Dlaczego i jak prywatyzować?*

Pojawiają się głosy, że przy prywatyzacji takich firm jak PKO BP czy PZU Ministerstwo Skarbu Państwa wyceniło akcje tych przedsiębiorstw poniżej ich rzeczywistej wartości rynkowej. Nawet jeśli to prawda, to jakie są konsekwencje takiego działania? Czy z punktu widzenia przeciętnego Polaka to dobrze czy źle? Co zrobić, aby uniknąć takich sytuacji przy kolejnych prywatyzacjach?

Z jednej strony Minister Skarbu powinien dbać o interes swojego pracodawcy czyli Ministerstwa Skarbu i III RP, jaka by ona nie była. Jednak biurokrata nie jest w stanie arbitralnie ustalić dokładnej rynkowej ceny równowagi (nawet jeśli bardzo być chciał), bo nie wiadomo dokładnie jaki jest popyt na dane akcje prywatyzowanego przedsiębiorstwa, a to właśnie od popytu zależy cena rynkowa, a nie od wartości czy wyceny danej firmy. Z drugiej strony im niższa cena zostanie ustalona tym lepiej, ponieważ im mniej zarobi Skarb Państwa tym mniej pieniędzy zmarnuje się w trybach państwowej machiny urzędniczej, więcej pieniędzy zostanie zainwestowanych przez prywatnych inwestorów, a podatnicy i tak z tego nic nie mają. Natomiast gdyby nie ustalano niższej ceny sprzedaży, niż ich wartość rynkowa, to istniałoby zagrożenie, że nikt nie byłby zainteresowany prywatyzacją i spółka nadal pozostałaby państwową. Wtedy podatnicy straciliby dużo więcej, bo musieliby nadal dotować nierentowną państwową firmę. Dla przykładu w latach 1999-2003 całkowita wartość publicznej pomocy dla przedsiębiorstw państwowych wyniosła prawie 67 mld zł. Dotyczy to głównie takich branż jak górnictwo węgla, hutnictwo żelaza i stali, stocznie, PKP. Pomoc ta polegała głównie na dotacjach i ulgach podatkowych – w 2003 roku – prawie 75%, a ponadto na: subsydiach kapitałowo-inwestycyjnych, kredytach i pożyczkach preferencyjnych, odraczaniu i rozkładaniu na raty spłat kredytów, poręczeniach i gwarancjach kredytowych. Dodatkowym mankamentem pomocy publicznej jest to, że przy jej ustalaniu i wydawaniu istnieje ogromne pole do nadużyć, co skrupulatnie wykorzystują urzędnicy i politycy, aby nielegalnie się wzbogacić.

Tymczasem faktem bezspornym jest, że

prywatyzacja zawsze jest sukcesem,

bo niewydolne publiczne przedsiębiorstwa przestają obciążać podatników i znika problem korupcji, który nierozerwalnie związany jest z każdym państwowym majątkiem. Ludzie władzy i ich znajomi tracą szansę i możliwości na zdobywanie lewych pieniędzy poprzez układy polityczne. Sprywatyzowana spółka może wreszcie rozpocząć sensowną restrukturyzację i zacząć się rozwijać: obniża koszty własne, dzięki czemu taniej może sprzedawać swoje produkty; zwiększa inwestycje, dzięki którym może zaproponować klientom wiele nowych produktów, które są lepszej jakości od tych oferowanych przez państwowego mastodonta. Fakty są następujące [za: Bałtowski M., Przedsiębiorstwa sprywatyzowane w gospodarce polskiej, Warszawa 2002]:

-         większość sprywatyzowanych polskich firm zamiast strat zaczęła przynosić zyski (ujemna rentowność zamieniła się na dodatnią);

-         średnia wydajność pracy wzrosła o 94%;

-         przeciętne wynagrodzenie po prywatyzacji wzrosło o 11%;

-         znacznie zwiększył się udział sprywatyzowanych firm w rynku (o 48%) i poziom ich eksportu (o 40%), co świadczy o rozwoju tych firm;

-         skokowo wzrosła innowacyjność, ilość nowych technologii (o 90%) i nowych produktów (o 80%);

-         jakość produktów polepszyła się o 80%;

-         skokowo unowocześniono parki maszynowe;

-         mocno wzrosły nakłady inwestycyjne – znacznie powyżej amortyzacji – 57%, podczas gdy przed prywatyzacją 0% z nich miało znaczne nakłady powyżej amortyzacji.

Na prywatyzacji zyskują wszyscy:

-         sprywatyzowana firma, bo zaczyna się rozwijać i przynosić zyski;

-         pracownicy, ponieważ więcej zarabiają;

-         konsumenci, ponieważ mają większy wybór lepszych produktów po niższych cenach;

-         podatnicy, ponieważ nie muszą już dotować nierentownego przedsiębiorstwa;

-         Skarb Państwa, ponieważ otrzymuje podatki od sprywatyzowanej firmy;

-         samo państwo, ponieważ znika niebezpieczeństwo korupcji, co przywraca do niego zaufanie.

Jeśli na prywatyzacji wszyscy zyskują, to dlaczego w Polsce po 16 latach od rozpoczęcia przemian wolnorynkowych nadal jest tak dużo podmiotów państwowych? A może jest jednak ktoś,

kto traci na prywatyzacji?

Tracą przede wszystkim politycy, ponieważ nie mogą już bezpośrednio wpływać zarówno na wybór zarządu jak i na decyzje podejmowane przez ten zarząd w spółce prywatnej. A przez to tracą możliwość obsadzania swoimi ludźmi kluczowych, intratnych stanowisk w firmie (chociaż przy niemal 20% bezrobociu, do jakiego doprowadziły lewicowe rządy, nawet najniższe stanowisko pracy jest na wagę złota) oraz uzyskania nielegalnych przychodów tak jak to zwykle bywa – poprzez ustawione transakcje z państwową firmą, które są dla niej niekorzystne. To nie przypadek, że pod rządami lewicy tak bardzo została spowolniona prywatyzacja państwowych przedsiębiorstw. Dla porównania za 4-letnich rządów AWS przychody z prywatyzacji majątku państwowego wyniosły prawie 50 mld zł a za rządów SLD – niecałe 20 mld zł; nastąpił spadek tych przychodów aż o 60%. Natomiast biorąc pod uwagę liczbę sprywatyzowanych firm, podczas trzech pierwszych lat rządów AWS sprywatyzowano 700 podmiotów, a w ciągu trzech pierwszych lat rządów SLD – 179; spadek o ponad 74%. Rząd Leszka Millera nie realizował nawet swoich skąpych założeń prywatyzacyjnych: na przykład w 2002 roku planowano sprywatyzować majątek za 6,6 mld zł, a sprywatyzowano za 2,2 mld zł, czyli 33% zakładanego. W 2003 roku było trochę lepiej, ale nadal tragicznie – plan prywatyzacyjny wykonano zaledwie w 48%.

Na prywatyzacji tracą również związki zawodowe. W prywatnych firmach mają mniejszą siłę przebicia, a mogą nawet zostać rozwiązane. Zwykle muszą pogodzić się z racjonalną koniecznością redukcji zatrudnienia, które w państwowych przedsiębiorstwach zawsze jest nadmierne. Na marginesie: zszokowało mnie stwierdzenie pewnego byłego szefa jednego ze związków zawodowych, który powiedział: „My walczymy o utrzymanie i o tworzenie nowych miejsc pracy dla NASZYCH ludzi. I jeśli nam się to uda to będzie NASZA zasługa.” Kompletnie nie interesuje go fakt, że przez to w innych branżach, a może w innych województwach, pracę straci o wiele więcej osób niż zostanie utrzymanych względnie stworzonych przez jego związek zawodowy. To tylko potwierdza jak bardzo destruktywna jest działalność związków zawodowych w skali gospodarki całego kraju.

Czy ktoś jeszcze straci na prywatyzacji? Tak, mogą stracić pracownicy nierentownych i równocześnie dotowanych przez państwo branż. Dlatego na przykład górnicy boją się prywatyzacji. W referendum organizowanym przez związki zawodowe (już samo referendum jest patologicznym kuriozum, ponieważ tylko i wyłącznie właściciel, czyli Skarb Państwa, a nie kto inny, powinien decydować, co zrobić ze swoim majątkiem) aż ponad 97% górników opowiedziało się przeciwko prywatyzacji kopalń węgla kamiennego. Przyczyna sprzeciwu jest jasna: nie chcą utracić branżowych przywilejów, górniczych uprawnień, wysokich wynagrodzeń niezależnie od wyników finansowych spółki węglowej, co gwarantuje mi status quo. Boją się dostosowywać do warunków rynkowych, ponieważ to zakończy państwową opiekę polegającą na ciągłych dotacjach z pieniędzy podatników. Chociaż jest duża szansa, że prywatna kopalnia i bez państwowych dotacji przynosiłaby zyski, a płace górników nie zostałyby zmniejszone. Tymczasem jak podała Najwyższa Izba Kontroli w 2003 roku na restrukturyzację sektora górnictwa węgla wydano prawie 17,5 mld zł tj. ponad 61% całej pomocy publicznej. To więcej niż planowane wydatki budżetu Polski na szkolnictwo wyższe i wymiar sprawiedliwości razem wzięte w 2005 roku (16,6 mld zł). To jest prawie dwa razy więcej niż całkowite wydatki budżetowe na bezpieczeństwo publiczne i ochronę przeciwpożarową w 2005 roku (9 mld zł). Dla górników sytuacja, kiedy całe społeczeństwo płaci na ich utrzymanie jest bardzo wygodna, ale niestety nie jest to korzystne dla reszty społeczeństwa.

Podobnie sprawy się mają w przypadku państwowej służby zdrowia, która jest potwornie zadłużona. Za oddłużeniem szpitali opowiada się większość partii, także te uznawane za prawicowe, jak na przykład Prawo i Sprawiedliwość. Tymczasem największym problemem nie są długi szpitali, ale cały system publicznej służby zdrowia. Po ewentualnym oddłużeniu przez państwo za pieniądze z podatków, państwowy, niewydolny system zadłuży się na nowo – i tak w nieskończoność będzie obciążał podatników. W 1998 roku całemu polskiemu sektorowi ochrony zdrowia darowano długi w wysokości 7 mld zł, a mimo to w 2005 roku łączne długi polskich szpitali publicznych wynoszą około 10 mld zł; niektórzy twierdzą, że nawet 15 mld zł. W związku z tym większość partii proponuje podniesienie, już i tak wysokiej, składki na opiekę zdrowotną. Tymczasem to nie rozwiąże problemu. Głównymi przyczynami długów szpitali nie jest zbyt niski poziom ich finansowania. Roczny budżet polskiej służby zdrowia zamyka się gigantyczną sumą około 30 mld zł, co w przeliczeniu na jednego pacjenta wynosi ponad 4,5 tys. zł. Przyczynami zadłużenia szpitali jest, tak jak to bywa w każdym państwowym podmiocie: niegospodarność, korupcja i nadmierna biurokracja. Aktualne zadłużenie zdecydowanej większości szpitali osiągnęło poziom, który wkrótce uniemożliwi im leczenie pacjentów. Gdyby to były prywatne spółki prawa handlowego, to musiałyby dawno zbankrutować, a nie pogrążać się dalej w marazmie, a przy okazji obciążać podatników. Tę lukę w rynku szybko wypełniłyby spółki bardziej wydajne i efektywne. Dlatego jedynym rozwiązaniem jest prywatyzacja służby zdrowia, która, aby była efektywna i skuteczna, musi działać na zasadach wolnorynkowych. Za usługi zdrowotne musi być pobierana cena rynkowa. Wtedy zniknie problem jakichkolwiek długów, a konkurencja na wolnym rynku usług medycznych spowoduje, że pacjenci otrzymają znacznie wyższy poziom tych usług. Polską służbę zdrowia może wyleczyć tylko doktor Rynek.

A co robią politycy, kiedy większość państwowego majątku jest sprywatyzowana i możliwości korupcyjne zmniejszone do minimum? Wtedy zwiększają ilość wszelkich

regulacji i kontroli,

ponieważ wówczas również mają szerokie pole do popisu przy przyjmowaniu łapówek. Na przykład od 1997 do 2003 roku zwiększono ilość instytucji państwowych kontrolujących przedsiębiorców z 29 do 40, czyli o 38%. Ponadto politycy tworzą nowe fundusze państwowe, aby mieć nowe możliwości łapówkarstwa i nepotyzmu. W ustawie budżetowej na 2005 rok zaplanowano utworzenie 13 nowych funduszy celowych takich, jak na przykład: Fundusz Zajęć Sportowo-Rekreacyjnych dla Uczniów, Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej, Fundusz Nauki i Technologii Polskiej, Fundusz-Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców, Fundusz Promocji Kultury, Fundusz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy, Fundusz Modernizacji Bezpieczeństwa Publicznego, Fundusz Skarbu Państwa, na które zostanie ogółem wydanych prawie 3 mld zł. Tymczasem pamiętajmy, że mimo stałych spłat długu publicznego Polski – on cały czas rośnie. W ciągu ostatnich pięciu lat niemal się podwoił. W 2005 roku z budżetu państwa zostanie wydanych 26,7 mld zł na samą obsługę długu publicznego, czyli prawie 13% całości wydatków budżetowych. W 2005 roku każdy obywatel polski ma do spłacenia prawie 14 tys. zł z tytułu państwowego długu publicznego.

Z powyższych powodów należy zlikwidować jakiekolwiek możliwości interwencji państwa na wolnym rynku w jakiejkolwiek postaci. Bo to właśnie styk między biznesem a państwową biurokracją jest najbardziej korupcjogenny. Wolny rynek sam sobie poradzi o wiele lepiej bez ingerencji państwowych planistów i chciwych biurokratów. Najgorsze firmy upadną, a najlepsze będą się szybciej rozwijać budując dobrobyt społeczeństwa. Tymczasem państwowa interwencja polega zwykle na tym, że pomaga najgorszym firmom (ratując je od zasłużonego bankructwa) za pieniądze najlepszych, bo płacących podatki, spółek hamując w ten sposób rozwój gospodarczy. Dopóki politycy będę działali w ten sposób, to zawsze będzie istniała wszechobecna bieda i ogólny niedostatek.

Wracając do prywatyzacji – jak w takim razie powinna być ona przeprowadzona, aby nie było sytuacji korupcjogennych i nikt nie mógł zostać posądzony o łapówkarstwo? Jest to możliwe tylko poprzez

licytację na publicznym przetargu.

Wygra ten, kto zaoferuje najwyższą stawkę. Wtedy to rynek a nie urzędnik będzie decydował o tym, komu sprzedać państwowe przedsiębiorstwo. Zostanie ustalona autentyczna cena rynkowa przez sam wolny rynek, tak jak ma to miejsce na aukcjach internetowych typu allegro czy e-bay. Jest to cena najuczciwsza i najbardziej sprawiedliwa. Ponadto państwo nie powinno stawiać uczestnikom przetargu jakichkolwiek warunków (poza niską ceną wywoławczą, na przykład 10% wartości księgowej przedsiębiorstwa, i niskim wadium), bo to może ograniczyć grono kupujących i odpowiednią konkurencję podczas licytacji, jak również spowodować oskarżenia urzędników o korupcję. W przeciwnym wypadku nadal będziemy ciągle i zewsząd słyszeli o niekończących się aferach politycznych i urzędniczych skandalach łapówkarskich.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 15 „Najwyższego CZASu!” z 2005 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24