Lewicowe brednie*

Po raz drugi muszę napisać sprostowanie obiegowo powtarzanych nonsensów i niedorzeczności, jakie w „Opcji na Prawo” umieścił Pan Jerzy Pawlas. Tym razem dotyczy to artykułu „Nasze biedne państwo”, który ukazał się w numerze kwietniowym z 2007 roku. Dawno nie czytałem tekstu tak najeżonego nieprawdziwymi stwierdzeniami.

Przede wszystkim Pan Pawlas prezentuje typowo keynesowskie, dawno już obalone i uznane za nieprawdziwe, podejście do problemu inflacji (godna polecenia jest praca zbiorowa na ten temat pt. „Jak zrujnować gospodarkę, czyli Keynes wiecznie żywy”, wydana przez Fijorr Publishing). Jak pisze autor artykułu, konsekwencją tego, że w Polsce inflacja nie może przekraczać 3 procent „jest bezrobocie i stagnacja gospodarki”. W rzeczywistości to Keynes, który okazał się być wielkim oszustem i manipulatorem, przez którego teorie światowa gospodarka cierpiała przez dziesięciolecia, zalecał wzrost inflacji, by w ten sposób nakręcona sztucznym pieniądzem gospodarka tworzyła nowe miejsca pracy. Jak wiadomo, po krótkookresowym przyspieszeniu, w horyzoncie średnio- i długookresowym taka polityka finansowa zawsze powoduje stagnację i wzrost bezrobocia, gdyż przedsiębiorcy odbierają fałszywe sygnały z rynku. Krzywa Phillipsa, zgodnie z którą wzrost bezrobocia jest odwrotnie proporcjonalny do wzrostu inflacji, dawno została uznana za fałszywą. Natomiast zdrowa gospodarka, to gospodarka bez inflacji.

Po drugie, Pan Pawlas uskarża się, że „polskie społeczeństwo niepotrzebnie płaci zaciskaniem pasa za eksperymenty brukselskich ekonomistów-doktrynerów”, ponieważ nie pozwalają oni Polsce przekraczać 3-procentowej inflacji. To, że Wspólnota Europejska nie pozwala Polsce zwiększać inflacji, to bardzo dobrze. Mam natomiast pytanie: gdzie Polska „zaciska pasa”, jak sugeruje pan Pawlas? Wydatki publiczne co roku wzrastają w astronomicznym tempie. Rządzący wypuszczają obligacje i zaciągają coraz to nowe kredyty, by spłacać poprzednie. Czy na tym polega „zaciskanie pasa”?

Po trzecie, autor artykułu uskarża, że „szacuje się, że w ubiegłym roku wywieziono z kraju w formie dywidend ok. 7-9 mld USD”. Nie wiem, czy ta liczba jest zgodna z rzeczywistością, ale nawet jeśli tak, to dlaczego Pan Pawlas nie zastanowi się, dlaczego się tak dzieje. Dlaczego zagraniczni inwestorzy nie reinwestują zysków z naszym kraju, aby zarobić jeszcze więcej? Odpowiedź jest prosta. Ponieważ w Polsce nie ma odpowiednich warunków dla rozwoju biznesu i dlatego przedsiębiorcy wolą inwestować w krajach bardziej przyjaznych. I tu tkwi problem, a nie w wywozie zysków. Bo jeśli zakaże się wywozu zysków z kraju, to zagraniczne inwestycje spadną do zera. Na dodatek Pan Pawlas potępia sam fakt „dorabiania się” przez biznesmenów. Tymczasem chęć osiągnięcia zysku jest motorem sprawczym każdej działalności gospodarczej i bez niej prywatne przedsiębiorstwa działałyby tak samo źle, jak państwowe.

Po czwarte, Pan Pawlas pisze, że „silny nadwartościowy złoty nie służy ani obywatelom (…), ani przedsiębiorcom – bo utrudnia eksport. Cieszą się tylko importerzy (…) oraz zagraniczny kapitał spekulacyjny”. Nieprawda. Silny złoty oznacza większą siłę nabywczą dla osoby, która dostaje pensję w tej walucie. Na silnym złotym zyskują nie tylko importerzy, ale przede wszystkim konsumenci, czyli wszyscy, gdyż dzięki taniemu importowi Polacy mogą kupować więcej tanich towarów z zagranicy. Zyskują na tym również producenci-eksporterzy, którzy importują podzespoły czy surowce do wytwarzania swoich towarów.

Po piąte, kompletną bzdurą jest stwierdzenie Pana Pawlasa, „że importując towary zza granicy, produkuje się bezrobocie”. Każdy rodzaj handlu zagranicznego – zarówno import, jak i eksport – jest opłacalny i korzystny dla obu uczestniczących w nim stron i jak pisze Henry Hazlitt w książce „Ekonomia w jednej lekcji”, „w długich okresach import i eksport muszą się wzajemnie wyrównywać”. Dlaczego? Bo „eksportem płaci się za import – i na odwrót. Im większy jest nasz eksport, tym większy – jeśli chcemy uzyskać zań zapłatę – musi być nasz import”. „Bez importu nie moglibyśmy eksportować, ponieważ obcokrajowcy nie mieliby środków finansowych, by kupić za nie nasze towary. Jeśli postanowiliśmy obciąć import, obcinamy tym samym eksport. Jeśli postanowiliśmy zwiększyć eksport, tym samym zwiększamy import” – wyjaśnia Hazlitt. Import nie produkuje bezrobocia, bo w grę wchodzi przewaga komparatywna. Jak pisze Gene Callahan w „Ekonomi dla normalnych ludzi”, „współpraca oparta na podziale pracy i dobrowolnej wymianie przynosi wszystkim korzyść materialną”. Wystarczy przytoczyć fakt, że w o wiele lepszym stanie jest, ma niższy poziom bezrobocia i przeżywa szybszy wzrost gospodarka USA, w której od lat występuje nadwyżka importu nad eksportem, niż gospodarka Niemiec, w której zdecydowana jest nadwyżka wartości eksportu nad importem. Czy pomiędzy teorią Hazlitta a rzeczywistością gospodarczą USA i Niemiec występuje jakaś sprzeczność? Nie, ponieważ w skład bilansu handlowego wchodzą też takie pozycje, jak wydatki na turystykę, inwestycje zagraniczne czy inne transfery. Z kolei jak pisze Thomas Woods w przygotowywanej właśnie przez wydawnictwo Fijorr Publishing książce pt. „Kościół a rynek”, cud gospodarczy Korei Południowej i Tajwanu rozpoczął się, gdy zaprzestano polityki wypierania importu.

Po szóste, autor artykułu twierdzi, że „motywem zainteresowania rynków finansowych nie jest bynajmniej silna gospodarka, lecz silny złoty i wysokie stopy procentowe”. Tymczasem oba zjawiska – silna waluta i wysokie stopy procentowe – równocześnie nie mogą występować, ponieważ wzajemnie się wykluczają. Silny pieniądz oznacza niską inflację, a co za tym idzie niskie stopy procentowe. Z kolei wysokie stopy procentowe występują jedynie wtedy, gdy inflacja jest wysoka, czyli pieniądz słaby.

Po siódme Pan Pawlas pisze, że osłabiona waluta „umacnia gospodarkę i obywateli, których siłą są ich zarobki”. To jest totalna bzdura. Słaby pieniądz powoduje, że w porównaniu z innymi krajami zarobione przez nich pieniądze w miejscowej walucie mają mniejszą siłę nabywczą niż pieniądze zarobione przez mieszkańców innych krajów. Oznacza to, że są po prostu biedniejsi i za zarobione pieniądze mogą nabyć mniej towarów, szczególnie z importu, niż wtedy, gdyby miejscowa waluta była silniejsza. Nieprawdziwe jest również stwierdzenie Pana Pawlasa, że „silny złoty to efekt nie siły gospodarki, lecz jej słabości”. Jest dokładnie na odwrót: silna waluta, która występuje w przypadku niedodrukowywania przez bank centralny pustego pieniądza, oznacza silną gospodarkę. Jak pisze prof. Murray Rothbard w książce „Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza”, wynikający z drukowania przez bank centralny „dobrobyt” jest iluzoryczny, a „ekspansja monetarna staje się gigantycznym systemem ukrytego opodatkowania. Podatek zostaje nałożony na grupy ludzi o stałym dochodzie, na grupy oddalone od wydatków i dotacji rządowych oraz na zapobiegliwych ciułaczy (…) Wydawanie pieniędzy i zaciąganie kredytów jest nagradzane, oszczędność zaś i ciężka praca – karane”. Czy to niekorzystne zjawisko jest według Pana Pawlasa sprawiedliwe i umacnia obywateli oraz gospodarkę?

Po ósme, autor artykułu twierdzi, że wprowadzając 19-procentowy podatek od dochodów ludzi samozatrudnionych, uprzywilejowano te grupy ludzi. Jak można tu mówić o uprzywilejowaniu, kiedy większość społeczeństwa też płaci podatek w tej samej skali, nie wyższy? Gdyby dla samozatrudnionych wprowadzono 5-procentowy, 10-procentowy albo chociaż 18-procentowy podatek, to można by mówić o jakimś uprzywilejowaniu, ale w takiej sytuacji jest to po prostu przywrócenie jednakowego opodatkowania dla pewnej części osób, które wcześniej niesprawiedliwie płaciły wyższą stawkę.

Po dziewiąte, Pan Pawlas sugeruje, że w Polsce mamy słabe związki zawodowe. Jak można pisać o słabości związków zawodowych w sytuacji, kiedy panoszy się niekonstytucyjna tzw. komisja trójstronna, związki zawodowe wtrącają się do procesu legislacyjnego, a jeśli mimo to nie wszystko wychodzi po ich myśli, to ruszają na Warszawę ze śrubami, kamieniami i dymiącymi oponami, walcząc w ten sposób o przywileje dla własnej grupy zawodowej kosztem reszty społeczeństwa?

Po dziesiąte, Pan Pawlas twierdzi, że w Polsce mamy niską składkę zdrowotną. Tymczasem to nie składka jest niska, tylko publiczny system ochrony zdrowotnej jest zły (więcej na ten temat w moim komentarzu miesiąca).

Po jedenaste wreszcie, autor artykułu przytacza „skandal, jak to polskie banki sprzedano za 7,2 mld zł, a one w zeszłym roku przyniosły 9,5 mld zł zysku”. Nie będę się sprzeczał z liczbami, bo nie wiem, czy są one prawdziwe, ale załóżmy, że tak. Przede wszystkim nie wiemy, czy przed prywatyzacją państwowe banki nie przynosiłby czasem strat, a przypuszczam, że w niektórych przypadkach mogło tak być. W związku z tym nie można przyrównywać aktualnych wyników finansowych banków do wysokości zapłaty za nie, ale należy wziąć pod uwagę wyniki finansowe, jakie miały te banki przed prywatyzacją. Być może, jeśli nadal byłyby one państwowe, to teraz przynosiłyby straty. Z bankami bowiem sytuacja jest podobna jak z większością bankrutujących państwowych przedsiębiorstw, które po prywatyzacji okazały się być całkiem dochodowym interesem.

Panu Jerzemu Pawlasowi przed pisaniem kolejnych artykułów na tematy gospodarcze polecam najpierw przeczytanie kilku książek, przede wszystkim profesorów ze szkoły austriackiej: Ludwiga von Misesa i Murraya Rothbarda, ale także Frédérica Bastiata czy choćby Thomasa Sowella, a nie powtarzanie socjalistycznych banialuk formułowanych przez związkowe i lewicowe „autorytety” pokroju Ryszarda Bugaja, Zygmunta Wrzodaka czy Daniela Passenta. Bo z krytykowanego artykułu jasno wynika, że autor nie ma większego pojęcia o mechanizmach, jakie funkcjonują w gospodarce rynkowej.

* Niniejsza polemika została opublikowana w miesięczniku „Opcja na Prawo” z maja 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24