów, bez zdejmowania nart, przemieszczali się na dowolnie wybrany stok pomiędzy dolinami. Niestety inwestycja w rejonie, gdzie na dodatek występuje wysokie bezrobocie, blokowana jest, w trosce oczywiście o ekologię, przez wojewodę małopolskiego i ministra środowiska, mimo że wiadomo, iż turystyka narciarska nie wpływa negatywnie na środowisko naturalne, o czym doskonale wiedzą mieszkańcy alpejskich ośrodków narciarskich w Austrii, Szwajcarii czy we Włoszech. Turystykę w Polsce hamują także inne przepisy ekologiczne. Prywatni inwestorzy nie mają na przykład możliwości budowania schronisk na terenach parków narodowych. A mało kto wie, że jeszcze na początku XX wieku przy Morskim Oku w Tatrach istniało prywatne konkurencyjne schronisko. I komu ono przeszkadzało?
Z raportu opublikowanego przez Europejskie Stowarzyszenie na rzecz Konkurencji w Telekomunikacji wynika, że środowisko regulacyjne w branży telekomunikacyjnej w Polsce jest najmniej sprzyjającym konkurencji spośród wszystkich badanych krajów Unii Europejskiej. Tu należy szukać – podobnie jak w krajach afrykańskich – przyczyn mniejszej konkurencyjności naszej gospodarki. W naszym kraju nie wykorzystuje się też energii geotermalnej i wód geotermalnych, czy metanu do ogrzewania, bo blokują to przepisy prawne. Jak podaje „Gazeta Prawna”, „pozyskanie metanu z pokładów węgla napotyka jednak na wiele przeszkód, głównie natury administracyjnoprawnej”.
Cały sektor energetyczny w Polsce jest strukturą kontrolowaną przez państwo z wszelkimi negatywnymi z tego powodu skutkami. W wyniku konsolidacji energetyki w 2006 roku, koszty wytworzenia prądu wzrosły, nie powiększyły się nowe moce wytwórcze, a cena energii elektrycznej dla odbiorców przemysłowych powiększyła się o ponad 30 proc. Powstałe cztery spółki energetyczne PGE, Tauron, Energa i Enea utworzyły strukturę oligopolistyczną – ocenia sytuację „Gazeta Prawna”. Podobnie jak w wielu krajach afrykańskich państwo odpowiednimi przepisami blokuje konkurencję na rynku energii, utrzymując nieefektywne państwowe molochy.
A ostatni kryzys gazowy? To ewidentny skutek tego, że światowy rynek gazu jest w rękach państwowych. Europie brakuje gazu, bo jego produkcją i dystrybucją zajmuje się państwowy Gazprom – gdyby na tym rynku istniała konkurencja pomiędzy prywatnymi firmami gazowymi, to dawno nie byłoby problemu. Jeśli jakaś firma zdecydowałaby się na zakręcenie kurka z gazem, to jej rynek przejęłyby inne firmy gazowe. Nie można pompować gazu rurociągiem? To konkurencja rozwinie sieć gazoportów. Tymczasem także w Polsce branża gazowa jest państwowa – Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo oraz Gaz-System – to oni wraz z politykami są winni tego, że w Polsce nie inwestuje się w krajowe złoża gazu. To oni są winni tego, że nie powstały do tej pory gazoporty, które dawno już zdywersyfikowałyby dostawy gazu do Polski, wykorzystując LNG, czyli skroplony gaz ziemny. W wyniku kryzysu gazowego politycy chcą wrócić między innymi do budowy gazociągu Bernau – Szczecin, który zwiększyłby bezpieczeństwo gazowe Polski poprzez połączenie naszego systemu gazowego z niemieckim, a Niemcy mają znacznie większe magazyny tego surowca. Tymczasem milioner Aleksander Gudzowaty, właściciel Bartimpeksu, już za rządów Jerzego Buzka chciał budować ten 25-kilometrowy gazociąg, jednak na przeszkodzie stanął… polski rząd! W 2002 roku Gudzowaty stwierdził w Radiu Zet: „Jak się ma bronić firma, jak się ma bronić obywatel przed rządem, który używa argumentów z lat 50.? Dlaczego ja nie mogę budować gazociągu [Bernau – Szczecin – przyp. TC], bo pan Steinhoff [Janusz Steinhoff - wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka – przyp. TC] sobie wymyślił gazociąg norweski? Niech sobie buduje 4 gazociągi norweskie, ale niech nie przeszkadza w moim”. W tym tkwi sedno sprawy: największym grzechem władz jest przeszkadzanie w rozwijaniu się sektora prywatnego. Jakoś produkcja i dystrybucja żywności w Polsce znajduje się całkowicie w rękach prywatnych i jakoś ludzie nie umierają z głodu. Także prywatna branża gazowa lepiej by służyła ludziom.
W niektórych państwach, gdzie udało się przeprowadzić procesy prywatyzacyjne czy deregulacyjne, na przykład w Nowej Zelandii, Chile czy Estonii, chwali się wspaniałomyślność władzy. Ale przecież to samo państwo wcześniej przeprowadzało procesy nacjonalizacyjne czy utrudniające prowadzenie działalności gospodarczej. W Polsce symbolem liberalizacji gospodarki jest tzw. ustawa Wilczka z 1988 roku. Kolejne inicjatywy, takie jak pakiet Kluski, plan Hausnera, reforma finansów publicznych Zyty Gilowskiej, projekt „jednego okienka” czy działalność komisji sejmowej Przyjazne Państwo pod przewodnictwem Janusza Palikota jak na razie niewiele dały. Niestety przynależność naszego kraju do Unii Europejskiej powoduje, że nawet gdyby polskie władze tego chciały, to nie jest możliwe przywrócenie takiej wolności gospodarczej, jaką mieliśmy w 1989 roku.
* Niniejszy wywiad został opublikowany w nr 8 tygodnika „Najwyższy CZAS!” z 2009 r.





