Globalizacja to nic strasznego*

Na temat globalizacji napisano już całe tomy. Mimo to istnieje wiele nieporozumień i niedomówień, jeśli chodzi o rozumienie tego zjawiska. Jedni uważają, że globalizacja jest czymś strasznym, powodującym ubóstwo na świecie, inni przeciwnie – że czymś cudownym, powodującym szybszy rozwój gospodarczy i likwidację biedy. Czym w takim razie jest globalizacja i jakie są jej skutki?

Termin „globalizacja” można rozumieć dwojako. Po pierwsze, jest to możliwość wolnego przepływu towarów, kapitałów (inwestycji) i usług, a także kultury i nauki, myśli, informacji, idei w ramach całego świata, co powoduje integrację ludzi i światowej gospodarki. Globalizacja w sensie wolnej wymiany handlowej bez sztucznie tworzonych barier i dobrowolnej współpracy międzynarodowej pomiędzy suwerennymi państwami jest korzystna i to dla każdej ze stron, biorącej w niej udział. Z drugiej strony niektórzy architekci współczesnego świata pod płaszczem różnych międzynarodowych organizacji, takich jak na przykład ONZ, Unia Europejska, a częściowo nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy, próbują te procesy ubierać w ramy prawne, unifikować i regulować na skalę globalną. To drugie znaczenie globalizacji, które wypacza pierwotny jej sens, nie jest zjawiskiem korzystnym dla współczesnego świata. W dalszej części artykułu będę się zajmował globalizacją w pierwszym znaczeniu tego słowa.

Trzeba przede wszystkim zaznaczyć, że globalizacja nie jest bynajmniej zjawiskiem nowym, jak twierdzą niektórzy jej przeciwnicy. Kto wie, czy w XIX wieku, kiedy świat przeżywał rozkwit kapitalizmu i wolnego rynku, nie był on bardziej zglobalizowany. Jak zauważył profesor Leszek Balcerowicz, „świat w latach 1870-1914 był bardziej zglobalizowany niż dziś. Większa była na przykład relatywnie skala międzynarodowej migracji; nie doszliśmy też jeszcze do takiej wolności w handlu międzynarodowym, jaka istniała sto lat temu”. Podobnego zdania jest profesor Aniela Dylus, która w książce „Globalny rynek i jego granice” pisze: „jeśli przez globalizację rozumieć przestrzenne otwarcie się gospodarki, zdobywanie coraz to nowych rynków, ścisłą współzależność stosunków handlowych i międzynarodowe przepływy kapitałowe, to procesy te rzeczywiście toczą się od dawna. Od wieków szukano sposobów przybliżania do celów gospodarczych tego, co odległe: wytyczano lądowe i wodne szlaki handlowe, ulepszano środki transportowe, rozbudowywano sieci dróg żelaznych, zakładano łączność przewodową. (…) dopiero w 1970 roku udział eksportu w produkcji światowej osiągnął poziom z 1913 roku, zaś przepływy kapitałowe netto (…) stanowiły w krajach uprzemysłowionych na przełomie XIX i XX wieku 3-4 proc. produktu krajowego brutto, podczas gdy dziś stanowią 2 proc.”. Rozwojowi światowego handlu przeszkodziły w XX wieku obie wojny światowe. Jak kilka lat temu napisano w „Newsweeku”, „globalizacja na amerykańską modłę ruszyła dopiero po II wojnie światowej. Jeszcze w 1975 r. istniało tylko 7 tys. międzynarodowych koncernów – podczas gdy dziś jest ich ponad 60 tys.”.

Globalizacja rozszerza wolność gospodarczą i wzmaga konkurencję, co powoduje zwiększenie produktywności, a tym samym podnosi standard życia ludzi. Jak pisze w książce „Tajemnica kapitału” peruwiański ekonomista Hernando de Soto, prezes Instytutu Wolności i Demokracji, „każdy skorzysta na globalizacji kapitalizmu wewnątrz kraju, lecz w najoczywistszy sposób najwięcej skorzystają na tym ubodzy”. Także publicysta Rafał Ziemkiewicz uważa, że utrudniony handel międzynarodowy i wysokie cła są jedną z ważniejszych przyczyn biedy krajów Trzeciego Świata. Jego zdaniem „tylko kapitalizm i wolny handel mogłyby dać biedniejszym szansę. W postulowanym przez antyglobalistów świecie pełnym celnych barier i urzędniczej kontroli muszą pozostać biednymi na zawsze”. Otóż to. Na globalizacji najbardziej korzystają kraje ubogie. Państwa bogate mogą zyskać tyle, że staną się bardziej bogate, natomiast kraj ubogi może dzięki globalizacji wyrwać się z ubóstwa i to jest już zmiana gatunkowa, mająca dużo większe znaczenie. Mianowicie chodzi o to, że krajom rozwijającym się globalizacja oferuje to, czego dany kraj nie ma: zagraniczny kapitał i inwestycje, eksportowe rynki zbytu i zaawansowane technologie. Dzięki kontaktom z krajami bogatymi nie tylko zmniejsza się ubóstwo, ale także promowane są prawa człowieka i wolność osobista, następuje demokratyzacja, a także zwykle dochodzi do implementowania wyższych standardów pracy czy ochrony środowiska.

Jak ważny jest handel międzynarodowy dla rozwoju każdego kraju świadczą następujące fakty podane w miesięczniku „Opcja na Prawo”. Stany Zjednoczone, które w teorii są samowystarczalne, aż 30 proc. swojego dochodu narodowego czerpią z handlu zagranicznego. W wypadku Singapuru, Hongkongu i Szwajcarii udział ten sięga od 90 do 70 proc. Także 50 lat funkcjonowania unijnego Wspólnego Rynku przyniosło jego uczestnikom niekwestionowane korzyści.

No bo jeśli granice celne i inne bariery handlowe pomiędzy państwami są czyś dobrym, to dlaczego nie wprowadzić takich granic także pomiędzy poszczególnymi województwami, powiatami, a może nawet i gminami? Wtedy producenci będą chronieni ze wszystkich stron i według myślenia antyglobalistów będziemy jeszcze bogatsi z milionami lokalnych monopoli, które w ten sposób państwo stworzy na swoim terenie. Tak to chyba jednak nie działa. Jest dokładnie na odwrót. Tylko otwarta gospodarka może być bardziej konkurencyjna, a przez to produkować i oferować coraz taniej coraz większy wybór coraz lepszych towarów i usług.

To właśnie niemoralny i nieefektywny protekcjonizm, a nie dobrowolna wymiana handlowa, odpowiedzialny jest za powstawanie konfliktów międzynarodowych i wojen. Kraje, które prowadzą ze sobą ożywioną wymianę handlową, nie są zainteresowane konfliktem zbrojnym, bo zbyt wiele mogą w ten sposób stracić. W ten sposób wolny handel pokojowo łączy narody ze sobą. Swobodna wymiana międzynarodowa, tak samo jak handel wewnątrzkrajowy, jest korzystna dla obu stron, ponieważ gdyby nie była, to nigdy by do tej wymiany nie doszło. Przecież nikt nie zmusza Polaka by kupił produkowaną w Japonii hondę. To jego wolny wybór. I Unia Europejska, utrzymując cła na japońskie samochody, postępuje niemoralnie, wbrew interesowi własnego obywatela, bo pobiera od tego Polaka haracz o postaci cła.

Są kraje na świecie, które doskonale sobie zdają sprawę z faktu, że wolny handel międzynarodowy nie jest grą o sumie zerowej, jak twierdzą antyglobaliści, lecz jest korzystny dla obu stron. Wychodząc z tego założenia, podpisują umowy o wolnym handlu z jak największą liczbą innych państw. Taką politykę prowadzi na przykład Nowa Zelandia, Japonia, Chile, Meksyk czy Peru. Mało tego, niektóre państwa, jeśli nie mogą podpisać takiej umowy, to jednostronnie obniżają lub likwidują cła i bariery pozataryfowe na importowane towary. Politycy tych krajów, w przeciwieństwie do większości polityków unijnych, wiedzą, że utrzymując cła, szkodzą przede wszystkim własnym obywatelom. Dlatego Rosja, utrudniając eksport polskich jabłek czy mięsa, szkodzi przede wszystkim Rosjanom.

A już całkowitym kuriozum jest nakładanie tzw. ceł antydumpingowych przez Stany Zjednoczone czy Unię Europejską. Są to działania wymuszone na politykach przez różnego rodzaju lobby przemysłowe i związkowe, które chce utrzymać wysokie ceny na swoje produkty, szkodząc tym samym swojej gospodarce i konsumentom w danym kraju. Jak podaje w swojej doskonałej książce „Spór o globalizację” Szwed Johan Norberg, z badania dwóch ekonomistów Harvardu na temat wolnego handlu wynika, że istnieje ścisła korelacja pomiędzy wolnym handlem a wzrostem gospodarczym. W krajach, które w latach 1970-89 prowadziły otwartą politykę handlową, wzrost gospodarczy był od 3 do 6 razy wyższy niż w państwach, gdzie prowadzono politykę protekcjonizmu. Na dodatek kraje z polityką protekcjonistyczną były w znacznie większym stopniu narażone na kryzysy finansowe i hiperinflację. Jak pisze Norberg, „wolny handel i mobilność czynią zarówno biednych, jak i bogatych bogatszymi. W przypadku krajów biednych proces ten przebiega jednak dużo szybciej”.

Tymczasem Unia Europejska co prawda tworzy unię celną pomiędzy państwami-członkami, jednak na zewnątrz odgradza się wysokim murem celnym. Na przykład od lat dyskryminuje pod tym względem kraje Ameryki Łacińskiej. A już całkowitym absurdem jest Wspólna Polityka Rolna, która wprowadziła kwoty importowe czy 100-procentowe cła na niektóre towary, jak cukier, mięso czy przetwory mleczne, co skierowane jest przeciwko krajom Trzeciego Świata, gdyż w tej sytuacji ich produkty rolne nie mogą się dostać na rynek unijny. Jak podaje Norberg, obliczono, że każde szwedzkie gospodarstwo domowe zaoszczędziłoby 1450 USD rocznie, gdyby zlikwidowano cła na odzież i zniesiono Wspólną Politykę Rolną! Z kolei francuski ekonomista Patrick Messerlin obliczył, że stosowane przez Unię Europejską cła, kwoty, dotacje i tym podobne środki przynoszą jej stratę na poziomie aż 5-7 proc. PKB.

Co grosza,  państwa członkowskie, w tym Polska, nie mogą samodzielnie prowadzić zewnętrznej polityki handlowej i podpisywać umów wolnohandlowych z krajami trzecimi. Czyżby decydenci z Komisji Europejskiej nie wiedzieli, co to są korzyści komparatywne? Upraszczając, chodzi o to, że nawet jeśli jakiś kraj produkuje wszystko lepiej i taniej od drugiego, to i tak bardziej opłaca mu się skupić na produkcji tego towaru, w którym jego przewaga jest większa, a drugi – importować. Jak słusznie pisze wybitny austriacki ekonomista profesor Ludwig von Mises, „wszyscy byliby dziś bogatsi, gdyby cła protekcyjne nie przegoniły w sztuczny sposób produkcji z lokalizacji korzystniejszych do mniej korzystnych”, bo jego zdaniem „cła protekcyjne mogą osiągnąć tylko jedno: uniemożliwić, by produkcja była prowadzona tam, gdzie warunki naturalne i społeczne są najkorzystniejsze, i sprawić, by zamiast tego prowadzono ją tam, gdzie warunki są po temu gorsze. Skutkiem protekcjonizmu jest więc zawsze zmniejszenie wydajności ludzkiej pracy”.

Mało tego, Unia Europejska, uwikłana w Światową Organizację Handlu, której celem jest stopniowe obniżanie i likwidowanie granic celnych, próbuje w inny sposób „chronić” rodzimych producentów przed „zalewem” tanich towarów z Chin czy Wietnamu. W tym celu ustalane są trudne do realizacji różnorakie normy i standardy, które muszą spełniać produkty importowane, czy systemy licencji i zezwoleń, których otrzymanie wymaga posiadania znacznego kapitału i wysiłku, by wypełnić biurokratyczne wymogi. Tymczasem prawda jest taka, że gdyby istniała wola polityczna, to aby ustanowić cały świat jedną wolną strefą handlową, wystarczyłoby jedno porozumienie likwidujące raz na zawsze wszystkie bariery handlowe. Choćby w ramach Światowej Organizacji Handlu. A nie negocjacje, które trwają niemal od końca drugiej wojny światowej.

Przeciwnicy zagranicznych inwestycji, a w szczególności kapitału spekulacyjnego, mówią, że w sytuacji braku barier będzie on się przemieszczał tam, gdzie może osiągnąć najwyższy zysk. I to jest oczywiście prawda. Pytanie brzmi: co w tym jest złego? Utrzymujmy takie ustawodawstwo, by było ono zawsze korzystne dla obcego kapitału (jak to czyni na przykład Singapur, Hongkong czy choćby Estonia), a nigdy nie będzie od nas uciekał. Będzie u nas zarabiał, a zarobione pieniądze ponownie inwestował w naszym kraju, a my dzięki temu będziemy coraz bogatsi.

Podsumowując dotychczasowe rozważania, należy stwierdzić, że empiryczne przykłady ze współczesnego świata udowadniają, że dzięki globalizacji wszyscy zyskują: zmniejszają się na świecie obszary biedy, jest więcej miejsc pracy, ludzie stają się bogatsi, bardziej respektowane są fundamentalne prawa, jak na przykład prawa człowieka czy prawo własności, a ludzie w mniejszym stopniu są skłonni do popierania konfliktów międzynarodowych. Ponadto dzięki rozwojowi technologicznemu prostsza i szybsza jest wymiana idei, informacji czy osiągnięć naukowo-technicznych, które powodują, że tak zintegrowany świat korzysta na globalizacji nie tylko w sensie ekonomicznym.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 10 miesięcznika „Prawo Europejskie w Praktyce” z 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24