Biednemu wiatr w oczy*

 

Kiedy w 2010 roku Grzegorz Szałowski z Warszawy usłyszał o programie Rodzina na swoim, wydał mu się on dość atrakcyjny. Wystarczyło mieć zawarty związek małżeński i zdolność kredytową…

 

W Sokołowie Podlaskim Szałowski wziął ślub z kobietą, z którą żył od 6 lat. Od pracodawców zarówno on, jak i jego żona otrzymali promesy do banku. Od razu zaczęli rozglądać się za wymarzonym wspólnym mieszkaniem. Ofert na rynku było dużo, ale mieszkań ładnych brakowało, albo były wykupywane bardzo szybko. Ceny za metr znacznie się różniły: w Warszawie było to około 7000 zł brutto, a pod miastem – około 5000 zł brutto. – Okazało się, że aby kupić fajne mieszkanie, trzeba było kupić tak zwaną dziurę w ziemi, czyli inwestycję, która dopiero się zaczynała – mówi „Najwyższemu Czasowi!” Szałowski. Po mozolnych poszukiwaniach małżeństwo zainteresowało się inwestycją w Markach pod Warszawą. Mieszkanie kosztowało 4700 zł/mkw brutto. Budowę prowadziła jedna z warszawskich spółdzielni, która zrealizowała już na tym osiedlu kilka inwestycji i była w trakcie kończenia jednej z nich. W dalszej kolejności miała rozpocząć budowę przedmiotowych trzech budynków (w sumie 94 lokale) z garażem podziemnym. Koniec inwestycji planowano na październik 2011 roku. – Razem z żoną bardzo się ucieszyliśmy, gdyż słyszało się wiele o nieuczciwych deweloperach – opowiada Szałowski. – Zarezerwowaliśmy fajne mieszkanie z dwoma balkonami – dodaje.

 

Pierwsze problemy

 

Po uzyskaniu kredytu mieszkaniowego, w czerwcu 2010 roku rodzina Szałowskich podpisała umowę na wybudowanie lokalu na kwotę ok. 4700 zł/mkw. brutto. 58-metrowe mieszkanie kosztowało w sumie 301 755 zł. Czynsz miał być o wiele niższy niż w Warszawie. – Byliśmy naprawdę szczęśliwi, planowaliśmy trójkę dzieci i wykończenie, gdy 4 stycznia 2011 roku dostaliśmy pismo – opowiada Grzegorz Szałowski. Był to pierwszy aneks, który mówił o zmianie terminu zasiedlenia na I/II kwartał 2012 roku. Rzekomym powodem opóźnienia była konieczność wymiany gruntu pod budynkiem. – Mimo wpłaconego już przez nasz bank 80 procent ceny i 20 tys. zł mojego wkładu budowlanego, co w sumie dawało około 241 tys. zł, nie martwiliśmy się, ponieważ 6-miesięczne opóźnienie przy takich inwestycjach zdarza się – mówi Szałowski.

W maju 2011 roku warszawiak dostał informację od kolegi z pracy, który kupił mieszkanie w poprzedniej inwestycji przedmiotowej spółdzielni, że ma ona kłopoty finansowe, ponieważ równocześnie prowadziła trzy inwestycje. – Zrozumiałem, że zostałem oszukany przez spółdzielnię, ponieważ podczas podpisywania umowy nie informowała mnie o inwestycji w Warszawie, z którą był problem – mówi Szałowski. Pan Grzegorz był natomiast zapewniany, że wszystko jest w porządku i spółdzielnia nie przewiduje żadnych dopłat, tym bardziej że cena była dość wysoka jak na Marki. – Byłem przerażony, bo na budowie nic się nie działo poza wylaniem fundamentów pod garaż. Nie chciałem informować o tym mojej żony, gdyż była w piątym miesiącu ciąży, a od spółdzielni nie mogłem uzyskać żadnych informacji – opowiada. Szałowski zaczął zasięgać języka od ludzi pracujących w spółdzielni i na budowie, a także ludzi mieszkających już na tym osiedlu. Dowiedział się, że spółdzielni grozi upadłość, zwalnia budowlańców, bo nie mają za co budować, a ludzie z poprzedniej inwestycji mają duże dopłaty. Okazało się potem, że wkłady ludzi z najnowszej inwestycji spółdzielni zamiast na budowę ich domów, zostały „pożyczone” na inne zobowiązania spółdzielni.

W grudniu 2011 roku Szałowski postanowił wypowiedzieć umowę spółdzielni. Jednak po konsultacjach z prawnikiem doszedł do wniosku, że byłoby to najgorsze rozwiązanie, ponieważ w umowie są niekorzystne dla kupującego klauzule. Mówiły one o tym, że nabywca mieszkania w razie rezygnacji musi znaleźć nabywcę na swój lokal, a pieniądze spółdzielnia może zacząć oddawać dopiero po trzech miesiącach od dnia wypowiedzenia. Nie było natomiast skonkretyzowane, do kiedy w ratach spółdzielnia odda całość. W razie upadku można było stracić cały wkład. – W razie upadłości zostałbym bez mieszkania i pieniędzy z kredytem na 281 tys. zł. Oczywiście to moja wina, że podpisałem taką umowę, lecz nic wtedy nie wskazywało na jeszcze większe kłopoty, a czas naglił – przyznaje pan Grzegorz.

 

Konieczne dopłaty

 

24 stycznia 2012 roku spółdzielnia poinformowała, że podjęto uchwałę o przesunięciu zasiedlenia budowanych bloków na III kwartał 2012 roku. Jednocześnie podano do wiadomości, że na budowę niesprzedanych mieszkań spółdzielnia zaciągnęła kredyt. Jednak niesprzedanych mieszkań było 29, a spółdzielnia wzięła kredyt na 40. – Dalej nic nie mogłem się dowiedzieć od spółdzielni, wszystko było robione w tajemnicy przed członkami – mówi pan Grzegorz. Dopiero po 10 miesiącach przyszła mailowa wiadomość od spółdzielni zawiadamiająca o spotkaniu 18 grudnia 2012 roku. Okazało się, że jedna z osób w zarządzie spółdzielni jest z polecenia członka rady nadzorczej, a nie powinna pełnić tej funkcji, gdyż nie miała wkładu budowlanego, który był konieczny zgodnie ze statutem spółdzielni. Prezes oznajmił, że od stycznia 2013 roku będą wydawane klucze, a potem planuje dopłaty. Kupujący mieszkania byli niezadowoleni, a zarząd wypowiadał się z ignorancją. Jak twierdzi Szałowski, tak naprawdę w radzie nadzorczej rządziła jedna osoba, której wszyscy słuchali, a która ma kilka mieszkań z ostatnich inwestycji oraz znajomych i bliskich w spółdzielni.

23 stycznia 2013 roku pan Grzegorz dostał zawiadomienie, że będą konieczne dopłaty. Metr mieszkania ma kosztować 5539 zł brutto, a Szałowski w sumie ma dopłacić 44 306 zł. Zaznaczono, że dopłata może jeszcze wzrosnąć o 1 procent. Równocześnie poinformowano, że klucze do lokalu w celu wykonania prac wykończeniowych będzie można odebrać już w lutym, ale pod warunkiem wniesienia dopłaty. – Postanowiliśmy z grupą innych mieszańców działać razem – opowiada Szałowski. – Domagaliśmy się wglądu do zbiorczego zestawienia kosztów. Zaczęliśmy pisać do spółdzielni pisma, na które zarząd i tak nie odpowiadał – wspomina. Jak twierdzi, do czerwca 2013 roku wpłynęło ponad 3000 pism, a spółdzielnia odpowiedziała tylko na 300. Z braku odpowiedzi ze strony spółdzielni niedoszli mieszkańcy zaczęli kierować pisma o pomoc do różnych instytucji państwowych i posłów. Instytucje te i posłowie zaczęli z kolei pisać do spółdzielni, a ta albo w ogóle nie reagowała, albo informowała, że wszystko jest w porządku, a jej członkowie nie mają racji i są grupką krzykaczy.

W lutym 2013 roku spółdzielnia nie udostępniła Szałowskiemu kluczy, bo nie zapłacił dopłaty. W efekcie musiał zrezygnować z dotychczas wynajmowanego w Warszawie lokalu i wrócił mieszkać do matki, a żona z dzieckiem do swojej rodziny w Sokołowie Podlaskim. Wtedy wyszło na jaw kilka ciekawych spraw. Okazało się – opowiada pan Grzegorz – że prezes spółdzielni podpisał kilka umów na sprzedaż mieszkań w tych samych budowanych blokach z ceną sztywną (bez możliwości wymuszenia dopłat) w wysokości 4700 zł/mkw. brutto, a nawet były umowy z ceną poniżej 4000 zł brutto. Wyszło też na jaw, że koszt wykopu pod blokami został przekroczony o 240 procent, za wykup gruntu pod blokiem zapłacono 1,7 mln zł, mimo że jest to wieczyste użytkowanie, a za stal wartą 800 tys. zł zapłacono prawie za 2 mln zł.

 

Brak rozliczenia i mieszkania

 

Nadal nie było ostatecznego rozliczenia inwestycji. – Spółdzielnia, zmuszając nas do bezpodstawnych dopłat, opóźniała oddanie budynku do użytkowania, ale spowodowało to, że ludzie zaczęli wpłacać, bo nie mieli gdzie mieszkać, a równocześnie byli nękani przez swoje banki – opowiada Szałowski. W końcu w czerwcu 2013 roku walne zgromadzenie spółdzielni podjęło uchwałę o przekazaniu kluczy. Kiedy niedoszli mieszkańcy zgłosili się po klucze, prezes stwierdził, że kluczy jednak nie wyda, bo najpierw prawnik musi sprawdzić uchwałę, a następnie rada nadzorcza musi wyrazić zgodę. 4 sierpnia 2013 roku Szałowski dostał pismo, że uchwała o przekazaniu kluczy została zaskarżona i zażądano wstrzymania realizacji uchwały do czasu rozstrzygnięcia przez sąd okręgowy. – Dostałem informację, że uchwała została zaskarżona przez osobę z Kabat, gdzie pan prezes mieszka – mówi pan Grzegorz. – Wnioski można wyciągnąć samemu – sugeruje.

Mieszkańcy dotarli do operatu szacunkowego sporządzonego w czerwcu 2012 roku przez rzeczoznawcę majątkowego Ośrodka Rzeczoznawstwa i Techniki Budowlanej Oddziału Warszawskiego Polskiego Związku Inżynierów i Techniki Budowlanej. Dokument określił realne koszty wybudowania przedmiotowych bloków na poziomie 4592 zł/mkw. brutto. – 5 września 2013 roku złożyłem razem z kolegą kolejne pismo dotyczące wezwania do wydania kluczy w związku z moim wywiązaniem się ze wstępnych kosztów budowy, przy jednoczesnym braku ostatecznego rozliczenia – mówi Szałowski. Spółdzielnia odpowiedziała drogą mailową, że na złożony wniosek o przygotowanie rozliczenia z kwietnia 2013 roku zostały przygotowane kopie faktur, a ich koszt wynosi… 10 440 zł i że po dokonaniu wpłaty zostanie umówiony termin wydania kopii rozliczenia. Według spółdzielni koszt jest tak wysoki, gdyż po złożeniu wniosku rada nadzorcza uchwaliła podwyższenie stawek za przygotowanie dokumentów do 5 zł netto za dokument. – W związku z informacjami o fałszowaniu faktur oraz w obawie przed oszustwem i tym, że chcą nam przedstawić faktury niedotyczące naszej inwestycji, zażądaliśmy spisu faktur – mówi pan Grzegorz. – Odmówili, zasłaniając się ochroną danych osobowych, stwierdzając, że muszą poradzić się prawnika – dodaje.

20 września 2013 roku Szałowski otrzymał pismo informujące, że zarząd podjął uchwałę zatwierdzającą rozliczenie kosztów realizacji inwestycji. Ostateczna cena budowy wyniosła 5600 zł/mkw. brutto. Równocześnie w piśmie zażądano, by pan Grzegorz do 7 października 2013 roku dopłacił 48 516 zł oraz poinformowano, że po tym terminie będą naliczane odsetki. 27 września 2013 roku Szałowski dostał postanowienie z prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie nieprawidłowości w spółdzielni. – Pogodziłem się z faktem bezprawia w naszym kraju, który zrobił się eldoradem dla cwaniaków – mówi pan Grzegorz. – Marzenia dotyczące wymarzonego własnego mieszkania odeszły w zapomnienie – dodaje. – Najbardziej brakuje mi syna i żony, których widuję co dwa tygodnie – zaznacza. Spółdzielnia postanowiła, że mimo zaskarżenia uchwały dotyczącej rozliczenia inwestycji nie wyda kluczy Szałowskiemu i będzie mu naliczała czynsz od 1 listopada 2013 roku, a czynsz jest o 30 procent wyższy niż w innych inwestycjach na tym osiedlu. – Niedawno oglądałem wypowiedź polityka, który twierdził, że wszystkie założenia prorodzinne zostały spełnione. Miał chyba na myśli swoją rodzinę – mówi Szałowski. – Tak często kończy się w Polsce droga przez ból i cierpienie do wymarzonego mieszkania i założenia rodziny – dodaje z żalem.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 44-45 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24