Bernanke – człowiek, który zrobił kryzys*

Kim jest człowiek, który w sytuacji wystąpienia poważnego kryzysu finansowego w Stanach Zjednoczonych dolewa oliwy do ognia, decydując się najpierw na plan Paulsona, a potem na obniżkę stóp procentowych przez Amerykańską Rezerwę Federalną?

8 października sześć banków centralnych: Europejski Bank Centralny, amerykańska Rezerwa Federalna Fed, Bank of England oraz banki centralne Kanady, Szwajcarii i Szwecji zdecydowały się na obniżkę stóp procentowych o 50 punktów bazowych. Dzień później za nimi poszły dalekowschodnie banki centralne: Korei Południowej, Tajwanu i Hongkongu. Aktualnie ustalona przez Fed stopa oprocentowania kredytów w USA wynosi 1,5 proc., a depozytów – 3,5 proc. A przecież właśnie niski poziom stop procentowych był jedną z ważniejszych przyczyn całego kryzysu finansowego w Stanach Zjednoczonych. W sytuacji kryzysu dalsze obniżanie stóp procentowych oznacza gaszenie pożaru poprzez ciągłe dokładanie suchych gałęzi. W ten sposób osiągnie się wynik przeciwny do oczekiwanego. Zamiast wstrzymywać nakręconą akcję kredytową, która doprowadziła do kryzysu, Ben Bernanke, prezes amerykańskiej Rezerwy Federalnej – Fedu, robi wszystko, by banki jeszcze chętniej udzielały kredytów.

Tymczasem słynny amerykański inwestor Jim Rogers, w odpowiedzi na uchwalenie planu Paulsona, powtarza, że wszystkim mającym kłopoty instytucjom finansowym należy pozwolić zbankrutować i dopiero wtedy rozpocząć odbudowę systemu finansowego. Jego zdaniem w chwili obecnej politycy w ogóle nie powinni ingerować w gospodarkę, skoro już tak ją popsuli, a obecne próby ratowania sytuacji przez zalanie rynków pieniędzmi doprowadzą jedynie do pogorszenia sytuacji, gwałtownego wzrostu inflacji i nie zapobiegną znacznemu spowolnieniu gospodarczemu.

Ocena tego, co zdarzyło się w ostatnim czasie w Stanach Zjednoczonych jest bardzo surowa. Mateusz Machaj, doktorant Zakładu Ogólnej Teorii Ekonomii na Uniwersytecie Wrocławskim oraz założyciel Instytutu Misesa, uważa, że Stany Zjednoczone w sposób niebezpieczny zmieniają się w faszystowskie państwo i jego zdaniem nie ma w tych mocnych słowach przesady. – Można powiedzieć bez oporów, że działanie mechanizmu rynkowego w Stanach Zjednoczonych zostało oficjalnie zawieszone – mówi Machaj dla „Najwyższego CZAS-u”. – Pozostając w posiadaniu tych papierów, Bernanke będzie mógł de facto handlować używanymi domami, samochodami i wszelkimi zobowiązaniami z tytułu udzielania kredytów. Wszystkie te korporacjonistyczne interwencje, które narastają od końca 2007 roku i które chyba niestety będą dalej narastały, nie będą w stanie rozwiązać głębokich strukturalnych problemów tego regulowanego kapitalizmu. Zamiast tego będą przeciągać nieuniknioną korektę, a rachunek za to zostanie wystawiony podatnikowi – dodaje założyciel Instytutu Misesa.

Kim jest Ben Bernanke? Urodzony w 1953 roku w stanie Georgia Bernanke jest z pochodzenia Żydem. Jego drugie imię brzmi Shalom. Jak się okazuje jest on produktem systemu, gdyż związany jest z najbardziej prestiżowymi uczelniami Ameryki. W 1975 roku z wyróżnieniem ukończył Uniwersytet Harvarda, a w 1979 roku otrzymał tytuł doktora na Massachusetts Institute of Technology. Następnie w latach 1979-85 wykładał na Uniwersytecie Stanforda, by w kolejnych latach, już z tytułem profesora, wykładać na Uniwersytecie Nowojorskim i na Uniwersytecie Princeston.

Jako przeciwnik deflacji, Ben Shalom Bernanke uważał, że państwo zawsze może uniknąć tego niekorzystnego, jego zdaniem, zjawiska poprzez drukowanie pustego pieniądza. Mówił nawet, że należy stosować Friedmanowskie „helikopterowe zrzuty” pieniędzy, aby w ten sposób walczyć z deflacją. Krytycy nazwali go nawet Helikopterowy Ben. Jak się okazuje, nie jest Bernanke bynajmniej zwolennikiem silnego pieniądza. Mianowicie stwierdził kiedyś, iż „ludzie wiedzą, że inflacja zmniejsza realną wartość długów państwa, dlatego w interesie rządu jest to, by sam wywoływał inflację”. Dystansował się także od wolnorynkowych poglądów swojego poprzednika Alana Greenspana, wieloletniego prezesa Rezerwy Federalnej w latach 1987-2006. Bernenkemu nie podobało się ani to, że prezydent Bill Clinton próbował obniżyć deficyt budżetowy, ani redukcje podatkowe aktualnego prezydenta Jerzego Busha. Ron Paul, niedoszły republikański kandydat na prezydenta, ostro krytykował Bernankego za ciągłe obniżanie stóp procentowych, co zwiększa inflację i powoduje niepotrzebny wzrost podaży pieniądza, a w rezultacie prowadzi do zjawiska nazwanego przez Paula „podatkiem inflacyjnym”.

Mimo krytykowania niektórych posunięć Jerzego Busha, w październiku 2005 roku prezydent powołał Bena Bernanke na prezesa Rezerwy Federalnej, które to stanowisko objął on 1 lutego 2006 roku. Co do tej pory, piastując tę kluczową dla amerykańskiej gospodarki funkcję, zrobił Bernanke? Otóż, jak przypomina Machaj, w ciągu ostatniego roku rozszerzył zakres akceptowanych pod zastaw papierów i wachlarz klientów, którym udziela pożyczek. W sumie będzie to astronomiczna kwota 900 miliardów dolarów. – Kiedyś uznawano, że bank centralny udziela pożyczek bankom komercyjnym pod zastaw mało ryzykownych papierów, czyli obligacji państwa – mówi dla „Najwyższego CZAS-u!” Machaj. – Teraz nie są to już tylko banki, ale także banki inwestycyjne, a ostatnio w nowy program zostały włączone kolejne spółki. Papierami pod zastaw nie są już tylko obligacje, ale aktywa związane z rynkiem nieruchomości, rynkiem kart kredytowych, rynkiem kredytów samochodowych i studenckich. Fed niczym centralny planista zaczyna w ten sposób odgórnie sterować systemem cenowym na rynku kapitałowym. Dodatkowo Henryk Paulson, amerykański sekretarz skarbu, wyda 700 miliardów dolarów podatnika, aby te aktywa skupować, a potem ma nimi zarządzać agencja federalna – dodaje Machaj.

Jak na razie ani uchwalenie przez amerykański Kongres tzw. planu Paulsona, ani ostatnia decyzja Fedu o stworzeniu mechanizmu skupowania pod zastaw krótkoterminowych (do trzech miesięcy) papierów dłużnych emitowanych przez firmy nie zdołała odbudować rozchwianego zaufania inwestorów. Jak twierdzi Jim Rogers, zarówno Ben Bernanke, szef Fedu, jak i Henry Paulson, minister skarbu, nie mają pojęcia, co potrzeba rynkowi i wykonują kolejne błędne posunięcia. W międzyczasie ujawniono, że plan ratunkowy to nie 700 mld US$, lecz ponad bilion dolarów, a jak informuje „Rzeczpospolita”, Międzynarodowy Fundusz Walutowy już teraz uważa, że koszty, jakie poniosą Amerykanie, to co najmniej 1,4 bln US$.

Od uchwalenia planu Paulsona, który miał być wybawieniem dla amerykańskiej gospodarki i był tak mocno popierany przez Bena Bernanke, nowojorska giełda niemal cały czas leci w dół. I to mimo faktu, że amerykańskie indeksy i tak znajdują się już na najniższym od ponad 5 lat poziomie, a przez ostatnie 12 miesięcy indeks Dow Jones stracił 40 proc. Nie ma się co dziwić, skoro amerykańskie finanse publiczne są w naprawdę opłakanym stanie. Po 8 latach rządów Jerzego Busha, który obejmując stanowisko prezydenta, miał ponad 100 mld US$ nadwyżki budżetowej, deficyt wynosi ponad 400 mld US$. Jeśli przyjrzymy się zadłużeniu Stanów Zjednoczonych, to sytuacja jest jeszcze bardziej katastrofalna. Właśnie ogłoszono, że po zaakceptowaniu planu Paulsona amerykański dług publiczny znalazł się na dramatycznie wysokim poziomie – przekroczył 10,2 bln US$ i wynosi 73 proc. PKB. Jak wylicza „Rzeczpospolita”, od 2007 r. amerykański dług narodowy rośnie w średnim tempie 3,24 mld US$ dziennie, czyli 37,5 tys. US$ na sekundę! Warto mieć na uwadze inny wskaźnik: zadłużenie w stosunku do wysokości dochodów budżetu (2,7 bln US$ w 2009 r.) wynosi 378 proc.! Oznacza to, że władze w Waszyngtonie zadłużyły przeciętnego Amerykanina na kwotę około 33,7 tys. US$.

Czy w takim razie możemy się spodziewać, że nastąpił zmierzch Stanów Zjednoczonych, ojczyzny wolności i wolnego rynku, a wkrótce dzięki działaniom między innymi Bena Bernanke dojdzie do jeszcze większego kryzysu, niż mamy obecnie? Czas pokaże, choć trudno być optymistą, skoro Bernanke pozostanie na swoim stanowisku, a obaj najważniejsi kandydaci w wyborach prezydenckich, John McCain z Partii Republikańskiej i Barack Obama z Partii Demokratycznej, gorąco opowiedzieli się za nacjonalizacją bankrutujących wielkich instytucji finansowych, a potem za dalszym wpychaniem pieniędzy podatników w kieszenie nieodpowiedzialnych bankowców. Gdzie jest granica tych szaleńczych działań?

* Niniejszy artykuł został opublikowany w 42 numerze „Najwyższego CZASu!” z 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24