Barbarzyństwo etatystów*

Kiedy w ostatnim numerze „Opcji na Prawo” (nr 5 z 2004 r.) czytałem artykuł Jerzego Pawlasa pt. „Barbarzyństwo supermarketów” wydawało mi się, że nie czytam mojego ulubionego miesięcznika a komunistyczną „Trybunę”! Nie spodziewałem się, że takie etatystyczne brednie wyczytam w prawicowej gazecie. Problemy przedstawione w swoim artykule Autor prezentuje z punktu widzenia skrajnej lewicy a nie wolnego rynku. Już w pierwszym zdaniu Pan Pawlas martwi się, że powstawanie supermarketów powoduje bezrobocie, ponieważ „przynajmniej cztery osoby zatrudnione w drobnym handlu stają się bezrobotne, gdy tworzy się jedno nowe miejsce pracy w dużym sklepie”. Przecież to świadczy o większej wydajności pracy, tak potrzebnej dla rozwoju gospodarczego.

Pan Pawlas, jak typowy socjalista, narzeka na „wilczy kapitalizm” i nieprzestrzeganie kodeksu pracy przez sklepy wielkopowierzchniowe. Jednym słowem – wierzy w regulacyjną moc państwowej biurokracji, która jako jedyna dzięki interwencjonizmowi może, według autora, uchronić biednych pracowników przed wyzyskiem ze strony wstrętnych kapitalistów z hipermarketów. Tymczasem fakt, że pracownicy są nadmiernie wykorzystywani i pracują ponad miarę za marne pensje to nie jest wina supermarketów, tylko wysokiego bezrobocia, które zostało spowodowane przez lewicowe rządy od 1989 roku. Supermarkety tylko wykorzystują sytuację. I nie robią to tylko one – z tego samego powodu większość firm w Polsce niewiele płaci swoim pracownikom. Gdyby bezrobocie było niskie to nikt nie zgodziłby się pracować za głodowe wynagrodzenie.

Każdy wolnorynkowiec – prawicowiec cieszy się, gdy państwo marnuje mniej pieniędzy podatników. Tymczasem Pan Pawlas rozpacza, że we Francji rozrost sieci supermarketów spowodował spadek ilości małych sklepów (z pół miliona do 100 tys.), co pociągnęło za sobą spadek dochodów samorządów lokalnych z podatków od nieruchomości i dzierżawy. A przecież te podatki płacili pośrednio konsumenci zlikwidowanych sklepów.

Autor artykułu w czarnych kolorach przedstawia działania zarządzających supermarketami, że wymuszają na producentach długie terminy płatności czy stosują ceny dumpingowe. Długie terminy płatności są normalną praktyką handlową, a ceny dumpingowe (prawdę mówiąc to nie wierzę, że w ogóle takie są w supermarketach, ale jeśli są to tylko na niektóre towary, niestety) są najkorzystniejsze dla konsumentów, bo właśnie na tym polega konkurencja na wolnym rynku, aby jak najbardziej zadowolić konsumentów – ceną lub jakością albo jednym i drugim. Przecież nikt nie zmusza konsumentów do robienia zakupów w supermarketach. To jest ich wolny wybór. Większość supermarketów próbuje obniżać maksymalnie swoje koszty, aby dzięki temu konsumentom zaoferować jak najniższe ceny. Konsumenci przychodzą do supermarketów, bo widocznie robienie w nich zakupów jest dla nich korzystniejsze. Ponieważ w supermarkecie jest taniej niż w małym sklepie konsumenci robiąc zakupy w tych pierwszych oszczędzają część pieniędzy i mogą je wydać na inne cele, co zwiększa siłę nabywczą ich dochodów i oznacza dla nich większy dobrobyt oraz napędza rozwój gospodarczy. Jeśli producenci działają na granicy opłacalności to muszą obniżyć koszty swojego funkcjonowania. Wszyscy nie zbankrutują. Ci co obniżą koszty przetrwają i zarobią więcej pieniędzy – to będzie dla nich nagroda za większą efektywność. Jeśli wszyscy by upadli to skąd supermarket kupowałby towary? W warunkach wolnorynkowych zyskują wszyscy. To, że upadnie część producentów i małych sklepów to nie jest powód do płaczu. Dzięki temu wygrywają najlepsi, a gospodarka jest bardziej efektywna. To nie konsumenci żyją dla producentów i handlowców. To ci ostatni mają służyć konsumentom. Wolny rynek nie ma być dobry dla przedsiębiorców, bo do nich zalicz się tylko część społeczeństwa, tylko dla konsumentów, którymi są wszyscy ludzie.

Natomiast jeśli klienci zorientują się, że towary w supermarketach są kiepskiej jakości i są jednocześnie drogie (nie jest im do tego potrzebna ani Państwowa Inspekcja Handlowa ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i inne tego typu etatystyczne twory tworzone za pieniądze podatników), to sami nie będą tam kupować i wtedy te sklepy będą miały kłopoty. Rynek sam sobie poradzi z nieuczciwymi praktykami handlowców. Dopóki jednak hipermarkety zachowują odpowiednią równowagę między ceną a jakością, która przyciąga klientów to jest to korzystne dla obu stron.

Pan Pawlas chce, aby, podobnie jak w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, zgodę na budowę supermarketu wydawały nie władze samorządowe, a lokalne organizacje kupieckie. To tak jakby Telekomunikacja Polska wydawała zgodę na powstanie innej firmy telekomunikacyjnej, a stacja benzynowa ORLEN wydawała zezwolenie na powstanie innej stacji benzynowej w tym samym mieście. Przecież kupcy nigdy nie wyraziłyby zgody na budowę supermarketu – groźnej dla nich konkurencji. Tymczasem tylko ostra konkurencja oznacza dla konsumentów, czyli dla wszystkich mieszkańców, stosunkowo wysoką jakość za stosunkowo niską cenę i to w każdej dziedzinie, gdzie panuje prawo podaży i popytu. Jak wyglądała sytuacja bez konkurencji pamiętamy z PRL.

Natomiast fatalne skutki wydawania decyzji o lokalizacji supermarketów przez samorządy lokalne wymienił sam autor artykułu: korupcja i łapownictwo. Dlatego ani władze samorządowe ani lokalne organizacje kupieckie nie powinny się wtrącać do tego, że jakakolwiek firma chce wybudować supermarket w danym miejscu. W wolnym państwie powinna to być wyłącznie decyzja inwestora i prywatnego właściciela gruntu, na którym ma powstać duży sklep. Jeśli socjalistyczne prawo w bezsensowny sposób ogranicza rozwój przedsiębiorczości (przykład Castoramy z artykułu) to należy kombinować i je omijać wykorzystując luki w prawie stworzone przez nieudolnych parlamentarzystów i ministrów. Gdyby wszyscy przedsiębiorcy przestrzegali biurokratycznego prawa, gdzie najważniejszy jest urzędnik i płacili horrendalnie wysokie podatki, tak jak chce każde pazerne socjalistyczne państwo i Pan Pawlas, to większość firm dawno by splajtowała.

Każdy socjalista, a także Pan Pawlas miał nadzieję, że zakazy zawarte w ustawie o nieuczciwej konkurencji (zakaz sprzedaży bez marży, zakaz emisji bonów towarowych pod własną marką, zakaz przedłużania terminów płatności) „naprawią” rynek. Tymczasem każda interwencja państwa może tylko pogorszyć sytuację, ponieważ zakłóca równowagę między podażą i popytem. Zmusza uczestników rynku do innych zachowań niż te, które by czynili bez interwencji. Te zachowania są mniej efektywne, mniej racjonalne i zmniejszają rozwój gospodarczy.

To, że Pan Pawlas lamentuje nad faktem, iż „rodzime kupiectwo i wytwórczość są skazane na własną inicjatywę” świadczy bezpośrednio o etatystycznych poglądach autora. Nie może on przyjąć do wiadomości, że wolny rynek i konkurencja polega na tym, iż wszyscy przedsiębiorcy są skazani na własną inicjatywę i nikt nie powinien nawet pomyśleć o pomocy ze strony państwa, nie wspominając o jej otrzymywaniu. Niestety od kilku lat Unia Europejska uczy polskie firmy jak należy żebrać o nie swoje, bo publiczne fundusze. W kolejnych zdaniach sam autor udowadnia, że rodzimi kupcy jednak sami dają sobie radę i to nie najgorzej: „w Radomiu (…) kupcy i przedsiębiorcy wybudowali na kilku targowiskach nowoczesne hale targowe” (czy pytali się o zgodę właścicieli miejscowych hipermarketów?).

Szanowny Panie Jerzy, czy Pan reprezentuje w „Opcji na Prawo” piątą kolumnę etatystów?

* Polemika ta została opublikowana w nr 6 miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2004 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24